Klejnot/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Klejnot
Podtytuł Powieść
Data wydania 1898
Wydawnictwo Kurjer Warszawski, S. Lewental
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


VI.

Ułas znahor oddawna wieś opuścił. Najstarsi ludzie pamiętali go już na „zachodzie” rzecznym, oblanym wkoło wodą i oddzielonym od pól i siedzib bezdennemi torfiastemi oparzelami. Tę wysepkę on niegdyś u dworu kupił i jak bóbr się zaspodarował, wiodąc żywot pustelniczy i czynny. Zrazu w dzikiéj gęstwinie krzewów i karłowatych dębów wykopał sobie ziemiankę, pół-chatę, pół-jamę, potém złowił na kalinie pierwszy rój i założył pasiekę. Lata biegły i „zachód” się przekształcał. Miast dzikich krzewów, sad otoczył ziemiankę i jak wojsko stały szare kłody, pełne pracowitego pszczelego narodu. One-to karmiły i odziewały Ułasa, który pola nie uprawiał, w ogrodzie hodował tylko zioła różne, i bydlątka żadnego nie chował. Co rok na jesieni stary płynął do miasteczka łodzią, obładowaną miodem i woskiem, i wracał z zapasami na rok cały. Potrzeby miał bardzo małe, prawie żadne; jadł byle co, tytuniu ni wódki nie używał.
Był to dziad wysoki i suchy, zawędzony w wichrze, skwarze i dymie ogniska, z wielką, do pasa, białą brodą i długiemi włosami. Miał pozór biblijnego patryarchy, a oczy marzyciela i mistyka. Mówił mało i obrazowo, nigdy się nie śmiał, ale i nie gniewał, cierpliwie słuchał, zapatrzony zawsze w dal i jakby nieuważny, potém mówił swe zdanie lub wyrok, powoli i z trudnością, jakby z téj dali coś wyczytywał lub powtarzał słowa ztamtąd idące.
Za poradę pieniędzy ni darów nie brał, tylko chleba bochenek niekiedy, bo był to dla niego specyał, niechętnie radził, i o swojéj sławie nierad słuchał. Zioła dawał od wszelkich chorób i bardzo pomocne; zgruchotane kości umiał składać, zadawnione rany goił. Przepowiednie jego zawsze się sprawdzały, a co najważniejsza, umiał godzić swary i spory i odgadywać złodzieja.
Nie był jednak dla ogółu przystępny, ani łatwy w udzielaniu rady. Gdy kogo widzieć i przyjąć nie chciał, umiał się ukryć w swych gąszczach, lub nie rzekł słowa na żadne prośby i zaklęcia. Czasem znów i kazał interesantowi wracać dwa i trzy razy, lub odsyłał go do adwokatów, lekarzy lub księży. Lud okoliczny znał grymasy starego i komunikował się z nim za pomocą kilku osób, które Ułas obdarzał swem zaufaniem i łaską. Najbliższą mu była Semenicha wdowa, służąca u Szymona, bogaczka Wilczyca z Dubinek i Arechta z Sokołowa. Ci mieli do Ulasa wstęp w każdym czasie.
Gdy Szymon nazajutrz wstał z siana w odrynie, gdzie mu Tekla wysłała łoże, zastał już całą rodzinę przy śniadaniu. Baba, ubrana odświętnie, w kożuchu i zawoju, wydawała dzienne rozporządzenia.
— Makar pójdzie do gminy na służbę, Sydor i Wasyl wezmą konie i pojadą na zarobek do Głębockiego lasu, Ustym omłóci hreczkę, chłopcy niech duchem słomę narządzą na poszycie chlewu. Wy, baby, bieliznę uprać przed mrozem, a Tekla niech sama bydła dopatrzy. Nu, ruszajcie!
— A wy, babo, w drogę się wybieracie? — spytał kulawy Ustym, najśmielszy z matką.
— Ja z paniczem do Ułasa pojadę. Czółno już chłopcy narządzili.
— Do wiosła kogo weźcie z młodych!
— Jeszcze-by co może! A cóż my z paniczem będziemy robili? Z powrotem Ihnat nam pomoże.
Rodzina rozeszła się do wskazanych robót; w zagrodzie rozległ się stuk cepów, skrzyp studziennego żórawia, ryk bydła, nawoływanie Tekli, śmiechy parobczaków w stodole.
Od wrót Wilczyca obejrzała się na to państwo swoje, tak potężne ładem i posłuszeństwem, przeżegnała zagrodę i poszła z Szymonem ku rzece. Dwoje wnucząt nieletnich przeprowadziło ją, niosąc wiosła i węzełek z chlebem dla Ułasa. Ludzie wioskowi spoglądali na ten pochód i pozdrawiali starą z poszanowaniem.
— Łaskę ma Sokolnicki komisarz! — szeptali. — Ale i Wilkom z nim dobrze. W izbie ciepło, i drew pełne gumno. Bogatemu czart dzieci kołysze! — i wzdychali zawistnie.
Baba na pozdrowienia odpowiadała protekcyonalnie, fajki z ust nie wyjmując. Dopiero nad rzeką wytrząsła z niéj popiół, schowała w zanadrze fajkę, ulokowała w czółnie chleb, odprawiła dzieci, i usiadła u steru. Szymon łódź na głębinę zepchnął — i ruszyli.
Gdy mijali jakiś zakręt, gdzie prąd silny tworzył wiry i pienił o brzegi, baba, pamiętna rozmowy, rzekła:
— To, synku, nazywa się Zabudeń (zapomnienie); tu kitajkę krasną z szyi zdejm i za siebie ciśnij. Tu od ciebie zła dumka się odczepi!
Szymon smutno się roześmiał.
— Niech ta krzyna zostanie — odparł. — W grobie ciężko leżeć, gdy nikt żywy nie wspomni. Jakeście rzekli, pierścienia już niema, ale kitajki nie rzucę.
— Nu, jak chcesz! Ja ci dobrze radzę.
Długo milczeli, wreszcie Szymon się ozwał:
— Za co to, babo, Liszkę zesłali?
— To nie wiesz? Fałszywie przysięgał, cerkiew okradł, żonę zabił! Co tylko czart wymyślił, to on zrobił! Kobietę mu dałam jak to kwiatek. Zmarnował ją, sponiewierał, nad dzieckiem się pastwił, ledwie na świat przyszło. Aż raz, gdy na zbójecką wyprawę poszedł, ona do mnie z dzieckiem uciekła. Nie zgłaszał się po nią parę tygodni; latem to było, moi na łąkach kosili, w chacie ino ona była i ja. Wtedy wpadł pijany, z siekierą, i w moich rękach głowę jéj rozpłatał, mnie ramię rozciął, dziecko chciał o ścianę rozmiażdżyć; tom wtedy Bóg wie zkąd siłę wzięła i uchwyciłam go za włosy i utrzymałam, wołając ludzi. Krew się lała, lała, on mnie szarpał, padałam z nim razem, deptaliśmy po zabitéj, i nie wydarł się z mych rąk, aż go policyi oddałam, i wtedy już nie wiem, co się ze mną działo. Gdym od śmierci wróciła, już murawa rosła na méj doni grobie, sierota już pełzała po mojéj chacie, a ten poszedł na wieczne katorgi! Ot, i niewieczne, bo i ztamtąd czart go wyswobodził.
— Co jego za los tu czeka! Po co wracał, do czego? A może on, babo, już się kaje...
— On! Szajkę zbierze, i krwi będzie szukał, on by ją żłopał, jak wilk!
— I cóż z tego? Krew ma głos straszny i moc. Za krew trzeba płacić, a dla niego gorzéj śmierci powtórny sąd. Może się opamiętał. Ja-bym go chciał spotkać i wyrozumieć. Może jemu ratunek trzeba dać!
— Postronek! — rzekła groźnie baba.
— Nieszczęsny! — mruknął do siebie Szymon.
Po parogodzinnem wiosłowaniu przybili nareszcie do brzegu. Było to w miejscu lesistem i pustem: ze wszech stron woda i gąszcze, nigdzie śladu uprawy ni siedziby.
Brzeg był dość stromy i przystań stanowił napół w wodę pochylony pień staréj wierzby. Wisiały przy nim pasma kręconéj łozy, do których przywiązywano łodzie. Szymon swoją tam utwierdził i pomógł wydobyć się na brzeg babie. Daléj nie wiedział gdzie iść, bo gąszcz nie zdradzał żadnéj ścieżki ni drogi. Ale baba bez namysłu wsunęła się za jeden krzak, rozchyliła następny, i ukazał się w gąszczu ślad mały, tyle, co zwierz wytrze, chodząc o zachodzie słońca do wody.
Szymon szedł za nią, rozchylając gałęzie i rozglądając się ciekawie. Grunt się podnosił, łozy ustąpiły placu kalinie, leszczynie, dębom nizkim i rosochatym, potem na lewo, w głębi, wśród bezlistnych olszyn, błysnęła, jak oko, kryniczka nieocembrowana, do któréj rzucono kładki, zygzakiem na topieli, od kępy do kępy. A tu już w cieniu dębów i leszczyny, ukazały się ule, przykryte płatami brzozowéj kory, potém gęste gaje śliw i wiśni, potém rzędy jabłoni, grządki uprawne ze sterczącemi badylami ziół i płatami zielonéj ruty i barwinku, i wreszcie dym, wydobywający się, jakby z gruntu, z ziemianki krytéj darniną.
Szopka na słupach, w któréj górą suszyły się na wietrze zioła, a na dole był ciesielski warsztat pszczelarza, szałas z chrustu, nieco opodal, pod największym dębem, wysoki, drewniany krzyż i ławka u jego stóp — to była cała osada Ułasa.
Baba po kilku stopniach zeszła do drzwi ziemianki i zapukała. Dopiero po jakimś czasie z wewnątrz ktoś usunął drewniany skobel i przed niemi stanął gospodarz, ruchem ręki zapraszając do środka. Gdy weszli, drzwi napowrót zaryglował i, nie witając ich, ani pytając o nic, wrócił do swego zajęcia. Na długim stole, który zajmował całą ścianę téj dziwnéj siedziby, leżały pęki suchych ziół i koszyki z łozy; stary te zioła tarł, mieszał z sobą i składał do tych koszyków.
