Opowiadania o Hanrahanie Rudym/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Butler Yeats
Tytuł Opowiadania o Hanrahanie Rudym
Pochodzenie Opowiadania o Hanrahanie Rudym; Tajemnicza róża; Rosa alchemica
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Miejsce wyd. Lwów - Poznań
Tłumacz Józef Birkenmajer
Tytuł orygin. Stories of Red Hanrahan
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

Opowiadania o Hanrahanie Rudym.



Hanrahan Rudy.

Hanrahan, nauczyciel zagrodowy, wysoki i krzepki młodzieniec z rudą czupryną, wszedł do lamusa, gdzie siedziało kilku wieśniaków w wieczór Samhain.[1] Był to niegdyś dom mieszkalny, ale kiedy właściciel zbudował sobie przyzwoitszą siedzibę, złączył wówczas obie znajdujące się tu izby w jedno, zyskując miejsce na skład różnych rzeczy. Płonął tu ogień na starej nalepie, w butelkach paliły się pozatykane łojówki, a na kilku deskach, co wsparte na dwóch beczkach zastępowały stół, stał czarny gąsior ćwierciowy. Większość wieśniaków siedziała przy ognisku, a jeden z nich śpiewał przeciągłą pieśń włóczęgowską o człowieku z Munster i człowieku z Connaught, którzy wiedli spór o swe dzielnice.
Hanrahan podszedł do gospodarza i odezwał się:
— Otrzymałem wasze polecenie.
Ledwo to jednak wypowiedział, zatrzymał się, gdyż stary człek, na górala wyglądający, który był odziany w koszulę i spodnie z nieblichowanego samodziału, a siedział na uboczy tuż przy drzwiach, spojrzał na niego, przerzucił w rękach zwitek wytartych kart i mruknął coś pod nosem.
— Nie baczcie na niego — rzekł gospodarz — jest to jakiś człek nieznajomy, co przyszedł tu przed chwilą; przyjęliśmy go tu z duszy — serca, boć to dzisiaj noc Samhain, lecz mi się coś widzi, że nie jest on przy zdrowych zmysłach. Posłuchajcieno, a usłyszycie, co on wygaduje.
Jęli nadsłuchiwać — i posłyszeli, że stary przychodzień, przewracając karty, mruczał sam do siebie:
— Wino i dzwonka, odwaga i siła... żołądź i czerwień, wiedza i przyjemność.
— W ten sposób on już sobie pogwarza z dobrą godzinę — rzekł gospodarz, ale Hanrahan odwrócił oczy od starego dziwaka, jakby mu było nieprzyjemnie nań spoglądać, i ozwał się:
— Otrzymałem od was wezwanie; posłaniec mi powiadał; jest on w lamusie wraz z trzema krewniakami z Kilchriest, a jest tam i kilku sąsiadów
— Owo siedzi mój siestrzan, co pragnie widzieć się z wami — odrzekł gospodarz, i przywoławszy młodzika, odzianego w świtkę bajową i zasłuchanego w śpiewie, odezwał się:
— Otóż i Hanrahan Rudy, dla którego masz zlecenie.
— O, doprawdy, miłe to zlecenie! — rzekł młodzik — przysyła je wasza kochanka, Marja Lavelle.
— Skądeście to dostali od niej zlecenie i co wam rzec kazała?
— Nie znam jej poprawdzie, alem wczoraj był w Loughrea, zaś jej sąsiad, który to i owo targuje ze mną, mówił mi, że ona go prosiła, żeby jak spotka na targu kogo z tych stron, powiedział mu, jako ją odumarła matka, a jeżeli wy, panie, macie zamiar się z nią ożenić, to ona chętnie dotrzyma wam słowa.
— Dalibóg, idę do niej! — rzekł Hanrahan.
— A prosiła też ona, żeby nie zwlekać, bo jeżeli nie będzie miała męża w domu, zanim przejdzie miesiąc, to, ani chybi, mały spłacheć gruntu dadzą komu innemu.
