Strona:Respha.pdf/50

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


pustkowiu, które pamiętały soczystem zielonem pastwiskiem. Zawarły się źródła skalne co dawały napój zwierzowi leśnemu i polnemu. Padało martwe ptactwo łagodne, a dzikie — orły, sępy i kruki — chciwie rwało je i piło krew gołębią. Jękiem głodu i pragnienia nabrzmiały pola i lasy usychające, pełne szkieletów drzew i padłego zwierza.
A szafiry nieba były wciąż niezmącenie czyste i pogodne. Promienność ich stawała się okrutną i pełną grozy; raziła oczy i dławiła duszę. Ziemia legła u stóp oschłych sklepień niebios jak schorzała, z ziejącemi żarem usty.
Ludzie biegli od cysterny do cysterny i wracali pomieszani, z próżnemi naczyniami. Oracz wychodził na pole, patrzał na spękaną, w kamień obróconą ziemię i powracał z opuszczonem i rękoma, w zawstydzeniu nakrywszy głowę. Ludzie nie śmieli patrzeć sobie w oczy, lub patrzyli podejrzliwie, szukając w kim jest ta wina, za którą tak są karani. Bowiem ziemia Kanaanu ma rozpoznanie zła i dobra i raczej cała uschnie lub zapadnie się w czeluście, niż pozwoli by deptała ją stopa zabójcy, cudzołożnika lub bałwochwalcy...
Zaczęto wyciągać stare urazy, dobywać zapomnianych krzywd, szukać zaschłych śladów krwi, dosłuchiwać się zbrodni...
Poszło szem ranie wielkie, zakłębiły się złości.