Strona:Maria Rodziewiczówna - Klejnot.djvu/265

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Antolka podniosła się z kolan i poczęła znowu rozdmuchiwać ogień.
— Matka śpi? — szepnął Szymon.
— Śpi. Zmogło ją nieszczęsną! — odparła dziewczyna — Hipek wam wieść przyniósł?
— Nie, Morski Antek. Do dworu wpadł, bo mu rzekli, że doktór tam jest. Dziwni ludzie! Zdziwił się, gdym zaraz kazał zaprzęgać i jego z sobą zabrałem. Dziękuję wam z serca za miłosierdzie i taką usługę!
Wyciągnął do niéj dłoń i ona po sekundzie wahania podała mu niezgrabnie rękę.
— A gdzież Antek? — spytała zmieszana.
— Posłałem go ludzi budzić. Toć zgroza, że was tu samą zostawili i ich opuścili w takiéj niedoli! Może, gdy posłyszą, że ja tu jestem, wcale nie zechcą przyjść?
Antolka głośno się roześmiała i rzuciła ręką ku oknu, po za którém słychać było głosy, szybkie kroki, skrzyp furtki.
— Oni teraz wszyscy przyjdą! Możecie odrazu sfory na nich kłaść i do psiarni swéj pędzić — rzuciła pogardliwie.
— Wszyscy, oprócz was. Wy-ście zawsze nieprzejednani.
— Ja nie mężczyzna, ja nic nie znaczę. Jest dziad głową naszego domu.