Strona:Maria Rodziewiczówna - Klejnot.djvu/260

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została skorygowana.


Rozjudziliśmy Łabędzkiego, on nam teraz nie daruje: odpłaci i za te śmiechy, i za te sińce, i za te razy. Zginęliśmy...
Zapanowało ponure milczenie. W kuchni, gdzie sapał już samowar, Sewerynowa rzekła do Antolki:
— Jakbyś im w twarz dała, tak zgłupieli. A dobrze! Sponiewierali chłopca, co do nas lgnął. A pamiętasz, jak on ładnie śpiewał? Teraz do chłopianek jeździ. W Dubinkach faworytę ma! Chłopy lepszy spryt mieli, że go przyciągnęli. Z tego całe nasze nieszczęście!
— Niechże na niego nie szczekają, kiedy sami winni! — zajadle zawołała Antolka.
— Szczekałaś ty na niego dosyć! Więcéj, niż inne... Do oczu skakałaś! — zaśmiała się Sewerynowa — Kiedyś na jagodach on mnie spotkał i pyta: „Nie wiecie, pani Justyno, za co na mnie panna Antolka taka jadowita? Onegdaj, jak-em ją spotkał pieszo na drodze i chciał podwieźć, to parskała jak kot.”
— A cóż to on sobie myśli, żem dziewka ze wsi, żebym z nim jeździła! — zawołała Antolka.
— Tek-em i ja odpowiedziała, a on na to: „A przecież kiedyś z Pasterki ze mną jechała.” Prawda to?
— Nie pamiętam — odparła dziewczyna. — Ale to wtedy było, kiedy on u nas jak druh bywał. A teraz wrogiem jest.
— Toć nieszczęście, bo on jeden teraz-by nas