Strona:Maria Rodziewiczówna - Klejnot.djvu/253

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została skorygowana.


— Jeszcze się ciebie żarty trzymają!
— Bo wracam od zdroju zdrowia i mądrości. Kiedyś zaprowadzę i pana tam. Czy był pan w Horodyszczu?
— Nie, bo mi licho Woynę naniosło i musiałem go bawić, a raczéj słuchać o afektach. Szczęśliwy człowiek, że może tém się bawić! Cały dzień i noc całą gadał, a gdy nad ranem odjechał, ujrzałem łunę i przyleciałem tutaj.
— I tak na czczo cały dzień?
— Anim się obejrzał, taki był rozgardyasz. Zuch ten Hipolit. No, i taka zdobycz!
— Może pan dzisiaj podkreślić i wykasować proces z Dubinkami z historyi Sokołowa. Nie ma głów hydra! O, dobry dzień!
I rzetelnem weselem rozjaśniła mu się twarz.
W téj chwili wóz nadjechał, eskortowany przez Hipolita. Umieszczono na nim Semenichę i chłopca, a Sokolnicki i Szymon przeprowadzili ich aż do zakrętu. Potém sami pojechali do Sokołowa.
Na polanie dogasały zgliszcza. Czasem zasyczała głownia, wybuchnął nikły płomyk lub słup popiołu, to znów biegały po tych czarnych resztkach jakby czerwone mrówki.
Dym się snuł nizko we mgle zimnéj, a wreszcie nad ranem począł sypać pierwszy śnieg wielkiemi płatami i pokrywać tę wstrętną plamę pogorzeli. Zaczęły téż zbierać się wrony i, siadając po czubach