Strona:Maria Rodziewiczówna - Klejnot.djvu/249

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została skorygowana.


chłopca, gasili resztki, posłali po policyę. Morsk miał w kieszeni zapałki, hubkę, resztki lnu, a Makarewicz — butelkę od nafty, i obydwa byli nią oblani. Morski u węgła domu zgubił swój nóż i kapciuch od tytuniu, i po to powrócił; wtedy go Semenicha złapała. Zląkł się i tak moc stracił, że się dał związać. Ale zuch baba — Semenicha!
— No, a drugi Makarewicz? — badał Szymon.
— O, tego sam Bóg przytrzymał! — wołał Hipek, aż dysząc z tryumfu. — Kiedym Marcina przywlókł i oddał ludziom, pan go łajać począł, a ten, gdy Morskiego zobaczył, powiada: „Ano, prawda! Spaliliśmy twego psa, i ciebie samego to czeka! Ale kiedy nam koniec, to niechże wszystkim! Był Wicek z nami, niech i on swoje odcierpi!” A tu policyi wiejskiéj zbiegła się już kupa, więc skoczyło kilku na obławę. Niedaleko uciekł. Ciemno było; na przełaj biegł i w skoku nogę wykręcił. Tamże i leżał i z bólu mdlał. Tak-ci ich pokładli pokotem przy zgliszczach, a potem na furgon, i powieźli do miasteczka. Już oni Dubinek nie zobaczą!
— Na pohybel! — zawołała baba.
— Oj, Boże! A mnie tam nie było! — jęknął rozpocznie Ihnat.
— Pan mnie posłał za wami — raportował Hipek. — Bo oni tę furę, com zabrał, też spalili, a konia puścili, dla niepoznaki, w las.
— Teraz Dubinki będą moje! — rzekł Szymon.