Gdy Hanrahan usłyszał te słowa, powstał z ławy, na której był usiadł.
— Dalibóg, nie będę się ociągał, — rzecze — księżyc jest w pełni, a jeżeli dziś w nocy dokołatam się do Kilchriest, to jutro przed zachodem słońca obaczę się z nią.
Skoro to inni posłyszeli, dalejże śmiać się z niego, że był w tak gorącej wodzie kąpany i tak skwapliwy do swej wybranki, a jeden z obecnych zapytał go, czy zamierza opuścić swą szkołę w starej cegielni, gdzie tak dobrze nauczał dziatwę. Lecz ów odrzekł, że dzieci pewno się ucieszą, gdy rano nie zastaną go w tem miejscu i nikt ich nie będzie zapędzał do roboty; co się zaś tyczy szkoły, to może ją znów założyć gdzieśkolwiek, boć ma zawsze ze sobą mały kałamarzyk, zawieszony na łańcuszku u szyi, i ogromnego Wirgiljusza i abecadlnik, schowany za pazuchą.
Kilku wieśniaków poprosiło go, żeby przed wyjściem wychylił z nimi kieliszek, a jeden z młodszych ucapił go za połę, mówiąc, że nie powinien ich opuszczać, nie odśpiewawszy piosenki, którą ułożył na cześć Wenery i Marji Lavelle. Dał się namówić na kieliszek wódki, ale dłużej nie chciał się zatrzymywać, by mógł coprędzej ruszyć w drogę.
— Czasu macie aż nadto, Hanrahanie Rudy, — rzekł gospodarz. — Będziecie mieli jeszcze czas, by wyrzekać się zabawy, skoro się ożenicie, a może dużo wody upłynie, zanim się zobaczymy znowu.
— Nie mogę pozostać, — rzekł Hanrahan; — odbiegałbym od was wciąż myślą, gdyżby mnie ona ponosiła do kobiety, która mnie wezwała, a teraz siedzi sama jedna i czeka mego przybycia.
Jeszcze kilku innych obstąpiło go, namawiając, że ponieważ był zawsze dla nich tak miłym kmotrem, znającym tyle śpiewanek oraz wszelkiego rodzaju figlów i dowcipów, nie powinien ich opuszczać, aż przejdzie noc; lecz on nie dał się wzruszyć, odepchnął wszystkich i zmierzał ku drzwiom. Atoli, ledwo przestąpił nogą przez próg, naraz powstał stary przybysz i kładąc swą dłoń wyschłą i cienką, nito szpony ptasie, na ręce Hanrahana, przemówił:
— To chyba nie Hanrahan, człek uczony i wielki pieśniarz — ów człowiek, co chce opuścić takie oto grono w noc Samhain. No, ależ zatrzymaj się i zagraj ze mną; mam-ci tu zwitek starych kart, które przydawały się już w niejedną noc przed nocą dzisiejszą, a chociaż są już wyszarzałe, to jednak przez nie zyskano lub utracono wiele skarbów tego świata.
— Ho! niewiele skarbów tego świata przyniosły one wam samym, dziadku, — rzekł jeden z parobków, spozierając na jego bose nogi. Wszyscy się roześmiali; jeden tylko Hanrahan nie śmiał się, lecz usiadł z wielkim spokojem, nie mówiąc ani słowa. Na to jeden z obecnych ozwał się:
— Aha, więc koniec końców zostaniesz z nami, Hanrahanie!
A starzec rzekł:
— Juści że zostanie, nie słyszeliście, jakem go pytał?
Wszyscy wpatrzyli się w dziada, jakby dziwując się, skąd się on tu wziął.
— Przybywam zdaleka, — mówił ów; — przeszedłem Francję, przeszedłem Hiszpanję i przez Lough (jezioro) Greine o tajnej czeluści, a nikt nie odmówił mi niczego.
