Strona:Maria Rodziewiczówna - Klejnot.djvu/275

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


stokrotny plon dające, i te domki schludne i białe, w sadach całe, i te bydlątka, nie marne, ale wycackane na schwał i sławne na okolicę. I widziałem chłopaków waszych u książki, lub u rzemiosła, i widziałem tych, co zbywali od roboty na własnym zagonie, służących tym panom po dworach, a służących, jako niegdyś sługiwali dworzanie, wiernie aż do śmierci. Więc, jak-em wrócił, stanąłem do czynu Dworowi dałem swój pot, i myśl, i krew-bym dał, a wam swą duszę oddałem. Jeszcze do wczoraj były u mnie w domu książki, com dla dzieci i starych sprowadzał, i nasiona, com dla was trzymał w zapasie, i narzędzia do różnych rzemiosł dla chłopaków, i wzorzyste modele kilimków i tkanin dla kobiet. Com grosz zebrał, tom w to wkładał z początku, a jak-em nic nie uczynił, i odstąpić was musiał, to jak-bym połowę duszy stracił. A gdym wczoraj na te popioły domu patrzał, tom gorzko pomyślał: Niech gore, kiedy moje Dubinki tego nie chcą!
— Mój Boże! Mój Boże! — jęknął Makarewicz.
Wszyscy płakali lub, zwiesiwszy głowy, dumali smutno. Prawdą było każde jego słowo, i całe dzieje tych trzech lat, tylko w rzeczywistém świetle, przesuwały się w ich pamięci.
On o swéj krzywdzie jakby nie pamiętał, ich losem tylko zajęty.
— A teraz nam rachować trzeba. Proces szedł o trzydzieści dziesięcin łąk, piętnaście pastwisk i sie-