Strona:Maria Rodziewiczówna - Klejnot.djvu/262

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Dziewczyna bez słowa otuliła się chustą i poszła. Śnieg padał wielkiemi płatami, o krok nic widać nie było.
U Morskich wygasł ogień na kominie i w ciemności przerażająco się odzywało rzężenie konającego. Antolce biło mocno serce i drżały ręce, gdy w popiołach ogniska szukała żaru. Poczęła dmuchać, rozpaliła drzazgę, płomień buchnął. Wtedy się rozejrzała trwożnie.
Na łóżku, w odzieży zabłoconéj i mokréj, leżał stary, okropnemi oczami patrząc w sufit i chrapiąc. Jedyną lewą ręką, jeszcze niezupełnie sparaliżowaną, czynił bezwiedne ruchy do piersi.
U nóg łóżka, na ziemi, z głową odrzuconą do ściany, siedziała stara, jak drugi trup. Oczy miała zamknięte, usta wpół otwarte, ręce kurczowo zaciśnięte.
Antolka obejrzała się ku drzwiom i ujrzała Hipka, który wzrokiem pytał: co czynić?
— Ot, leżą twoje wrogi! — szepnęła gorzko.
— Nie wrogi, lecz Weronki matka. Jakby ja Weronkę miłował, żebym o tém nie myślał! Może ci pomódz, ino prędzéj, bo mi się śpieszy.
Dziewczyna posłała drugie łóżko, i przenieśli na nie kobietę. Hipek nie odszedł, aż ją dziewczyna rozebrała, ułożyła, napoiła wodą i okryła ciepło.
— Bóg ci zapłać! — rzekł wtedy. — Teraz już