Następnie umilkł, a nikt nie miał ochoty zadawać mu pytań; zaczęli grać. Sześciu ludzi zasiadło do gry, a sześciu przyglądało się ztyłu. Dwie lub trzy partje rozegrali bez stawki, poczem staruszek wydobył z kieszeni miedziak czteropensowy, wytarty na gładką blaszkę i wezwał innych, by też włożyli coś do puli. Jakoż wszyscy złożyli na deskach potrosze grosiwa, a choć tam było tego niewiele, wyglądało jednak na sumkę dość pokaźną; przechodziła ona z rąk do rąk, raz ją wygrywał jeden, a wnet sąsiad tegoż. Niekiedy i tak bywało, że komuś nie sprzyjało szczęście, tak iż zgrywał się do ostatniego szeląga, zaraz jednak ten lub ów pożyczał mu coś niecoś, a on zwracał pożyczkę z wygranej — słowem, ani szczęście ani powodzenie nie ostawało przy nikim zbyt długo.
Już raz Hanrahan przemówił, jak mawia człek przez sen:
— Już czas na mnie, by iść w drogę.
W tejże jednak chwili wpadła mu dobra karta, tak iż wygrał stawkę i wszystkie pieniądze zaczęły przechodzić do niego. Raz pomyślał też o Marji Lavelle i westchnął — równocześnie jednak odbiegło go szczęście i zapomniał o niej znowu.
Lecz wkońcu szczęście zaczęło dopisywać staruszkowi i już przy nim się ostało; wszyscy już przegrali do niego, on zaś zaczął się śmiać sam do siebie urywanym śmiechem i śpiewać raz po raz półgłosem:
— Wino i dzwonka, odwaga i siła... — i tak bez ustanku, jakby to były słowa jakowejś piosenki.
Gdyby ktoś po chwili przyjrzał się zebranym i zobaczył, jak ich ciała kołysały się to w tę to w ową stronę i jak ich oczy śledziły ręce starca, pomyślałby sobie, że są pijani, albo też, że postawili na kartę całe swoje ziemskie mienie; tak jednak źle nie było, gdyż ćwierciówka stała nietknięta, odkąd rozpoczęto grę, i była prawie pełna, zaś w grę wchodziło jeno niewiele sztuk sześciopensowych i szylingów oraz garść miedziaków.
— Dobrzyśta ludzie i do wygrywania i do przegrywania, — rzekł staruszek, — gra się wam podoba.
Począł zgartywać karty i mieszać je nader zręcznie i szybko, aż wkońcu nie było wcale widać kart, jeno zdawało się, że on zatacza w powietrzu ogniste koła, jak to czynią chłopaki, wymachując zapalonym drążkiem; potem zaś wydało się wszystkim, że w izbie zrobiło się ciemno i nie widzieli nic, jak tylko jego ręce i karty.
Zasię w pewnej chwili z pomiędzy kart szurnął zając; nikt nie umiał powiedzieć, czy to jedna z kart przybrała tę postać, czy też powstało to — ot, tak z niczego w jego dłoniach; dość, że owa stwora biegała po podłodze lamusa — chyżo, jak żywy zając.
Kilku spojrzało na zająca, lecz większość nie spuszczała oczu ze starca; gdy mu się tak przypatrywali, z rąk mu wyskoczył pies gończy, podobnie jak poprzednio zając, za nim zaś znowu ogar jeden, drugi, trzeci, aż cała ich sfora poczęła w kółko uganiać za zającem po całym lamusie.
Gracze powstali co do jednego, obróciwszy się plecami do desek, i cofali się przed psiskami, prawie ogłuszeni ich ujadaniem; lecz ogary, choć rącze, nie mogły dogonić zająca, który im się wciąż wymykał, aż nakoniec stało się coś nieoczekiwanego. Jakiś, zda się, wichr szalony wywalił naoścież wrota lamusa — zając zdwoił bieg, dał susa nad tarcicami, przy których dopiero co siedzieli grający, i dunął poprzez wrota hen w pomrocz nocną, psy zaś nuże przeskakiwać deski i huzia! za nim w pole.