Szymon się ciekawie rozglądał. Izba była wielka, oświetlona słabo kilku małemi oknami przy samym już pułapie. Zajmowały ją kosze, kobiałki, narzędzia pszczelnicze, więcierze na ryby, sprzęty pierwotne, a od pułapu zwieszały się znowu pęki, wiązki ziół, liści, suchych korzeni i woreczki nasion i jagód leczniczych.
Piecyk stał w środku, niezdarnie zlepiony, a w głębi widać było drzwi do dalszéj schówki, czy alkierza, i posłanie starego z mchu i liści, a nad niem malutki, zadymiony święty obrazek. I to był cały pałac i świątynia wszechmocnego lekarza, sędziego i proroka okolicznéj ludności.
Baba położyła chleb na piecyku, a potem poczęła zbierać z posłania znoszoną bieliznę starego, związała ją w węzeł i położyła u progu na ławie. Widocznie opierała znachora.
Szymon tymczasem, ośmielony łagodną twarzą Ułasa, jął zioła rozpatrywać i poznawać. Niektórych zastosowanie znał, inne były mu zupełnie obce. Stary był lepszym od niego botanikiem. Gdy baba skończyła swe zajęcie, stanęła przed stołem i jęła mówić:
— To jest, „didu”, komisarz z Sokołowa, człowiek jak chleb i miód, taki zdrów i dobry, a jak kamień twardy. On tu do was przyjechał, żebyście mu Mikitkę Czarnonosa do przysięgi doprowadzili, jeśli ze sobą interes o łąki skończą. Mikitkę tu do was mój wnuk przyprowadzi; wysłuchacie sprawy i, jeśli wam się wyda potrzebne, to słowo swoje dorzucicie za nim. Czy uczynicie nam tę łaskę?
Stary, zda się, nie słuchał, ale po chwili milczenia prosto w oczy Szymona popatrzał i jakby go do gruntu przejął tym wzrokiem.
— Słowo za nim rzeknę! — odparł i znowu do ziół swych uwagę zwrócił.
Po chwili znowu głowę podniósł.
— Drogocennego nic nie masz w domu? — spytał.
Szymon się stropił tém dziwnem pytaniem.
— Jakto? Ano, wszystkie moje dobro tam! — odparł. — Dlaczego się pytacie?
— Bo na świtaniu czerwono tam świeciło.
— Jezu, Marya! Spalili ciebie te łotry! — załamała ręce baba.
Szymon pobladł, ale wnet zapanował nad wrażeniem.
— Codzien teraz łuny widać. Stare trawy palą, a i o pożar po wsiach w czasie roboty przy lnie nietrudno. Zresztą, co robić! Spalili! Byle mi się baba nie upiekła! Dobro pańskie ubezpieczone, a co moje to niewiele. Tylko księgi i rachunki; aj gwałtu, papiery pańskie!
Coś go podrywało z miejsca, aby tam lecieć, ale Ułas powoli rzekł:
— Nie ma cny człowiek straty bez korzyści, a nie ma zły korzyści bez straty.
Szymon westchnął i usiadł na ławie. Ale gorycz w nim wzbierała, aż wybuchła.
— Mówicie mądrze, didu, ale chyba ja niedobry, bo straty czuję codzień, a korzyści się nie doczekać.
— Doczekasz się! — lakonicznie rzekł stary.
— Myślałem, że Dubinki zjednam: śmierci na mnie szukają; myślałem, że na moją prawdę patrząc słudzy pańscy zaniechają kradzieży: a ukamienowaliby mnie! I gdzie spojrzę, wrogi, wrogi, i sam jestem przeciw nim!
— To tyś chciał więcéj uczynić, niż Chrystus! — rzekł Ułas poważnie.
Szymon umilkł zawstydzony, a stary dodał:
— Kto sieje, niech patrzy na zboże, a nie na zielsko.
— Z mego siewu tylko zielsko wschodzi.
— Bo ciągle o niem myślisz, i czarno patrzysz. Na dzikich polach chwast się pleni; jeśli wyhodujesz jedno źdźbło zbożne, raduj się niem! Jaśniéj ci stanie w duszy.
Wilczyca wcale się do rozmowy nie mieszała, tylko słuchała z nabożeństwem. Nauki swéj dziad nie czerpał, jak ona, z pracy i czynu: wyssał ją przez lata samotnego rozmyślania. Czuła instynktem swą niższość, i nawet niezupełnie rozumiała.
— U nas dzikie, dzikie pola! — powtórzył dziad, przestając roboty i patrząc gdzieś w dal.
I jakby z tamtąd coś mozolnie wyczytywał, powoli mówił, nie znajdując słów wielu na swe myśli:
— Biegną ludzie, biegną, ten przez błoto, ten przez piasek, ten przez tarninę. Każdemu coś przed oczami stoi: to złote grosze, to wysokie siedzenia, to słodkie wino i pierogi, to piękne mołodyce. Biegną i biegną, jeden drugiego pcha i depce, byle swoje dopędzić. A na każdego drodze, bliżéj czy daléj, a zawsze przed tem ściganem, jama wykopana; jak on się rodzi, to już i ona gotowa, bo to i wszystko, co tutaj dostanie. Ot, i rozum ludzki. Mogiły na każdych rozstajach, a on je sto razy mija, a nigdy się nie opamięta. Dur, dur!
— A za czemże ty gonisz? — spytał nagle.
Szymon się zastanowił, i nie wiedział, jak staremu swój ideał wyrazić. Ale ten go już zrozumiał.
— Ty gonisz za Bożym ładem, za Chrystusowém słowem: to i czegóż się smęcisz?! Zali dumasz, że za gwiazdami puste niebo, a twoja jama zakopie wszelkie dobro? Jak się w nią będziesz kładł, zaśmiejesz się do tego, co gonisz, i zaśniesz jak dziecko, rad! Nu, i co tobie za bieda!
Szymonowi uczyniło się nagle lekko i wesoło. Pochylił się ku starcowi.
— Daj wam, Boże, niebo, didu, za takie słowo!
— I tobie, synku, ciągłą pamięć o niém! — odparł Ułas, kiwając dobrotliwie głową.
Tu Wilczyca się odezwała:
— Wam-by, didu, Liszkę przysłać do opamiętania.
— Zdrowe jabłko przy zgniłych się popsuje, a tém bardziéj robaczywe. A ludzie to robią z ludźmi, czego z owocem się wystrzegają. Gorszy on wrócił, niż poszedł!
— Ja-bym go chciał zobaczyć i słowo dobre rzec! — zawołał Szymon. — On bardzo nieszczęśliwy!
W téj chwili głosy się rozległy przed chatą i stukanie do drzwi. Stary wyjrzał przez szczelinę w deskach, a potem otworzył. Do izby wszedł Ihnat Wilk, a za nim chłop ogromny, brodaty, w czarnym kożuchu, długich butach, z miną zuchwałą a roztropną. Spostrzegł Szymona i jemu pierwszemu się skłonił, mówiąc grubym, pijackim głosem:
— I do grafa-bym się nie wybrał w taką bezdróż, ale na pańskie wezwanie, z samego dziwu się stawię. Alter mi mówił, że pan mnie obiecał do kryminału wsadzić.
— Gdybym chciał, tobym tobie samemu powiedział. Ale ja o Alterze samym to mówiłem, nie o tobie.
— Aj, niechże pan dotrzyma! Ja pomogę! — zaśmiał się chłop dziko, rozpinając kożuch i błyskając swym wójtowskim medalem.
A tymczasem Ihnat dziada w rękę pocałował żałośnie rzekł:
— Didu, dajcie jeść, bo jużem zesłabł z głodu.
— Szukaj po garnkach i w komorze. Weź sobie miodu, a jest i ryba suszona. Jedz i drugim daj!
— Ja chciałem wódki wziąć, ale mi chłopak nie pozwolił. Gada, co „did” nas wypędzi za nią!
— Tak-bym zrobił — rzekł spokojnie Ułas. — Żebyście porzucili wódkę, grosze i kłamstwo, czartby was odstąpił!
— Tfu! — splunął Mikitka, ale nie zaprzeczył.
Na całym świecie bał się i poważał tylko Ułasa.
— Sprowadziłem ciebie tutaj, żeby ułożyć we dwóch serwitut omeleński — rzekł Szymon. — Z gromadą, buntowaną przez Altera i ciebie, do ładu nigdy nie dojdę.
— Ja to panu już dawno mówił! — zaśmiał się bezczelnie chłop.
Szymon wydobył z kieszeni mały plan Sokołowa i położył go na stole.
— Otóż teraz patrz! Za te łąki serwitutowe i za siedemdziesiąt pólek chłopskich, rozsianych po naszym lesie, daję wam graniczące ze wsią Omelną dziesięcin pola, 100 dziesięcin łąk i 50 dziesięcin lasu — cały ten szmat po rzekę, która odtąd będzie stanowiła granicę.
— Co pan daje, gdzie i ile, to wie każdy dzieciak w Omelnéj, i brać nie chcą, bo pan nigdy nie powiedział, ile mnie daje! — odparł cynicznie chłop.
— A tyś nie powiedział, ile chcesz.
— Bo nie mnie prosić, ale panu.
Szymon brwi zmarszczył i spojrzał groźnie na chłopa.
— Ja ciebie i teraz nie proszę, ale proponuję interes — rzekł ostro. — Za ułożenie tego interesu, to jest za podpisy całéj gminy na dokumencie i nowym planie, ile chcesz?
— Tysiąc rubli — odparł Mikitka.
Baba plasnęła rękami, Ihnat przestał jeść i z suchą rybą w garści oczy wytrzeszczył przerażone, stary Ułas brwiami poruszył. Tylko Szymon nie okazał oburzenia: spokojnie plan złożył, do kieszeni schował i wziął za czapkę.
— No, to zostaniemy przy swojém i będziemy się nadal wzajemnie procesami rujnowali — rzekł spokojnie.
Chłop poczerwieniał.
— To nie było mnie sprowadzać na darmo! Mam w domu robotę i urząd! — zawołał zuchwale.
— Ja cię też nie sprowadzałem, żebyś głupstwa gadał, a twój urząd wymaga też fatygi. Gminna sprawa jest.
— Kto ma sprawę, niech do mnie przychodzi.
