Strona:Maria Rodziewiczówna - Klejnot.djvu/247

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została skorygowana.


i jakby nic usiadła znowu na ławie, a Mikitka, tym epizodem nie stropiony, spytał:
— Nu, jakże? Dalibyście go mnie?
— Nie dam! — odparła baba stanowczo.
— Oh, a dlaczegóż-to? — zdziwił się chłop.
— Bo jak-bym was do rodu wpuściła, to weszłoby z wami krętactwo, swary, procesy, sądy i wszelakie piśmienne robactwo, a ja już raz piśmiennego miałam w rodzie — i dosyć! Poprzysięgłam, że nikt, co papier rozumie, do rodu nie wejdzie!
— Durna ty baba! — obrażony burknął chłop.
A Ułas się za nią ujął:
— Nie durna. Bóg też książkę napisał i przed każdym leży. Toć zioła są i jagody, i wody i zwierz wszelaki, i ryba i grzyb. Ten głupi, co sobie ufa i wszystko je i pije. Trzeba wpierw znać i wiedziéć co leczy a co truje, co zdrowe a co chore. Tak-ci i z papierem jest, a ty, choć czytelny, głupszy od téj baby i od wieprza niechlujniejszy, bo jesz i pijesz wszystko, co napotkasz.
— At, co z takiém bydłem, jak wy, gadać! — odciął chłop — Spytajcie naczelników, jak mnie sądzą!
Baba nic na to nie odrzekła i trąciła Szymona:
— Pojedziemy już, panie.
Ruszyli do odwrotu, pożegnawszy starego Bożém słowem. Mikitka też z nimi wyszedł i wnet do wózka swego siadł, zapewniając raz jeszcze Szymona o swéj szczerości. Oni poszli w stronę rzeki, do czół-