Strona:Maria Rodziewiczówna - Klejnot.djvu/263

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została skorygowana.


pójdę. Nas dwoje i Szymon do śmierci nie zapomnimy ci dobrego uczynku.
Antolka znowu została sama, ale dziwnie jéj było dobrze na sercu. Już-by ztąd nie odstąpiła za żadne skarby świata. Lęk odleciał, została łagodna rzewność i zadowolenie.
Zwróciła się do starego, wzięła bezwładną rękę i przeżegnała go. Musiał tego pragnąć, bo się uspokoił i mniéj chrapał.
Tedy zdjęła gromnicę ze ściany, zapaliła ją i uklękła do pacierza. W ciszy téj nieszczęsnéj chaty uroczyście rozlegał się jéj głos. Morski oczy na nią zwrócił, oczy mało już świadome, mgławe, i ustami poruszał. Słyszał jeszcze.
A wtém z martwoty swéj z jękiem zbudziła się kobieta.
— O Jezu, o Maryo! Kto tu jest? — zawołała.
— Ja, Antolka. Pacierze mówię! Mówcie i wy.
Kobietę wstrząsnęło okropne łkanie. Dźwignęła się z posłania, ale wstać nie miała siły.
Załamała ręce, oczy utkwiła w gromnicę i poczęła chciwie, gorąco powtarzać modlitwę.
Było to pierwsze słowo kojące, które dziś usłyszała, po przekleństwach szlachty i chrapaniu konającego.
A Morski jakby usypiał; lewa ręka spoczęła na piersi, nos się przeciągnął, usta wpadły, coraz słabiéj rzężał. Na kominie ogień znowu przygasł, pryskała