Tu Ułas głos podniósł:
— Ja ciebie sprowadziłem, i ja ci radzę nie parskać i nie pleść andronów, a sprawę tu skończyć. Ja tobie radzę! — powtórzył dobitnie.
Mikitka z pode łba ku niemu spojrzał i sapał, nic nie mówiąc.
— A teraz ja ci powiem ostatnie moje słowo — rzekł Szymon. — Dam ci za pośrednictwo pięćset rubli, jeśli sprawę w przeciągu dwóch miesięcy załatwisz. Ani grosza więcéj, ani dnia dłużéj!
— Dosyć! — rzekł Ułas.
Mikitka milczał; podszedł do pieca i patykiem coś na nim kreślił, potém zbliżył się do okna i bębnił w szybkę, wreszcie do Ułasa się zwrócił:
— Mało, didu! Dalibóg mało! I czas krótki; nie dam rady: roboty tyle w gminie!
— Dosyć! A robota inna niech poczeka, a nie, to i nocami pracuj. Na Zubopołokę (Popielec) masz skończyć.
— A te pieniądze kiedy dostanę? Zaraz mi potrzebne. Koszt będzie: muszę poić gromadę, smarować starszych. Mnie nic nie zostanie. Didu, jeszcze choć setkę!
Już nie groził i nie krzyczał, ale prosił.
— Czyś ty słyszał, żebym ja słowo zmienił? — rzekł dziad, nie patrząc na niego.
— To już i was lachy kupili! — wybuchnął chłop.
Ułas teraz spojrzał na niego i pod tym wzrokiem chłop o krok się cofnął. Dziad słowa nie rzekł.
Więc Mikitka na Szymona natarł:
— Kto was tu sprowadził? kto was tego nauczył? Żebym ja go w ręce dostał! Nu, dajcie sześćset rubli, będę wam i daléj służył. Opłaci się to wam! A co macie pańskich pieniędzy żałować! I tak, jak darmo wam się to upiecze!
— I ja słowa nie zmieniam, a dalszą służbę twoją potém kupię, jeśli mi będzie potrzebna. Za ten interes więcéj nie dostaniesz.
— Dacie zaraz pieniądze? — desperacko chłop spytał.
Szymon na znachora spojrzał.
— Jak poprzysięgniesz, to dostaniesz! — ten odpowiedział.
Mikitka podrapał się w głowę, splunął, jeszcze chwilę się zawahał i rzekł:
— Nu, to dawajcie — poprzysięgnę!
Stary wstał, zapalił drzazgę i poszedł z nią do alkierza. Przyniósł ztamtąd świecę woskową, woreczek, w którym szeleściały kości, i kawałek drzewa.
Wilczyca i Ihnat usunęli się w najdalszy kąt izby, a Szymon patrzał, mimowoli przejęty fantastycznością téj sceny.
Na rogu stołu Ułas woreczek położył, świecę zapaloną dał Mikitce do rąk i postawił go na kawałku drzewa, które przyniósł.
Wtedy powoli zaczął mówić, a chłop, z ręką na tych kościach powtarzał, blady jak płótno:
— Poprzysięgam przed Świętym Bogiem, żywymi i umarłymi ludźmi, gromem i wodą i ogniem i śmiertelną chorobą, że sprawę dworu Sokołowskiego ze wsią Omelną załatwię, jak kazał swojém słowem i myślą komisarz, który tu stoi i słucha. Poprzysięgam, że pieniądze za to dziś biorę i na Zubopołokę mam dopełnić, com powiedział. A jeśli nie dopełnię, niech ma wolę kary nade mną Święty Bóg, żywi ludzie, co to słyszą, i umarłe, których kości dotykam, i grom i woda i ogień i śmiertelna choroba, a w zastaw prawdy mojéj i szczeréj woli kładę głowę swoją i córki jedynaczki. Amen!
Stary przestał, a Mikitka pot z czoła otarł i, schyliwszy się, pocałował kości, drzewo, na którem stał, i rękę starego. Potém się obejrzał i zmienionym głosem rzekł do Ihnata:
— Daj, chłopcze, wody kapkę, bom się zmógł!
I Szymon po twarzy ręką powiódł, jakby odpędzał jakąś marę, czy strach.
Gdy oprzytomniał, znachor już wszystko uprzątnął i znowu swe zioła przebierał.
Tedy Szymon do kieszeni sięgnął i odliczył pieniądze bez żadnéj trwogi, a Mikitka je z rąk Ułasa odebrał.
Chłop, jakby się przeistoczył, usiadł na ławie i otwarcie, życzliwie począł roztrząsać szczegóły interesu. Był poważny, szczery. Radził po przyjacielsku.
— Ja do pana jeszcze nieraz wstąpię za tą sprawą, bo to i geometrę trzeba sprowadzić, a tu czas napędza. Nu, niech pan będzie spokojny! Ja panu i z Alterem pomogę. Prawda, że on już las kupił? bo mnie sprzedał drzewo na stodołę...
— Niech sprzedaje, tylko mu każ drzewo wydać koniecznie. Masz kwit, dałeś pieniądze?
— A jakże! Mam nawet przy sobie. Formalny kontrakt!
— To masz jego głowę w kieszeni. Pilnuj-że kwitu. Za żadne pieniądze nie oddawaj!
— Żeby ja mógł! — stęknął chłop. — Ale on i moją głowę ma w kieszeni.
— Dużoś mu winien?
— Oj, dużo! Parę tysięcy.
— No, to jeśli nie możesz go do kryminału wpakować, przynajmniéj wyhandluj ten kontrakt na dwa tysiące!
— Albo on głupi?!
— Ja ci mówię. On lasu nie kupi, więc jeśli się uprzesz i kontrakt na sąd podasz...
— Oj, panie, a toć mnie pan tém słowem z topieli wyciąga! Ot, Bóg mnie tu prowadzi do pana! Doprawdy, lasu nie dostanie?
— Ja ci na to przysięgam!
— Nu, to pogadamy! — wykrzyknął Mikitka z tryumfem.
— A gdyby did cię nie przekonał, poszedłbyś głupi, jak przedtem! — wtrąciła Wilczyca.
Cbłop zaśmiał się.
— Aha, moją dolę dziś mi pan wraca! Ten żyd już mnie za gardło trzymał. Gdyby nie on, ja-by był cały wiek czestny! Uh, jak ja mu kiedy odpłacę!
I zęby mu zgrzytnęły zajadle, a Ułas rzekł:
— Wróć się nazad, jakby od zawrotu, bo po swojéj drodze zajdziesz w topiel i w wiry! Wróć się!
Mikitka się wzdrygnął i stęknął.
— Oj, ciężko! — szepnął.
— Do mnie wstąp po drodze — rzekł Szymon — ja ci pomogę nieraz, a poradzę zawsze. Głowę masz otwartą: po co ją krzywić i męczyć kłamstwem?
— Ja pana posłucham, byle Altera zamęczyć! — zawołał zajadle chłop.
— Wart on tego i doigra się. Ale do czasu cierpliwość miéj i milcz. Dojrzałe zboże trza żąć!
— Ja wiem! Nie panu mnie chytrości uczyć! Żeśmy się tu zeszli, nikt wiedzieć nie powinien. Prawda, didu?
— Nikt słowa nie powie! — odparł Ułas, patrząc na Wilków.
— A ja we wsi powiem, żem w Dubinkach był u Wilczycy się rozpytać, czy mi swego Ihnata nie da w „prystupy” do mojéj Krysty! — zaśmiał się chłop.
Ihnat popatrzał na niego i począł się śmiać.
— Czego rechcesz, żabo! — oburknął Mikitka. — Cóż to, kpina ci moja dziewucha? Toć widziałem, jak-eś ją za warkocz ciągał, a ona ci harbuziki za kołnierz sypała.
— A nieprawda! — oburzył się Ihnat. — Ja jéj tylko z przypadku wstążkę oberwał, to ona mi za to w zęby dała. Nijakich harbuzików nie dostał!
Szymon mimowoli się roześmiał, ale baba wzięła tę rzecz do serca.
— Ach ty, smarkaczu, ty bezwstydniku, ty „hydanie” (obrzydliwcze)! To ciebie nie można za próg posłać, żebyś rodu nie pokalał! — posypało się z jéj ust, a jednocześnie odwiązała fartuch i, zanim się chłopak opamiętał, chwyciła go za bujną, czarną czuprynę, przygięła do ziemi i poczęła smagać po plecach sznurkami fartucha.
Ihnat się wił i piszczał, ale nic mu nie pomogło: dostał cięgi, i dopiero, gdy się baba zmęczyła, wyrwał się i uciekł za drzwi, czerwony z bólu i wstydu.
Wilczyca odsapnęła, zawiązała napowrót fartuch, i jakby nic usiadła znowu na ławie, a Mikitka, tym epizodem nie stropiony, spytał:
— Nu, jakże? Dalibyście go mnie?
— Nie dam! — odparła baba stanowczo.
— Oh, a dlaczegóż-to? — zdziwił się chłop.
— Bo jak-bym was do rodu wpuściła, to weszłoby z wami krętactwo, swary, procesy, sądy i wszelakie piśmienne robactwo, a ja już raz piśmiennego miałam w rodzie — i dosyć! Poprzysięgłam, że nikt, co papier rozumie, do rodu nie wejdzie!
— Durna ty baba! — obrażony burknął chłop.
A Ułas się za nią ujął:
— Nie durna. Bóg też książkę napisał i przed każdym leży. Toć zioła są i jagody, i wody i zwierz wszelaki, i ryba i grzyb. Ten głupi, co sobie ufa i wszystko je i pije. Trzeba wpierw znać i wiedziéć co leczy a co truje, co zdrowe a co chore. Tak-ci i z papierem jest, a ty, choć czytelny, głupszy od téj baby i od wieprza niechlujniejszy, bo jesz i pijesz wszystko, co napotkasz.
— At, co z takiém bydłem, jak wy, gadać! — odciął chłop — Spytajcie naczelników, jak mnie sądzą!
Baba nic na to nie odrzekła i trąciła Szymona:
— Pojedziemy już, panie.
