Strona:Maria Rodziewiczówna - Klejnot.djvu/279

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


swój. — Ktoś jest? — pyta wódz, a pacholę odpowiada, krew i pot ocierając z twarzy: — Toć Morawski jest, co nas ukrzywdził i wyrokami zniszczył. Leżał-ci pod kopytami, więc go wziąłem żeby nie nazwał mnie chamem. A wódz pacholę to przyjął do swego klejnotu.
— U mnie czajka najszybsza! — zawołał Makarewicz.
— A ja pojadę z tobą. I ja, i ja! — dodali inni, już do drzwi się kierując.
— A ja o wiosło ino proszę, bo i ja muszę mu usłużyć! — zakończył Szymon. — Dalejże do roboty!
Krótki dzień się kończył, gdy wśród śpiewów i szlochań kobiecych trumnę przeniesiono na wielkie czółno, wysiane świerkowemi gałęźmi. Cała ludność zebrała się na brzegu.
Na przodzie czółna położono krzyż świeży na mogiłę i drugi, który miano zostawić na granicy osady; zapalono też w żelaznym koszu smolue drzazgi, które miały służyć za kaganiec. Zwyczaje takie były starodawne.
Za trumną usiadły Morska i Weronka, do wioseł stanęli Antek, Hipek, Seweryn, a u steru Szymon.
I nagle zapanowała wśród gromady wielka cisza, i wszyscy stali zapatrzeni w łódź, oczekujący ostatniego zwyczaju.
I nagle w téj ciszy rozległ się donośny głos Szymona od steru: