Strona:Maria Rodziewiczówna - Klejnot.djvu/256

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


nowa. — Nawarzyliście piwa, a teraz pić niemiło. Przez te głupie sądy i upór cóż-eście wskórali? Kości wam wyłażą przez skórę z głodu, na dziady zeszliście, i nas, niewinnych, za sobą-ście wciągnęli! A teraz, jak bieda, pełna was chata, a żaden śmiałości nie znajdzie odszczekać swe głupstwa. Wstyd wam! Ot, ja, baba, pójdę do Adama za was oczami świecić! Jak zobaczycie światło na prawo w izbie, to przychodźcie śmiało!
I otuliwszy głowę chustą, wybiegła.
U Adama świeciło się tylko w kuchni. Tam przy stole stary w okularach czytał głośno „Żywoty świętych” z odwiecznéj księgi, która wraz z modlitewnikiem tworzyła całą bibliotekę rodziny.
Opodal Antolka przędąc słuchała. Ładna jéj śniada twarz pobladła i przeciągnęła się w ostatnich czasach: utrwalił się na niéj zacięty ostry wyraz. Ambicya jéj i hardość srodze cierpiały.
Na skrzyp drzwi i widok Sewerynowéj stary czytać przestał, dziewczyna zmarszczyła brwi. Na pozdrowienie ledwie odmruknęła.
— Ot, nieszczęście, dobrzy ludzie! — zawołała śmiało kobieta. — Morski dogorywa, a tamci pod kluczem. Co to będzie, miły Boże!
— Będzie sprawiedliwość — rzekł stary. — Cóż to podpalaczów żałujecie?
— A zresztą, co nam do tego? — zawołała Antolka. — My Judasze! dworskie zaprzedańce! Wam nie-