Ruszyli do odwrotu, pożegnawszy starego Bożém słowem. Mikitka też z nimi wyszedł i wnet do wózka swego siadł, zapewniając raz jeszcze Szymona o swéj szczerości. Oni poszli w stronę rzeki, do czółna, w którem już Ihnat siedział, nadąsany, ale pokorny. Całą swą złość skupił w wiośle, którem wściekle wodę chłostał i parł łódź, jak strzałę.
Byli już niedaleko Dubinek, gdy naprzeciw nich wybiegło drugie czółno, w którem zdaleka poznał Szymon Hipolita i Denysa strażnika.
— Co tam? — krzyknął.
— Nieszczęście, panie! — odpowiedział Denys. — Spalili wasz dom, i krowa i wieprz się upiekły, a chłopak Semenichy poparzony okropnie.
— Kto podpalił?
— Szlachta z Dubinek! — odparł Hipolit. — Ale chwała Bogu, już więcéj palić nie będą! Złowiliśmy Makarewiczów dwóch i Morskiego.
— Starego?
— Nie; Michasia.
— Jakże to było? A księgi pańskie wynieśli?
— Księgi wynosząc, chłopak się poparzył, a Semenicha złowiła Morskiego. Bóg wie, zkąd siłę wzięła, ale go powaliła i związała jak cielę. Ja ujrzałem łunę, więc siadłem na waszego konia i pognałem, nie na ogień, lecz w stronę Dubinek. Wpadłem na Marcina Makarewicza, jak haszczami zmykał: strzelby nie miał, ino siekierę. Gdyby nie koń, byłby umknął, alem go pędem obalił i wziąłem! Oj, i nie puszczę już teraz!
— No, i cóż daléj?
— Ano, zanim go przywlokłem do zgliszcz, był już tam pan sam, i ekonom, i strażniki. Ratowali chłopca, gasili resztki, posłali po policyę. Morski miał w kieszeni zapałki, hubkę, resztki lnu, a Makarewicz — butelkę od nafty, i obydwa byli nią oblani. Morski u węgła domu zgubił swój nóż i kapciuch od tytuniu, i po to powrócił; wtedy go Semenicha złapała. Zląkł się i tak moc stracił, że się dał związać. Ale zuch baba — Semenicha!
— No, a drugi Makarewicz? — badał Szymon.
— O, tego sam Bóg przytrzymał! — wołał Hipek, aż dysząc z tryumfu. — Kiedym Marcina przywlókł i oddał ludziom, pan go łajać począł, a ten, gdy Morskiego zobaczył, powiada: „Ano, prawda! Spaliliśmy twego psa, i ciebie samego to czeka! Ale kiedy nam koniec, to niechże wszystkim! Był Wicek z nami, niech i on swoje odcierpi!” A tu policyi wiejskiéj zbiegła się już kupa, więc skoczyło kilku na obławę. Niedaleko uciekł. Ciemno było; na przełaj biegł i w skoku nogę wykręcił. Tamże i leżał i z bólu mdlał. Tak-ci ich pokładli pokotem przy zgliszczach, a potem na furgon, i powieźli do miasteczka. Już oni Dubinek nie zobaczą!
— Na pohybel! — zawołała baba.
— Oj, Boże! A mnie tam nie było! — jęknął rozpocznie Ihnat.
— Pan mnie posłał za wami — raportował Hipek. — Bo oni tę furę, com zabrał, też spalili, a konia puścili, dla niepoznaki, w las.
— Teraz Dubinki będą moje! — rzekł Szymon.
— A wasze dobro wszystko przepadło. Ni szmatki nie wynieśli. Semenicha zawodzi, że aż o milę słychać, choć jéj pan obiecuje lnu i wełny, ile zechce!
— Co tam moje dobro! Dodałbym i skórę jeszcze za taką zdobycz! No, doigrali się!
— Oni myśleli, że wy w domu, bo drzwi i okna podparli. Chcieli was upiec!
Tedy przypomniał sobie Szymon zdanie Ułasa o korzyści i stracie, i w duchu Bogu podziękował.
W Dubinkach pożegnał babę i przeszedł do czółna Hipka, niosąc za sobą ciężką kobiałkę.
Wilczyca jak matka objęła go za głowę i rzekła na rozstanie:
— Nagi ty został, jak się urodził. Nu, ja nie zapomnę o pogorzelcu... Jedź z Bogiem!
I daléj pomknęło czółno.
Krótki dzień się kończył, gdy Szymon stanął na zgliszczach swéj osady. Resztki belek czerniały i komin się bielił, a nieznośny swąd dusił za gardło.
W szałasie, skleconym z jodłowych gałęzi, przy ogniu siedział Sokolnicki i czekał na niego, a w głębi jęczał poparzony chłopak i zawodziła Semenicha.
Szymon z konia zsiadł, zawsze ze swą nierozłączną kobiałką, i rozejrzał się. Pan Seweryn ręce do niego wyciągnął.
— Ot, i jesteś bez dachu i koszuli z mojéj łaski! — zawołał.
— Dach był pański, a na koszulę zapracuję — odparł spokojnie. — Jakże chłopak się miewa?
— Wyliże się. Posłałem po lekarza. To dopiero awantura! Wiesz? wszyscy trzej złapani!
— To najlepsze! To warto tysiące. Dobry dzień dzisiaj!
Wśliznął się do budy i obejrzał chłopaka. Miał spalone włosy, poparzoną twarz i ręce, ale na widok swego chlebodawcy przestał jęczéć.
— Papiery ja wyniósł, panie! — pochwalił się, patrząc nań poczciwie swemi czerwonemi oczami.
— Zuch jesteś! Bardzo cię holi?
— Oj, boli, boli! A Krasia nasza zgorzała! Ja-bym ją wypuścił, ale matka zaczęła krzyczeć: „Papiery pańskie!” — tak ja tam skoczył... Oj piekło, piekło!
A Semenicha, w kuczki zgarnięta przy jego posłaniu, poczęła przeklinać:
— Żeby ich robaki stoczyły, żeby ich psy po kawałku rozniosły po polu, żeby ich ślepych wodzili, żeby sczernieli jak ziemia za nasze dobro, za naszą pracę, za naszą sierocą krzywdę!.. Toć jak ten chłopiec umrze, w co ja go ubiorę do trumny? co ja mu włożę na zmianę?
— Milcz-że! — oburzył się Szymon. — Chłopak żyw będzie i znowu len narośnie. A toć ja tyle mam, co i wy... będziemy daléj razem biedować.
— A na cóż ja panu teraz potrzebna? Ni co zgotować, ni w czém, ni co uprać, ni czego doglądać. Wieprz był jak chata wielki. Krowy drugiéj takiéj na świecie niema...
— Ot, nie lamentuj! Morskiego schwytałaś: to grunt!
— I co z tego, że schwytałam? Nie miałam mocy w ogień go wrzucić. Niechby spróbował, jak tam smaczno! A tak, co? Kiedyś wróci jak Liszka... Ryczała Krasia, ryczała! Niechby on tak ryczał!
— Jutro sobie we dworze wybierzesz, jaką zechcesz, krowę, dwie nawet! — wołał Sokolnicki.
— Oj, nie ona to będzie, moja hodowanka! A zresztą, gdzież ją przezimuję, czem nakarmię? Niema siana, niema obórki. Moja dola!
— Oj, milcz, matko! — jęknął chłopak.
Szymon, widząc, że się pocieszyć nie da, poszedł z Sokolnickim na zgliszcza.
— Zabiorę cię z sobą — rzekł pan Seweryn. — Zanim odbudujemy, będziesz tam mieszkał.
— Zadaleko. Dziś zanocuję, ale jutro przeniosę się do straży Hipka. Tymczasem tych dwoje trzeba tam odesłać, bo chłopiec potrzebuje opieki.
— I bodziesz się po chatach poniewierał? Nie chcę! — oburzył się pan Seweryn.
— Musi tak być. We dworze nie wytrzymam. Patrzeć nie mogę na tamtejszą szajkę, a póki się z leśną nie uporam, nie mogę do tamtéj się wziąć.
— Co ty za tłomok nosisz z sobą?
— O, to Altera dusza!
— Jeszcze się ciebie żarty trzymają!
— Bo wracam od zdroju zdrowia i mądrości. Kiedyś zaprowadzę i pana tam. Czy był pan w Horodyszczu?
— Nie, bo mi licho Woynę naniosło i musiałem go bawić, a raczéj słuchać o afektach. Szczęśliwy człowiek, że może tém się bawić! Cały dzień i noc całą gadał, a gdy nad ranem odjechał, ujrzałem łunę i przyleciałem tutaj.
— I tak na czczo cały dzień?
— Anim się obejrzał, taki był rozgardyasz. Zuch ten Hipolit. No, i taka zdobycz!
— Może pan dzisiaj podkreślić i wykasować proces z Dubinkami z historyi Sokołowa. Nie ma głów hydra! O, dobry dzień!
I rzetelnem weselem rozjaśniła mu się twarz.
W téj chwili wóz nadjechał, eskortowany przez Hipolita. Umieszczono na nim Semenichę i chłopca, a Sokolnicki i Szymon przeprowadzili ich aż do zakrętu. Potém sami pojechali do Sokołowa.
Na polanie dogasały zgliszcza. Czasem zasyczała głownia, wybuchnął nikły płomyk lub słup popiołu, to znów biegały po tych czarnych resztkach jakby czerwone mrówki.
Dym się snuł nizko we mgle zimnéj, a wreszcie nad ranem począł sypać pierwszy śnieg wielkiemi płatami i pokrywać tę wstrętną plamę pogorzeli. Zaczęły téż zbierać się wrony i, siadając po czubach bezlistnych dębów, przypatrywały się osmalonym zwłokom Krasi i wieprza, i krakały jedna drugiéj wieść o biesiadzie.
W Dubinkach u szlachty nie gaszono światła téj nocy i nikt o spoczynku nie myślał. Wieść przyszła lotem błyskawicy, poruszyła osadę, jak mrowisko. U Makarewiczów i Morskich rozpacznie lamentowały kobiety, mężczyźni snuli się bezradnie, bo stary Morski, gdy posłyszał o pojmaniu syna, dostał ataku apopleksyi i leżał nieprzytomny, bez władzy w rękach i nogach i bez mowy.
Syn młodszy pobiegł do Sokołowa, by się szczegółów dowiedziéć, a nad konającym siedziała żona oniemiała, nieprzytomna, nie wiedząc, jak radzić, co czynić.
