Strona:Respha.pdf/24

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Jakie mu to wszystko miłe było. Przystawał, oddychał głęboko, cieszył się.
Zaczaił się przy oknie. Z izby dochodziły głosy jakby zebranej tam całej gromady jaskółek. Jak perły potrząsane dźwięczał czyjś młody śmiech, to głośny to cichnący, krótki, urywany, czasem przedrzeźniający, to znów czułością wezbrany. Tak śmieją się młode matki. Cudny śmiech co naraz milknie, gdy jej usta przylepią się do różowego ciałka dziecka; wtedy sypać się poczynają drobne perełki śmiechu dziecinnego. Czasem ta dźwięcząca uciecha zbiega się w jeden okrzyk matczyny, namiętny — to uścisk w jedno złączył ją z dzieckiem.
Saul uśmiechał się sam do siebie. Widział ich radosną duszą; słodkie ich wesele i w nim się zaperliło. Nasłuchiwał jak nieśmiały kochanek. Ile razy miał przekroczyć ten próg, zawsze mu się zdawało że to dziś dopiero pierwsze ją zapoznał, tę co tam się śmiała. I zawsze przypominał mu się powab pierwszego ich widzenia w porze, gdy deszcze zimowe przeszły, wysypały kwiaty, przyszedł czas śpiewania ptasząt, synogarlice nawoływać się poczęły, macice w inne rozkwitały wydając woń, a jabłonie wypuściły pączki. Czarem powiek długiemi rzęsami ocienionych i wstydliwie na ciemne tęczówki ócz i zabłękicone ich białka opadających zniewoliła wtedy Respha jego młode serce, wzięła je sobie. Weszła