Strona:Maria Rodziewiczówna - Klejnot.djvu/278

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została skorygowana.


i o sadzie, a wieczorem się razem poweselić. Nie lękajcie się, ani traćcie rezonu. Szlachecka rzecz jest złe terminy cierpieć i nie ustępować w dobrem. Takci klejnot każe i tak nam, Panie Boże, dopomóż!
— Tak nam, Panie Boże, dopomóż! — powtórzyli za nim wszyscy i rzucili się do niego, twarde prawice podając, lub obejmując w ramiona. Aż zniknął w tym tłumie, który go przed kilku miesiącami nogami deptał, bezbronnego.
— A teraz do pierwszego obowiązku! — zawołał, gdy się wreszcie oswobodził. — Morski nieborak czeka pogrzebu, a lada godzina rzeki staną. Kto czółno swe daje pod trumnę, kto z nią pojedzie do! miasteczka?
Nikt się nie ofiarował, a Antoni Dubiniecki rzucił zajadle:
— Niech go wiezie taki, komu on dobrze uczynił!
Szymon spojrzał po nich i rzekł:
— Jest-ci jedna taka historya w starych papierach, którą mi raz opowiedział pan Oyrzanowski z Horodyszcza. Było ci raz pacholąt troje, podręcznych posłańców. A raz w bitwie posyła ich wódz w sam war i woła: ratujcie! Nie miał czasu rzec co, a już oni skoczyli. A po chwili wraca jeden i przywodzi schwytanego konia, na którym jakiś basza jeździł, a potem wraca drugi i przynosi chorągiew turecką, a trzeciego długo nie było, aż wraca z człowiekiem rannym na plecach. Nie jeniec żaden znaczny, ale