Szlachta, pozbawiona przewódcy, traciła głowy. Wiedziała tylko nad sobą ostateczną zgubę, ruinę, i głosy się podnosiły, by osadę podpalić z dziećmi i kobietami, a samym w świat iść, gdzie oczy poniosą.
Wiele nie mieli do stracenia. Długotrwały proces wyniszczył ich; mało który pole zasiał na jesieni, zboże wyprzedali na koszty, a wreszcie, z obawy licytacyi, wyprzedali prawie wszystko bydło i żyli z dnia na dzień, łudzeni przez Morskiego, że jeszcze proces wygrają, byle się opierać.
Teraz Morski leżał, jak żywy trup; Makarewicze byli w więzieniu, szlachta zgubiona!
Przez całą noc, oprócz jęków kobiet, nikt głosu nie podnosił. Ucichły pogróżki, butne mowy, zuchwałe postawy. Dopiero nad ranem Seweryn Dubiniecki, spokojna i cicha ofiara złéj większości, zdobył się na stanowcze słowo:
— Teraz, panowie bracia, należy nam lepszą głowę obrać, niż Morskiego. Ten-ci nas zgubił, i słusznie go Bóg pokarał! Trzeba szukać takiego, co nas poratuje i poradzi. Nasza sprawa — caput!
Nikt nie zaprzeczył. Rozległy się tylko ciężkie stękania.
— Ja-bym radziła do Łabędzkiego pójść! — zawołała Sewerynowa.
— Milcz! — upomniał mąż. — Jeśli chodzić, to do samego pana, nie do niego! Ale przedtém trzeba na to ogólnéj zgody i trzeba wybrać, kto by poszedł.
Nikt się nie ofiarował. Wstyd i upokorzenie było za ciężkie na te harde dusze.
— Mnie się widzi, że powinniśmy stryja Adama się poradzić. On-ci najstarszy — rzucił Seweryn.
I na to milczenie. Od czasu odstępstwa Hipka stary Adam był w niełasce u „panów braci”. Nazywano go Judaszem i zaprzedańcem, stroniono od niego, wykluczono go z rady i towarzystwa.
I dziś nawet, po tym strasznym wypadku, ani on ani Antolka nie pokazali się w osadzie, i do nich nikt nie zajrzał.
— Wy tchórze i głupcy! — oburzyła się Sewerynowa. — Nawarzyliście piwa, a teraz pić niemiło. Przez te głupie sądy i upór cóż-eście wskórali? Kości wam wyłażą przez skórę z głodu, na dziady zeszliście, i nas, niewinnych, za sobą-ście wciągnęli! A teraz, jak bieda, pełna was chata, a żaden śmiałości nie znajdzie odszczekać swe głupstwa. Wstyd wam! Ot, ja, baba, pójdę do Adama za was oczami świecić! Jak zobaczycie światło na prawo w izbie, to przychodźcie śmiało!
I otuliwszy głowę chustą, wybiegła.
U Adama świeciło się tylko w kuchni. Tam przy stole stary w okularach czytał głośno „Żywoty świętych” z odwiecznéj księgi, która wraz z modlitewnikiem tworzyła całą bibliotekę rodziny.
Opodal Antolka przędąc słuchała. Ładna jéj śniada twarz pobladła i przeciągnęła się w ostatnich czasach: utrwalił się na niéj zacięty ostry wyraz. Ambicya jéj i hardość srodze cierpiały.
Na skrzyp drzwi i widok Sewerynowéj stary czytać przestał, dziewczyna zmarszczyła brwi. Na pozdrowienie ledwie odmruknęła.
— Ot, nieszczęście, dobrzy ludzie! — zawołała śmiało kobieta. — Morski dogorywa, a tamci pod kluczem. Co to będzie, miły Boże!
— Będzie sprawiedliwość — rzekł stary. — Cóż to podpalaczów żałujecie?
— A zresztą, co nam do tego? — zawołała Antolka. — My Judasze! dworskie zaprzedańce! Wam nieszczęście — to sobie płaczcie! A co będzie, wiadomo! Reszta pójdzie na koszty, gdzie i wszystko poszło. Dziadusia ksiądz proboszcz obiecał na kościelnego wziąć, a ja do Horodyszcza na służbę idę. Dzięki Bogu, co tam zapracuję, to już ten przeklęty proces nie odbierze! Mnie ta żadne nieszczęście!...
— A myśmy co winni? Seweryn płakał, jak go po sądach włóczyli. A Józef co winien? a Antoni za co cierpi? Zbóje to winni — Makarewicze i Morscy! Ci niech giną, ale reszta niechby została! Służba nie hańba: ja sama w Horodyszczu służyłam za panieńskich czasów, ale ciężko będzie odejść od swoich zagonów i kątów komina. Mój Boże, jak ciężko!..
I zapłakała naprawdę na tę myśl.
Stary Adam głowę też zwiesił i ponuro w ziemię patrzył.
— Ano, prawda! Ale tak ci będzie. Niéma już ratunku — zamruczał.
— Byłby, żeby dobrzy teraz górę wzięli nad złymi. Cierpieliśmy długo z ich łaski. Niechże nasz czas przyjdzie! Wy, stryju Adamie, wyrzućcie złość z serca dla gromady. Oni się teraz korzą i posłuchają waszego słowa. Pozwólcie im tu przyjść na radę, na gawędę. Może przecie ratunek się znajdzie. Dla téj ziemi to uczyńcie!
— Oho, patrzajcie! — szyderczo zaśmiała się Autolka.
Lecz stary jéj przerwał:
— Wiek cały wspólną biedę cierpieliśmy. Nad grobem zaciętości w sercu chować nie będę. Niech przyjdą!
Sewerynowa porwała lampkę i przez sień wyniosła ją do izby głównéj.
— Czyście oszaleli? — zawołała Antolka.
Ale już na podwórku rozlegały się liczne kroki i zaczęli napełniać izbę mężczyźni zbiedzeni i pokorni — wszyscy ci, co dotąd szli za gromadą ku zgubie, wbrew woli, owczym pędem, za zbójami-przewodnikami.
Gdy Adam do nich wyszedł, poczęli go po ramionach i rękach całować, i jeden głos się rozległ ze wszystkich piersi:
— Co teraz robić? Ratuj!
Za dziadem i Antolka weszła. Izba, używana tylko do zebrań uroczystych, była zimna. Dziewczyna przy pomocy Sewerynowéj rozpaliła ogień na kominie, dobyła z szafy samowar, zapaliła większą lampę. Potém, zdając na kobietę troskę o herbatę, stanęła przy piecu i przysłuchiwała się rozmowie.
Szlachta biadała, rozpaczała, przeklinała Morskich, wypierała się winy za proces; każdy dowodził, że oddawna był za zgodą z dworem, ale nikt nie wiedział, jak daléj radzić.
— A temu wszystkiemu Łabędzki winien! — zawołał młody Antoni Dubiniecki. — Nim go tu czart przyniósł, można było żyć.
— Łabędzki winien, żeś ty drzewo kradł? — rozległ się nagle głos Antolki.
Spojrzeli ku niéj zdziwieni, a ona dodała:
— To on téż winien, że Makarewiczów i Morskiego wzięli przy jego spalonym domu? To on winien, że co rok te zbóje przenosili kopce graniczne głębiéj w pański las i pole? Taka-ci u was prawda?...
— Oni źle robili, a on pana przeciw nam judził. On nas zgnębił do ostatka.
— A jegoż nie judzili? Pamiętacie, jak w pierwszym roku tu do nas jeździł, do nauki naganiał dzieci, do obyczajności starszych? Co było? Wyśmiali go, wydrwili, nazwali głupcem. A pamiętacie, jak z początku, gdy kradzież wykrył, prosił i zaklinał, by się opamiętali? ile razy darował, zamazał, tylko brał przysięgę, że to będzie ostatni raz? A gdzie wasze przysięgi? W piekle je wam przypomną!
Przez śniadą skórę dziewczyny przedarła się krew i łuną ogarnęła twarz. Oczy jéj świeciły.
— Ja nie przysięgał! — bąknął jeden i drugi.
— Ale-ście wszyscy kradli i naigrawali się z niego. A pamiętacie ostatni raz, gdy tu był? Ledwie duszy nie wyzionął pod waszemi obcasami. Deptaliście go jak bydlęta, wszyscy — za co? Za to, że znalazł u Morskich kradzioną dębinę. Pies dworski on, a wy psy Morskiego!...
Odwróciła się i wyszła z izby.
— Co prawda, to racyę ma — bąknął Seweryn. — Rozjudziliśmy Łabędzkiego, on nam teraz nie daruje: odpłaci i za te śmiechy, i za te sińce, i za te razy. Zginęliśmy...
Zapanowało ponure milczenie. W kuchni, gdzie sapał już samowar, Sewerynowa rzekła do Antolki:
— Jakbyś im w twarz dała, tak zgłupieli. A dobrze! Sponiewierali chłopca, co do nas lgnął. A pamiętasz, jak on ładnie śpiewał? Teraz do chłopianek jeździ. W Dubinkach faworytę ma! Chłopy lepszy spryt mieli, że go przyciągnęli. Z tego całe nasze nieszczęście!
— Niechże na niego nie szczekają, kiedy sami winni! — zajadle zawołała Antolka.
— Szczekałaś ty na niego dosyć! Więcéj, niż inne... Do oczu skakałaś! — zaśmiała się Sewerynowa. — Kiedyś na jagodach on mnie spotkał i pyta: „Nie wiecie, pani Justyno, za co na mnie panna Antolka taka jadowita? Onegdaj, jak-em ją spotkał pieszo na drodze i chciał podwieźć, to parskała jak kot.”
— A cóż to on sobie myśli, żem dziewka ze wsi, żebym z nim jeździła! — zawołała Antolka.
— Tek-em i ja odpowiedziała, a on na to: „A przecież kiedyś z Pasterki ze mną jechała.” Prawda to?
— Nie pamiętam — odparła dziewczyna. — Ale to wtedy było, kiedy on u nas jak druh bywał. A teraz wrogiem jest.
— Toć nieszczęście, bo on jeden teraz-by nas poratował. Jeśli on słowa nie rzeknie, to pan nas i do progu nie puści. Psami wyszczuje!