Wówczas dziad zawołał:
— Hej, wtrop za psami, wtrop za psami: nielada polowanie ujrzycie w nockę dzisiejszą! — i wyszedł śladem psów.
Atoli, choć to ludziskom nie była pierwszyzna polowanie na zająca i choć mieli chętkę do zabawy, to jednak bali się wyściubić nosa w noc ciemną; jedynie Hanrahan zerwał się i oświadczył:
— Ja pójdę! ja pójdę!
— Lepiejbyście tu ostali, panie Hanrahanie, — ozwał się parobek, co stał obok niego, — może się wam przydarzyć jakoweś wielkie nieszczęście.
Lecz Hanrahan odrzekł:
— Zobaczę piękną zabawę, zobaczę piękną zabawę! — i wyszedł za drzwi, zataczając się, niby człowiek snem ujęty; ledwo wyszedł, drzwi zatrzasnęły się za nim.
Myślał, że zobaczył przed sobą starego cudzoziemca, lecz był to jedynie jego własny cień, co go księżyc w pełni rzucał na drogę przed nim; atoli posłyszał głosy psów naszczekujących w pościgu za zającem po zielonych rozłogach Granagh, więc podążył za nimi co sił, gdyż nic nie zdołało go zatrzymać. Po chwili doszedł do mniejszych poletków, ogrodzonych murkami z otoczaków; przełażąc przez nie, postrącał kamienie, ale się nie zatrzymał, by je popodnosić. Przeszedł owo miejsce koło Ballylee, gdzie rzeka ryje się pod ziemią, i słyszał wyraźnie skowyt ogarów, biegnących przed nim w górę rzeki. Niebawem trudniej mu już było biec, gdyż trzeba było się wdzierać pod górę, a chmury przesłoniły księżyc i ledwie można było rozeznać drogę; raz zeszedł ze ścieżki, chcąc iść na przełaj, ale noga zapadła mu się w bajorko, tak iż musiał wracać na dawny trop. Sam nie zdawał sobie sprawy, jak długo tak szedł, albo którędy — dość, że nakoniec znalazł się na łysej górze, gdzie powyżej nie było nic oprócz strzępiatych wrzosów; nie było tu słychać ani ogarów ani żadnego innego odgłosu. Lecz ich wrzawa niebawem znów zaczęła nawracać ku niemu, zrazu z daleka, potem zasię zbliska, a kiedy doszła tuż do niego, wówczas znienacka wzbiła się w powietrze i cały zgiełk łowów rozbrzmiał mu ponad głową; potem wszystko pomknęło na północ, aż znowu nie mógł nic dosłyszeć.
— To mi się nie podoba, — rzekł do siebie, — to mi się nie podoba!
Nie mógł iść dalej, lecz usiadł na wrzosowisku, na którem się znajdował, w samem osierdziu Slieve Echtge, gdyż zupełnie opuściły go siły wskutek odbycia tak długiej wyprawy.
Po chwili spostrzegł, że tuż obok niego były jakieś wrota, a z poza nich wydobywało się światełko; zdziwiło go to, że nie widział ich przedtem, choć były tak blisko. Powstał i pomimo zmęczenia doszedł do wrót; chociaż na dworze była noc głęboka, to jednak wewnątrz zagrody jasno było jak w dzień. U wnijścia natknął się na jakiegoś staruszka, który zbierał tymianki i żółte kosaćce, a zdawało się, jakby w nich były wszystkie błogie zapachy lata. A starzec rzekł:
— Już to wiele czasu upłynęło, jakeś do nas nie zachodził, Hanrahanie, mężu uczony i wielki pieśniarzu!
