Strona:Maria Rodziewiczówna - Klejnot.djvu/240

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Ja to panu już dawno mówił! — zaśmiał się bezczelnie chłop.
Szymon wydobył z kieszeni mały plan Sokołowa i położył go na stole.
— Otóż teraz patrz! Za te łąki serwitutowe i za siedemdziesiąt pólek chłopskich, rozsianych po naszym lesie, daję wam graniczące ze wsią Omelną dziesięcin pola, 100 dziesięcin łąk i 50 dziesięcin lasu — cały ten szmat po rzekę, która odtąd będzie stanowiła granicę.
— Co pan daje, gdzie i ile, to wie każdy dzieciak w Omelnéj, i brać nie chcą, bo pan nigdy nie powiedział, ile mnie daje! — odparł cynicznie chłop.
— A tyś nie powiedział, ile chcesz.
— Bo nie mnie prosić, ale panu.
Szymon brwi zmarszczył i spojrzał groźnie na chłopa.
— Ja ciebie i teraz nie proszę, ale proponuję interes — rzekł ostro. — Za ułożenie tego interesu, to jest za podpisy całéj gminy na dokumencie i nowym planie, ile chcesz?
— Tysiąc rubli — odparł Mikitka.
Baba plasnęła rękami, Ihnat przestał jeść i z suchą rybą w garści oczy wytrzeszczył przerażone, stary Ułas brwiami poruszył. Tylko Szymon nie okazał oburzenia: spokojnie plan złożył, do kieszeni schował i wziął za czapkę.
— No, to zostaniemy przy swojém i będziemy się