Strona:Maria Rodziewiczówna - Klejnot.djvu/264

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została skorygowana.


gromnica, kopcąc; za oknem śnieg padał i padał, a pies domowy, wypędzony z izby, skowyczał żałośnie.
Minęły tak godziny. Kobieta czuła powoli, jak z tym szmerem pacierza czyni się w niéj cisza; potém nieprzeparte zmęczenie i senność ją ogarnęła; słowa cichły, rozpływały się muzyką słodką; jakieś skrzydła schylały się nad nią: westchnęła i zasnęła.
Do izby wsunęła się Sewerynowa, rozejrzała się i wyszła. Antolka wciąż powtarzała pacierze. Noc się ciągnęła bez końca, już tylko gromnica oświetlała izbę. Na dworze było ciemno.
Minęło tak wiele godzin, gdy wreszcie szmer się zrobił przed chatą, drzwi się rozwarły. Dziewczyna się nawet nie obejrzała. Ktoś wszedł, zapalił zapałkę, schylił się nad posłaniem kobiety, podszedł do niéj i uklęknął.
Wtedy podniosła Antolka oczy i poznała Szymona. Nic do siebie nie rzekli, tylko on zaczął za nią pacierz powtarzać.
A w téjże chwili od przeciągu zahybotał się płomień gromnicy i jakiś cień przeszedł po twarzy konającego, a on się wzdrygnął, odetchnął głębiéj i uciszył się zupełnie.
Szymon powstał, powieki mu zacisnął i krzyż nad nim naznaczył. Szmer pacierzy także ustał.