Mówiąc to, wprowadził go do wielkiego, oświeconego domostwa, a były w niem wszystkie wspaniałości, o jakich kiedykolwiek słyszał Hanrahan, wszystkie barwy, jakiekolwiek widywał w życiu. W samej głębi domostwa było wzniesienie, tam zasię na tronie wyniosłym siedziała kobieta, najpiękniejsza jaką świat widział po wszystkie czasy; twarz miała pociągłą i bladą, a wokół niej równianki kwietne, lecz jej oczy wydawały zmęczenie, jak u kogoś, kto czuwał przez czas długi. Na stopniu poniżej tronu siedziały cztery sędziwe niewiasty, a jedna z nich trzymała na podołku wielki kocieł, druga miała na kolanach wielki głaz, pewno ciężki, choć jej wydawał się być lekkim; inna zasię dzierżyła długachną dzidę, wyrobioną z kończatego drzewa; ostatnia trzymała miecz, co nie miał pochwy.
Hanrahan przystanął, pozierając na nie przez dobrą chwilę, ale żadna z nich nie wymówiła ani słowa, ani też nie zwracała nań najmniejszej uwagi. Jemu zaś przyszła ochota zapytać, kto zacz jest owa kobieta na tronie, wyglądająca niby królowa i na kogo też ona tak czeka; lecz choć miał język na zawołanie i nikogo się nie lękał, to jednak nie śmiał zagadnąć tak pięknej kobiety i to na miejscu tak szczytnem. Potem zaś chciał się wywiedzieć, co znaczą owe cztery przedmioty, które, nakształt skarbów niepospolitych, piastowały cztery siwe staruszki, lecz nie mógł dobrać słów odpowiednich, by to wypowiedzieć.
Wtem pierwsza z czterech staruszek powstała, wznosząc obiema rękami kocieł i przemówiła:
— Przyjemność.
Hanrahan nie odrzekł ani słowa. Potem powstała druga staruszka, trzymając w rękach głaz i odezwała się:
— Siła.
I powstała trzecia staruszka z dzidą w dłoni i rzekła:
— Odwaga.
Naostatku i czwarta z nich powstała i wznosząc oburącz miecz, powiedziała:
— Wiedza.
Każda zasię z nich, wygłosiwszy swoje, oczekiwała jakby na odpowiedź z ust Hanrahana, lecz on zgoła nie odpowiadał. Następnie cztery staruchy wyszły za dźwierze, unosząc ze sobą swe skarby, a gdy wychodziły, jedna z nich rzekła:
— On niczego od nas nie pragnie!
A druga powiedziała:
— On jest słaby, on słaby!
A trzecia dopowiedziała:
— Boi się!
Czwarta też wtrąciła swoje:
— Już postradał swój dowcip.
Wówczas wszystkie rzekły społem:
— Echtge, córka Srebrnej Ręki, musi pozostać w uśpieniu. O jakiż żal, jak żal!
Wtedy kobieta, co podobna była królowej, wydała jęk — o jakże bolesny! Hanrahanowi się zdawało, że jęk ten brzmi niby szmer ukrytych poników. A gdyby nawet świetlica była dziesięćkroć większa i bardziej oświetlona, niż była, to jeszcze nie zdołałby się oprzeć senności, jaka go nachodziła; zatoczył się, jak człek opiły i przewrócił się po ziemi.
Gdy Hanrahan się przecknął, słońce świeciło mu w twarz, lecz na trawie wokoło skrzył się siwy szron, a lód pokrywał obrzeża strumienia, nad którym leżał nauczyciel; strumień ten przepływa przez Daire-caol i Druim-da-rod. Z kształtu wzgórz tudzież z odbłysku Lough Greine w oddali Hanrahan poznał, że znajduje się na jednej z hal Slieve Echtge, lecz nie mógł sobie uświadomić, skąd się tu wziął; albowiem wywietrzało mu z głowy wszystko, co zdarzyło się w lamusie, a z całej przeprawy pozostał mu jedynie ból w piętach i zdrętwiałość w kościach.