— Jest ktoś lepszy od niego: panienka z Horodyszcza. Do téj trzeba iść!
— Na Boga! to prawda. A te chłopy tam noc przesiedzą i na tę myśl nie wpadną. Ty masz rozum nie babski.
Skoczyła do izby. Antolka założyła ręce na piersi i, choć miała huk roboty, zadumała się. Rada-by była w téj chwili uciec z chaty, iść, gdzie-by jéj nikt niewidział i nie naganiał, i w dumkach swych przesiedzieć godziny.
Wtém do szyby ktoś zastukał, spłoszył ją.
Drgnęła i wyjrzała na podwórko. Pod oknem stał Hipolit i kiwał, by do niego wyszła.
W innym razie odegnałaby go jak psa „do budy”, ale dziś tyle się zmieniło!
Zarzuciła chustę i wyszła do niego.
— Czyście bez sumienia? — rzekł strzelec. — Toć u Morskich do rana dwa trupy będą!
— Zkądeś się tu wziął?
— Weronka mnie przysłała o matkę się dowiedziéć. Ledwiem się dobił, już padam z męki. A tam stary dochodzi końca: a kobieta, jak słup siedzi i nikogo więcéj w domu. Toć idź ty tam, gromnicę zapal, ocuć kobietę; ja nie umiem radzić i wracać muszę Szymonowi donieść o tém. Weronkę przyślę, ale tymczasem niechże kto się nad nimi ulituje!
Dziewczyna bez słowa otuliła się chustą i poszła. Śnieg padał wielkiemi płatami, o krok nic widać nie było.
U Morskich wygasł ogień na kominie i w ciemności przerażająco się odzywało rzężenie konającego. Antolce biło mocno serce i drżały ręce, gdy w popiołach ogniska szukała żaru. Poczęła dmuchać, rozpaliła drzazgę, płomień buchnął. Wtedy się rozejrzała trwożnie.
Na łóżku, w odzieży zabłoconéj i mokréj, leżał stary, okropnemi oczami patrząc w sufit i chrapiąc. Jedyną lewą ręką, jeszcze niezupełnie sparaliżowaną, czynił bezwiedne ruchy do piersi.
U nóg łóżka, na ziemi, z głową odrzuconą do ściany, siedziała stara, jak drugi trup. Oczy miała zamknięte, usta wpół otwarte, ręce kurczowo zaciśnięte.
Antolka obejrzała się ku drzwiom i ujrzała Hipka, który wzrokiem pytał: co czynić?
— Ot, leżą twoje wrogi! — szepnęła gorzko.
— Nie wrogi, lecz Weronki matka. Jakby ja Weronkę miłował, żebym o tém nie myślał! Może ci pomódz, ino prędzéj, bo mi się śpieszy.
Dziewczyna posłała drugie łóżko, i przenieśli na nie kobietę. Hipek nie odszedł, aż ją dziewczyna rozebrała, ułożyła, napoiła wodą i okryła ciepło.
— Bóg ci zapłać! — rzekł wtedy. — Teraz już pójdę. Nas dwoje i Szymon do śmierci nie zapomnimy ci dobrego uczynku.
Antolka znowu została sama, ale dziwnie jéj było dobrze na sercu. Już-by ztąd nie odstąpiła za żadne skarby świata. Lęk odleciał, została łagodna rzewność i zadowolenie.
Zwróciła się do starego, wzięła bezwładną rękę i przeżegnała go. Musiał tego pragnąć, bo się uspokoił i mniéj chrapał.
Tedy zdjęła gromnicę ze ściany, zapaliła ją i uklękła do pacierza. W ciszy téj nieszczęsnéj chaty uroczyście rozlegał się jéj głos. Morski oczy na nią zwrócił, oczy mało już świadome, mgławe, i ustami poruszał. Słyszał jeszcze.
A wtém z martwoty swéj z jękiem zbudziła się kobieta.
— O Jezu, o Maryo! Kto tu jest? — zawołała.
— Ja, Antolka. Pacierze mówię! Mówcie i wy.
Kobietę wstrząsnęło okropne łkanie. Dźwignęła się z posłania, ale wstać nie miała siły.
Załamała ręce, oczy utkwiła w gromnicę i poczęła chciwie, gorąco powtarzać modlitwę.
Było to pierwsze słowo kojące, które dziś usłyszała, po przekleństwach szlachty i chrapaniu konającego.
A Morski jakby usypiał; lewa ręka spoczęła na piersi, nos się przeciągnął, usta wpadły, coraz słabiéj rzężał. Na kominie ogień znowu przygasł, pryskała gromnica, kopcąc; za oknem śnieg padał i padał, a pies domowy, wypędzony z izby, skowyczał żałośnie.
Minęły tak godziny. Kobieta czuła powoli, jak z tym szmerem pacierza czyni się w niéj cisza; potém nieprzeparte zmęczenie i senność ją ogarnęła; słowa cichły, rozpływały się muzyką słodką; jakieś skrzydła schylały się nad nią: westchnęła i zasnęła.
Do izby wsunęła się Sewerynowa, rozejrzała się i wyszła. Antolka wciąż powtarzała pacierze. Noc się ciągnęła bez końca, już tylko gromnica oświetlała izbę. Na dworze było ciemno.
Minęło tak wiele godzin, gdy wreszcie szmer się zrobił przed chatą, drzwi się rozwarły. Dziewczyna się nawet nie obejrzała. Ktoś wszedł, zapalił zapałkę, schylił się nad posłaniem kobiety, podszedł do niéj i uklęknął.
Wtedy podniosła Antolka oczy i poznała Szymona. Nic do siebie nie rzekli, tylko on zaczął za nią pacierz powtarzać.
A w téjże chwili od przeciągu zahybotał się płomień gromnicy i jakiś cień przeszedł po twarzy konającego, a on się wzdrygnął, odetchnął głębiéj i uciszył się zupełnie.
Szymon powstał, powieki mu zacisnął i krzyż nad nim naznaczył. Szmer pacierzy także ustał.
Antolka podniosła się z kolan i poczęła znowu rozdmuchiwać ogień.
— Matka śpi? — szepnął Szymon.
— Śpi. Zmogło ją nieszczęsną! — odparła dziewczyna. — Hipek wam wieść przyniósł?
— Nie, Morski Antek. Do dworu wpadł, bo mu rzekli, że doktór tam jest. Dziwni ludzie! Zdziwił się, gdym zaraz kazał zaprzęgać i jego z sobą zabrałem. Dziękuję wam z serca za miłosierdzie i taką usługę!
Wyciągnął do niéj dłoń i ona po sekundzie wahania podała mu niezgrabnie rękę.
— A gdzież Antek? — spytała zmieszana.
— Posłałem go ludzi budzić. Toć zgroza, że was tu samą zostawili i ich opuścili w takiéj niedoli! Może, gdy posłyszą, że ja tu jestem, wcale nie zechcą przyjść?
Antolka głośno się roześmiała i rzuciła ręką ku oknu, po za którém słychać było głosy, szybkie kroki, skrzyp furtki.
— Oni teraz wszyscy przyjdą! Możecie odrazu sfory na nich kłaść i do psiarni swéj pędzić — rzuciła pogardliwie.
— Wszyscy, oprócz was. Wy-ście zawsze nieprzejednani.
— Ja nie mężczyzna, ja nic nie znaczę. Jest dziad głową naszego domu.
— A ja com wam zawinił, żeście tak nienawistni?
Antolka nic nie odrzekła. Zacięła usta, a że ludzie wchodzili do izby, wślizgnęła się między gromadę i znikła.
Chata wnet napełniła się szlachtą. Każdy pozdrowił z uszanowaniem Szymona i szedł pomodlić się u zwłok. Kobiety zajęły się Morską, która się obudziła i poczęła okropnie zawodzić.
Wśród tego zamieszania, jęków, modlitw Szymon widział zewsząd na sobie oczy szlachty zbiedzone, pokorne, wyglądające tylko jego rozkazu.
Zaraz téż zarządził ustawienie zwłok w izbie gościnnéj, posłał po deski, po światło, na swój koszt polecił Sewerynowéj staranie o poczęstunek.
Gdy wszedł późny dzień listopadowy, Morski już leżał odświętnie ubrany na tapczanie, pokrytym kilimkiem; w stodole sąsiedzi zbijali trumnę, a nad umarłym, wedle miejscowego zwyczaju, śpiewano pieśni nabożne.
W kuchni Szymon siedział nad matką. Kobieta zrazu na jego widok oczy zakryła z jękiem, ale on jéj ręce od twarzy oderwał i począł mówić:
— Nie godzi się wam, matko, oczy przede mną kryć, ani patrzeć, jak na Kaina. Nie winien ja nic, ani was nie obwiniam, ni sądzę. Co wam dziś zginęło, to Bóg zabrał. Został wam Antek, Weronka i ja. Będzie wam z nami spokojniéj, niż dotąd, będziecie mieli dobrą opiekę i starunek. Więc zmóżcie żal i o nas żywych pomyślcie serdecznie. Mozolnie wam wiek zeszedł: odpoczniecie przy nas; a że wam nikt nie wspomni téj czarnéj godziny i tego straceńca, to ja wam poprzysięgam!
Kobieta poczęła płakać, znękana i upokorzona na resztę życia hańbą syna, porażką i śmiercią męża. Bezmierny wstyd czuła względem Szymona, który tylekroć jéj to przepowiadał, ostrzegał, prosił, zaklinał, aż umilkł i usunął się, wobec jéj złości, uporu, złorzeczeń i szyderstwa.
Teraz nie tryumfował, nie wypominał, jeszcze cieszył, rękę jéj trzymając w dłoniach i poczciwie patrząc.
Obecne kobiety za jéj przykładem także szlochać zaczęły, a Sewerynowa, najśmielsza, rzekła:
— My wszyscy teraz widzimy, jak-eśmy błądzili i pana ukrzywdzili, radzi wstecz wrócić: ano już przepadło!
— Dlaczego? — spytał żywo. — Wyglądałem ja was codzień i wzywałem jeszcze onegdaj.
— Ale, ładnieśmy przyszli! — rzekła gorzko kobieta.
— Kto zawinił — zapłaci, a kto nie winien — wolną ma drogę do mnie, dziś, jak onegdaj.
— I jak przed trzema laty — wtrąciła Sewerynowa.
— To nie. Przed trzema laty, przysięgam, jam wierzył, teraz-bym już tylko dokumentom uwierzył. Skrzywdziliście sami siebie najgorzéj.
W téj chwili weszła Weronka i nieśmiało zbliżyła się do matki. Kobieta odtrąciła ją ręką.
— Precz ztąd, bezwstydna! — krzyknęła.
Szymon powstrzymał uderzenie i, obie jéj ręce ująwszy, bystro w oczy spojrzał.
— Matko! ja was dziś znowu błagam, niechże choć raz nie napróżno: darujcie jéj! Mnie karzcie, bom im ułatwił, ale pomnijcie, że gdyby nie jéj ucieczka, żoną Makarewicza-by była. Nie bezwstydna ona, choć przeciw zwyczajom postąpiła. Zróbcie mi łaskę, nie odpychajcie jéj w takiéj godzinie.
— Oj, on-by kamień przebłagał! — szepnęła Sewerynowa, a Morska pozwoliła córce rękę pocałować.
— Idź tam, do nieboszczyka! Pomódl się! — rzekła.
Szymon siostrę sam poprowadził, bojąc się, by jéj jaka przykrość nie spotkała.
Ale szlachta usunęła im się z drogi i nikt ani mrugnął. Tak to Dubinki były zmienione!
Gdy Szymon pacierz skończył, stary Adam do sieni go wyprowadził.
— Proszę was do chaty na chleb i sól — rzekł.
— Z miłą chęcią, bom też głodny srodze.
W izbie gościnnéj zastali długi stół nakryty, fajansowe talerze, szklanki, misy polewane — wszystko, co najlepszego było w domu. Potrawy były niewybredne. Barszcz z wędzonką, kluski, smażone kartofle wniosła Antolka i postawiła przed nimi. Zarumieniona, zapewne od ognia, schludnie ubrana, smukła, zgrabna i mniéj ponura, pierwszy raz wydała się Szymonowi bardzo przystojną. Raz i drugi podczas jedzenia spojrzał ku niéj, zdziwiony, że dotąd tego nie zauważył. Popróbował też rozmowy z nią, bo stary Adam przygotowywał się do zagajenia interesu, i tylko to wzdychał, to stękał.
— Nie była panna Antonina na weselu u Szumlańskich?
— Nie. Z Dubinek ino Sewerynowa była. Ja nie chciałam.
— Dlaczego? Z hardości?
— Nijakiéj hardości nie trzeba, żeby u złodziejów nie bywać. Dla kogo honor progi Szumlańskiego, a mnie nie.
— To panna Antonina niewiele kompanii znajdzie — zaśmiał się gorzko.
— A na co mi kompania? Nie obejdzie się żadna bez plotek, bez kłótni...
— Ale tańce coś warte i kawalerowie...
— Ja tam nie lubię, by mnie każdy kręcił i obejmował, a jak kawalerowie sobie podchmielą, to gorzéj bydła. Balowanie rzecz próżniactwa, a nasza rzecz — robota. To nam do twarzy!
— Zacne wnuki macie, panie Adamie! — zwrócił się Szymon do starego. — Żeby więcéj takich w Dubinkach!
— Byłoby więcéj, gdyby prym trzymali dobrzy. Ale tamci nas ogarnęli, oplątali, szydzili z cnoty i prawdy, a potém przyszła bieda, nędza, i zdziczeli wszyscy razem.
— Teraz inaczéj być może, gdybyście chcieli — zawołał Szymon, a oczy mu zabłysły.
— Antolka! — rzekł stary — zawołaj no Seweryna i innych. Niech też posłuchają, co pan Łabędzki im powie. Teraz im niedola uszy i dusze otworzyła. Niechże przyjdą!
— Niech przyjdą — powtórzył Szymon — ja im opowiem historyę naszego klejnotu.
Dziewczyna wyszła.
— Panie Adamie — rzekł gorąco Łabędzki — ja-bym tylko chciał, żeby oni mnie zrozumieli. Jeśli tak się stanie, wielka moc nasza!
— Mówcie, dobra teraz chwila. A potém, pókim żyw, ja im przypominać będę! — odrzekł stary. — My twardo stoimy przy swojém, gdy raz w co uwierzymy.
Żywo, zdyszani zbierali się ludziska na wezwanie Antolki, napełnili wnet izbę, a Szymon każdego witał serdecznie. Trwoga poczęła ich opuszczać, ogarniało rozczulenie i popęd dobry do tego człowieka, który oszczędzał im wstydu przeprosin i sam wołał.
Gdy za ostatnim zamknęły się drzwi, Szymon po nich spojrzał i rzekł:
— Panowie bracia! Zali przyznajecie mnie i memu rodowi, że wśród was powstał, żył i trwał od wieków?
— Tak jest! — odparł Adam.
— Dziad jeszcze wśród was siedział i rolę czynszową uprawiał. Ojciec swą część za zgodą dworu ustąpił Dubinieckim.
— Prawda — wtrącił Seweryn. — Ja tę część mam, i to pólko dotąd Łabędzie się nazywa.
— Więc mam prawo wśród was do głosu i rady, jakom wasz brat i tenże klejnot posiadający?
— To się wie. Nie my was odtrącili, ale tamci — zamruczało kilka głosów.
— O nich już mówić nie będziemy. Ale teraz, gdy ich niema, ja was o braterstwo proszę, jak-em przed trzema laty prosił.
— Bodaj-eśmy wtedy to byli uczynili, nie zginęlibyśmy! — westchnął Seweryn.
— Boście nie wierzyli, by od dworu druh do was przyszedł. Na szerokim świecie wiele się zmieniło przez wieki, któreśmy w téj puszczy przepracowali rękoma, grzbietem, głowy mając stępione pracą o chleb. Dwór wam został w pamięci ciemiężcą, władzą, i nie możecie pojąć, że wy i dwór — to braterstwo. Rozumiecie mnie? Obejrzyjcie się wkoło, zastanówcie się...
Zapanowało milczenie. Wreszcie Seweryn rzekł:
— Tak ci jest! Jam-to kiedyś myślał na summie u Franciszkanów, gdym z panem Sokolnickim dziekana pod ręce prowadził.
— Teraz to do serca weźcie. Stare bajki precz trzeba wyrzucić z duszy, jak znoszone obuwie. Już w niém chodzić nie można! Inne nasze ścieżki niż dziadowskie. Tak teraz jest: Gdy zostanie sam Seweryn na summie, kto dziekana drugie ramię podtrzyma? a jak zostanie sam pan Sokolnicki, to może i dziekan przestanie Sakrament obnosić, bo nie będzie dla kogo organom grać! Rozumiecie mnie? Toć jedno braterstwo jest! A drugie — to owych pólek waszych i Sokołowskich poletków. Wiecie wy, gdzie się podziały szlacheckie osady w grafskich dobrach, gdy je pan Mieczysław sprzedał? Idźcie — poszukajcie ich śladu!
Szlachta spuściła głowy, słychać tylko było głuche westchnienia.
— Poszukajcie puchów ostowych po polu! łacniéj znajdziecie, niż szlachtę tamtejszą teraz po świecie! A wiecie wy, coście robili, procesem dręcząc Sokołów? Oto sobie gotowaliście los podobny! Kto pień podcina, gubi gałęzie, a Sokołów i Dubinki — to jedno drzewo na trzebieży coraz rzadszéj. Takie drzewo to nasiennik: a wiecie wy, że za ścięcie nasiennika ciężka jest kara i srogie prawo?
Gdzieś, ktoś w kącie zaszlochał. Szymon się porwał i skoczył tam.
— Kto płacze? Niech mi rękę da, bo i ja tak często płakałem! — zawołał.
Był to Makarewicz, jedyny, co został z rodziny. Wstydził się swego wybuchu i czapką twarz zakrywał.
— Ja także kradł drzewo i kopce zaorywał! — wyjąkał.
A Szymon go porwał i uścisnął.
— Aleś memi łzami pierwszy zapłakał, i tyś mi brat teraz!
Reszta poczęła nosy ocierać i rękawami twarze.
A Szymon, zapalając się, dalej mówił:
— A jeszcze jedno. Klejnot nam dany jest, i wielki stąd honor czujemy. A wiecie, że to też stara bajka jest, i nowe czasy to przekreśliły, jak wiele innych zabytków? Ale my chowamy pamiątkę. Dawno kiedyś pierwszy z naszego rodu to dostał jako znak, że lub dzielny był, lub wierny, lub cnotliwy. A dostał w nagrodę i na przykład. Aleć teraz nikt owego pierwszego nie zna, ino ostatniego, i słychać: tenci szlachcic gałgan jest, a ten pijak, a ten złodziej. I wstyd jest i hańba takim do klejnotu się przyznawać nawet, nietylko nim się szczycić! Boć gdyby owe czasy wróciły, czy zostawionoby w takich rękach taką świętość? I tak, jak nie ten chrześcijanin, kto krzyż nosi, ale ten, kto krzyż znosi, tak nie ten szlachcic, kto herb ma, ale ten, kto szlachetnie czyni. Tak-ci i w mowie naszéj postanowiono. A gdybyście wiedzieli, jak lekko na barkach takiemu, który się nie wstydzi ni przed sobą, ni przed dziekanem, ni przed cnotliwym człowiekiem...
A gdy to mówił, twarz jego, niepiękna, tak promieniała i taka z niéj biła jasność i wesołość, że ludziska ci nieokrzesani poczuli ogromną chęć iść za nim, i słuchać, i z barków otrząsnąć wstyd, i tak zaraz gorąco spełnić swe szlachectwo.
Poczęli się do niego garnąć, śmiejąc się przez łzy, i zahuczało w izbie:
— Daj-ci, Boże, wszystko dobre za takie słowo! My za tobą pójdziemy, jako zechcesz! Toć jak prorok mówi. W nędzy naszéj, jakby niebo pokazywał. Mów jeszcze, mów!
A Szymon spojrzał po nich i także rękawem oczy otarł.
