Strona:Maria Rodziewiczówna - Klejnot.djvu/234

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


larza, szałas z chrustu, nieco opodal, pod największym dębem, wysoki, drewniany krzyż i ławka u jego stóp — to była cała osada Ułasa.
Baba po kilku stopniach zeszła do drzwi ziemianki i zapukała. Dopiero po jakimś czasie z wewnątrz ktoś usunął drewniany skobel i przed niemi stanął gospodarz, ruchem ręki zapraszając do środka. Gdy weszli, drzwi napowrót zaryglował i, nie witając ich, ani pytając o nic, wrócił do swego zajęcia. Na długim stole, który zajmował całą ścianę téj dziwnéj siedziby, leżały pęki suchych ziół i koszyki z łozy; stary te zioła tarł, mieszał z sobą i składał do tych koszyków.
Szymon się ciekawie rozglądał. Izba była wielka, oświetlona słabo kilku małemi oknami przy samym już pułapie. Zajmowały ją kosze, kobiałki, narzędzia pszczelnicze, więcierze na ryby, sprzęty pierwotne, a od pułapu zwieszały się znowu pęki, wiązki ziół, liści, suchych korzeni i woreczki nasion i jagód leczniczych.
Piecyk stał w środku, niezdarnie zlepiony, a w głębi widać było drzwi do dalszéj schówki, czy alkierza, i posłanie starego z mchu i liści, a nad niem malutki, zadymiony święty obrazek. I to był cały pałac i świątynia wszechmocnego lekarza, sędziego i proroka okolicznéj ludności.
Baba położyła chleb na piecyku, a potem poczęła zbierać z posłania znoszoną bieliznę starego, zwią-