Strona:Maria Rodziewiczówna - Klejnot.djvu/231

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została skorygowana.


spoglądali na ten pochód i pozdrawiali starą z poszanowaniem.
— Łaskę ma Sokolnicki komisarz! — szeptali. — Ale i Wilkom z nim dobrze. W izbie ciepło, i drew pełne gumno. Bogatemu czart dzieci kołysze! — i wzdychali zawistnie.
Baba na pozdrowienia odpowiadała protekcyonalnie, fajki z ust nie wyjmując. Dopiero nad rzeką wytrząsła z niéj popiół, schowała w zanadrze fajkę, ulokowała w czółnie chleb, odprawiła dzieci, i usiadła u steru. Szymon łódź na głębinę zepchnął — i ruszyli.
Gdy mijali jakiś zakręt, gdzie prąd silny tworzył wiry i pienił o brzegi, baba, pamiętna rozmowy, rzekła:
— To, synku, nazywa się Zabudeń (zapomnienie); tu kitajkę krasną z szyi zdejm i za siebie ciśnij. Tu od ciebie zła dumka się odczepi!
— Szymon smutno się roześmiał.
— Niech ta krzyna zostanie — odparł. — W grobie ciężko leżeć, gdy nikt żywy nie wspomni. Jakeście rzekli, pierścienia już niema, ale kitajki nie rzucę.
— Nu, jak chcesz! Ja ci dobrze radzę.
Długo milczeli, wreszcie Szymon się ozwał:
— Za co to, babo, Liszkę zesłali?
— To nie wiesz? Fałszywie przysięgał, cerkiew okradł, żonę zabił! Co tylko czart wymyślił, to on zrobił! Kobietę mu dałam jak to kwiatek. Zmarnował ją, sponiewierał, nad dzieckiem się pastwił,