Strona:Maria Rodziewiczówna - Klejnot.djvu/246

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została skorygowana.


śmy się tu zeszli, nikt wiedzieć nie powinien. Prawda, didu?
— Nikt słowa nie powie! — odparł Ułas, patrząc na Wilków.
— A ja we wsi powiem, żem w Dubinkach był u Wilczycy się rozpytać, czy mi swego Ihnata nie da w „prystupy” do mojéj Krysty! — zaśmiał się chłop.
Ihnat popatrzał na niego i począł się śmiać.
— Czego rechcesz, żabo! — oburknął Mikitka. — Cóż to, kpina ci moja dziewucha? Toć widziałem, jak-eś ją za warkocz ciągał, a ona ci harbuziki za kołnierz sypała.
— A nieprawda! — oburzył się Ihnat. — Ja jéj tylko z przypadku wstążkę oberwał, to ona mi za to w zęby dała. Nijakich harbuzików nie dostał!
Szymon mimowoli się roześmiał, ale baba wzięła tę rzecz do serca.
— Ach ty, smarkaczu, ty bezwstydniku, ty „hydanie” (obrzydliwcze)! To ciebie nie można za próg posłać, żebyś rodu nie pokalał! — posypało się z jéj ust, a jednocześnie odwiązała fartuch i, zanim się chłopak opamiętał, chwyciła go za bujną, czarną czuprynę, przygięła do ziemi i poczęła smagać po plecach sznurkami fartucha.
Ihnat się wił i piszczał, ale nic mu nie pomogło: dostał cięgi, i dopiero, gdy się baba zmęczyła, wyrwał się i uciekł za drzwi, czerwony z bólu i wstydu.
Wilczyca odsapnęła, zawiązała napowrót fartuch,