Strona:Maria Rodziewiczówna - Klejnot.djvu/251

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Dach był pański, a na koszulę zapracuję — odparł spokojnie. — Jakże chłopak się miewa?
— Wyliże się. Posłałem po lekarza. To dopiero awantura! Wiesz? wszyscy trzej złapani!
— To najlepsze! To warto tysiące. Dobry dzień dzisiaj!
Wśliznął się do budy i obejrzał chłopaka. Miał spalone włosy, poparzoną twarz i ręce, ale na widok swego chlebodawcy przestał jęczéć.
— Papiery ja wyniósł, panie! — pochwalił się, patrząc nań poczciwie swemi czerwonemi oczami.
— Zuch jesteś! Bardzo cię holi?
— Oj, boli, boli! A Krasia nasza zgorzała! Ja-bym ją wypuścił, ale matka zaczęła krzyczeć: „Papiery pańskie!” — tak ja tam skoczył... Oj piekło, piekło!
A Semenicha, w kuczki zgarnięta przy jego posłaniu, poczęła przeklinać:
— Żeby ich robaki stoczyły, żeby ich psy po kawałku rozniosły po polu, żeby ich ślepych wodzili, żeby sczernieli jak ziemia za nasze dobro, za naszą pracę, za naszą sierocą krzywdę!.. Toć jak ten chłopiec umrze, w co ja go ubiorę do trumny? co ja mu włożę na zmianę?
— Milcz-że! — oburzył się Szymon. — Chłopak żyw będzie i znowu len narośnie. A toć ja tyle mam, co i wy... będziemy daléj razem biedować.
— A na cóż ja panu teraz potrzebna? Ni co zgotować, ni w czém, ni co uprać, ni czego doglądać.