— Kiedy wam po myśli moje słowa, to jeszcze jednego posłuchajcie i uwierzcie mi. Bo oto na Boga się klnę, że gdym tu wrócił, nauki skończywszy, tom nie dla siebie wrócił. Dwie myśli miałem w sercu i duszy: wdzięczność dla dworu, co mnie wychował, dał światło, nauczył myśléć i czuć, i kochanie wielkie dla was. Boć ja stąd wyszedłem i krwią waszą jestem, i ten zaścianek sobie śniłem zawsze, ale nie taki, jak jest, ino inny. Śniły mi się te pólka nasze ciasne, tak uprawne, jakom u Niemców widział, stokrotny plon dające, i te domki schludne i białe, w sadach całe, i te bydlątka, nie marne, ale wycackane na schwał i sławne na okolicę. I widziałem chłopaków waszych u książki, lub u rzemiosła, i widziałem tych, co zbywali od roboty na własnym zagonie, służących tym panom po dworach, a służących, jako niegdyś sługiwali dworzanie, wiernie aż do śmierci. Więc, jak-em wrócił, stanąłem do czynu. Dworowi dałem swój pot, i myśl, i krew-bym dał, a wam swą duszę oddałem. Jeszcze do wczoraj były u mnie w domu książki, com dla dzieci i starych sprowadzał, i nasiona, com dla was trzymał w zapasie, i narzędzia do różnych rzemiosł dla chłopaków, i wzorzyste modele kilimków i tkanin dla kobiet. Com grosz zebrał, tom w to wkładał z początku, a jak-em nic nie uczynił, i odstąpić was musiał, to jak-bym połowę duszy stracił. A gdym wczoraj na te popioły domu patrzał, tom gorzko pomyślał: Niech gore, kiedy moje Dubinki tego nie chcą!
— Mój Boże! Mój Boże! — jęknął Makarewicz.
Wszyscy płakali lub, zwiesiwszy głowy, dumali smutno. Prawdą było każde jego słowo, i całe dzieje tych trzech lat, tylko w rzeczywistém świetle, przesuwały się w ich pamięci.
On o swéj krzywdzie jakby nie pamiętał, ich losem tylko zajęty.
— A teraz nam rachować trzeba. Proces szedł o trzydzieści dziesięcin łąk, piętnaście pastwisk i siedemnaście pola wydartego z pod lasu, ogółem 62 dziesięciny, a że rodów w Dubinkach jest piętnaście, więc na ród wypada osiem morgów wszystkiego razem. Z tych ośmiu morgów ród miał-ci ile korzyści? Sami powiedzcie!
— Jakie korzyści? Żadne! — zawołał Seweryn. — Gdyśmy skosili i zżęli, nakładano areszt. Gniło na deszczu, sypało się na upale, tratowało bydło. Jeżeliśmy pokryjomu zabrali, to trzeba było za darmo prawie żydom sprzedać. Jeślim miał dziesięć rubli, to i wszystko.
— A ileż rocznie kosztował proces?
— Proces! — krzyknęli wszyscy. — Toć widać! Mieliśmy przedtem buty: teraz łykowe postoły; mieliśmy odzież: teraz te laty; mieliśmy bydło: teraz pies został i kot! Ot, co kosztował! — wszystko, co było, i długi. Żydy biorą po pięć groszy od rubla na tydzień.
— Nie chcieli płacić panu, teraz w żydowską wpadli niewolę.
— A też pólka, co na nich wam było ciasno, żeście dworskie grabili, jakże one utrzymane, jak wam rodzą! Woda podmywa, bo rowy nie zrobione; chwast się pleni, bo gospodarz w czas nie zniszczy, po sądach się tułając; ziemia ubożeje, bo inwentarza za mało. Po sadkach dzikie grusze i wiśnie cierpkie, i te dziatwa, próżnując, przed dojrzeniem pootrąca. Po domach swary i klątwy, bo nędza w oczy zagląda, a złe sumienie dręczy. A w święto pijatyka, swawola, albo sen bezmyślny, lub kłótnie sąsiedzkie. I takci ten zaścianek mój wyśniony w piekło się zmienił, a klejnot, co przodków zdobił, u synów na ostatnią zeszedł poniewierkę...
Milczeli teraz wszyscy, tylko stary Adam rzekł:
— Gorzka to prawda, ale gdy dzień pokuty przyszedł, wy pokutę naznaczcie i zapomnijcie złego, a uczcie, jako na nogi stanąć.
— Proces trzeba na wieki skończyć. Dworu ni siebie nie gubić, bo jak-em was przekonał, to teraz ciężki grzech.
— My gotowi choć zaraz do pana iść i, co każe podpisać! — zawołało kilku.
— My pewni, że naszéj zguby nie chce.
— To wam ręczę! Biały papier możecie mu podpisać. Potem ja wam pomogę od żydów się wyzwolić, bo na lichwę straszny sąd teraz jest! Potem obrachujemy, kto w rodach od roboty zbywa, i ci na służbę niech idą, grosz zbiorą, na bydlęta, na buty, na czynsz, na wiosenne zasiewy.
— Ja wam zaraz chłopców swych oddam! — zawołał Antoni Dubiniecki.
— A ja brata.
— A ja sam pójdę — rzekł Seweryn.
— Każdy znajdzie służbę, gdy ja za niego poręczę. A dziatwę zapędzimy do książki, a ja co niedziela do was po dawnemu przyjadę radzić o roli i o sadzie, a wieczorem się razem poweselić. Nie lękajcie się, ani traćcie rezonu. Szlachecka rzecz jest złe terminy cierpieć i nie ustępować w dobrem. Takci klejnot każe i tak nam, Panie Boże, dopomóż!
— Tak nam, Panie Boże, dopomóż! — powtórzyli za nim wszyscy i rzucili się do niego, twarde prawice podając, lub obejmując w ramiona. Aż zniknął w tym tłumie, który go przed kilku miesiącami nogami deptał, bezbronnego.
— A teraz do pierwszego obowiązku! — zawołał, gdy się wreszcie oswobodził. — Morski nieborak czeka pogrzebu, a lada godzina rzeki staną. Kto czółno swe daje pod trumnę, kto z nią pojedzie do miasteczka?
Nikt się nie ofiarował, a Antoni Dubiniecki rzucił zajadle:
— Niech go wiezie taki, komu on dobrze uczynił!
Szymon spojrzał po nich i rzekł:
— Jest-ci jedna taka historya w starych papierach, którą mi raz opowiedział pan Oyrzanowski z Horodyszcza. Było ci raz pacholąt troje, podręcznych posłańców. A raz w bitwie posyła ich wódz w sam war i woła: ratujcie! Nie miał czasu rzec co, a już oni skoczyli. A po chwili wraca jeden i przywodzi schwytanego konia, na którym jakiś basza jeździł, a potem wraca drugi i przynosi chorągiew turecką, a trzeciego długo nie było, aż wraca z człowiekiem rannym na plecach. Nie jeniec żaden znaczny, ale swój. — Ktoś jest? — pyta wódz, a pacholę odpowiada, krew i pot ocierając z twarzy: — Toć Morawski jest, co nas ukrzywdził i wyrokami zniszczył. Leżał-ci pod kopytami, więc go wziąłem żeby nie nazwał mnie chamem. A wódz pacholę to przyjął do swego klejnotu.
— U mnie czajka najszybsza! — zawołał Makarewicz.
— A ja pojadę z tobą. I ja, i ja! — dodali inni, już do drzwi się kierując.
— A ja o wiosło ino proszę, bo i ja muszę mu usłużyć! — zakończył Szymon. — Dalejże do roboty!
Krótki dzień się kończył, gdy wśród śpiewów i szlochań kobiecych trumnę przeniesiono na wielkie czółno, wysiane świerkowemi gałęźmi. Cała ludność zebrała się na brzegu.
Na przodzie czółna położono krzyż świeży na mogiłę i drugi, który miano zostawić na granicy osady; zapalono też w żelaznym koszu smolue drzazgi, które miały służyć za kaganiec. Zwyczaje takie były starodawne.
Za trumną usiadły Morska i Weronka, do wioseł stanęli Antek, Hipek, Seweryn, a u steru Szymon.
I nagle zapanowała wśród gromady wielka cisza, i wszyscy stali zapatrzeni w łódź, oczekujący ostatniego zwyczaju.
I nagle w téj ciszy rozległ się donośny głos Szymona od steru:
— Oto ja, Feliks, odpływam z domu swego, i od swoich, na wieczne rozstanie. I żegnam was raz ostatni, ty chato, i ty ziemio! I żegnam ciebie, żono, i was, dzieci, i krewni, i sąsiedzi, i znajomi, na wieki wieków!
— Światłość wiekuista niech ci świeci. Amen! — odpowiedział chór na brzegu.
Ale łódź nie ruszała, i znów rozległ się głos:
— A oto ja, Feliks, odjeżdżający, dziękuję ci, chato i ziemio, za chleb, tobie, żono, za przywiązanie, wam, dzieci za posłuszeństwo, wam krewni, sąsiedzi, bracia, za każde dobre słowo, i o ostatnie dobre życzenie na drogę proszę.
— Królestwo niebieskie niech ci da Bóg miłosierny! — odpowiedział chór uroczyście.
Ale łódź jeszcze nie odpływała, i stojąc u steru, wyniosły, z twarzą uroczystą, mówca umarłego donośnie zaczął znowu:
— A oto ja, Feliks, grzesznik, słaby człowiek i ułomny, a odjeżdżający na sąd Boży, przepraszam was, żono i dzieci, krewni, sąsiedzi i bracia za wszystko, com wam źle uczynił, powiedział, pomyślał, i o przebaczenie was błagam ostatnie a serdeczne przed tą drogą moją! Czy przebaczycie mi wobec Boga na wieki?
— Przebaczamy wobec Boga na wieki! — uroczyście odpowiedział chór, i płacz słychać było w gromadzie.
A w tém łódź, jakby skrzydeł dostała z tém słowem, pomknęła naprzód, wybiegła na prąd, i uniosła Feliksa Morskiego z domu i ziemi na ostatnie spoczywanie.
W zapadającéj nocy widać było przez chwilę postać Szymona we mgle i czerwoną łunę kagańca na przodzie. Potem z tumanu doleciała pieśń wioślarzy:

„Kto się w opiekę poda Panu swemu”...

Potem i sternika, i kaganiec, i śpiew zakryło oddalenie i noc...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.