∗             ∗

W rok później przy ognisku w chałupie przydrożnej siedziało kilku wieśniaków. Naraz przez drzwi nawpół uchylone wetknął głowę Hanrahan Rudy, ogromnie wychudzony i wynędzniały, z włosami długiemi i rozczochranemi i poprosił, by pozwolono mu wnijść i wypocząć. Zaproszono go z duszy — serca, bo była to noc Samhain. Usiadł wespołek z nimi, a oni go poczęstowali szklanką gorzałki z ćwierciowego gąsiora; gdy obaczyli mały kałamarzyk, wiszący mu na szyi, poznali, że jest bakałarzem, i jęli go prosić, by im opowiedział jakowąś baśń grecką.
Wyciągnął tedy Wirgiljusza z wielkiej kieszeni swego surduta, lecz okładka była bardzo zasmolona i napęczniała wilgocią, a stronica, którą otworzył, była zupełnie pożółkła; nic mu to jednak nie wadziło, bo i tak patrzył na nią jak człowiek, co nigdy w życiu nie uczył się czytać. Kilku parobków, widząc to, poczęło się śmiać z niego i pytać, czemu nosi tak ciężką księgę, z której nawet czytać nie umie.
Te słowa ubodły Hanrahana, więc włożył z powrotem Wirgiljusza do kieszeni i zapytał, czy ma też z nich który talję kart przy sobie — bo karty to rzecz lepsza, niż księgi. Kiedy wydobyto karty, wziął je i zaczął tasować, a gdy je tasował, coś mu jakby zaświtało w głowie i puknąwszy się dłonią w czoło, jak ktoś co usiłuje sobie jakąś rzecz przypomnieć, odezwał się:
— Czym ja tu był kiedykolwiek, albo też gdzie byłem w noc taką, jak dzisiejsza?
Potem nagle powstał, upuszczając karty na podłogę i rzekł:
— Który to z was przynosił mi zlecenie od Marji Lavelle?
— Nigdyśmy was przedtem nie widzieli na oczy, aniśmy też w życiu nie słyszeli o Marji Lavelle — rzekł gospodarz. — A cóż to ona zacz i o czem to tak prawicie?
— Było to przed rokiem... byłem w lamusie i ludzie grali w karty; na stole leżały pieniądze i przechodziły tam i sam od jednego do drugiego — a ja dostałem polecenie i zabierałem się do odejścia, by odwiedzić kochaneczkę, co mnie wzywała, Marję Lavelle.
Naraz Hanrahan krzyknął:
— Gdzieżem to bywał od tego czasu? Gdzieżem to był przez rok cały?
— Niełacno to powiedzieć, gdzieżeście to bywali przez ten czas, — rzekł najstarszy gazda, — albo po jakich krainach wałęsaliście się; tak mi się widzi, że na nogach macie proch z niejednej drogi. Boć też wielu jest takich, co tłukli się po świecie, a potem tak tracili pamięć, skoro im się coś przydarzyło.
— Co prawda to prawda, — przytwierdził drugi. — Znałem babę, co włóczyła się po świecie, jak on, przez siedm lat; potem wróciła i opowiadała kumom, że często cieszyła się, gdy mogła się pożywić tem młótem, co to podają świniom w korycie. Ale wam to będzie najlepiej, żebyście odrazu poszli do księdza, niechby z was zdjął ten urok, który ktoś na was rzucił.
Tedy on chciał wyjść z domu, lecz zaczęli mu przedkładać, że najlepiejby było, żeby ostał na nocleg i nabrał krzepy na dalszą podróż; po prawdzie było to nieodzowne, gdyż był wielce osłabiony, a gdy zastawiono przed nim warzę, to jął zawijać ją żarłocznie, jakby od urodzenia nic nie miał w ustach. Któryś tam z chłopów ozwał się:
— Ciewy, a to-ci wcina, jakby przychodził z kraju, gdzie i lebioda nie rośnie!...
Już dzień biały był na niebie, gdy wyruszył, a czas mu się dłużył setnie, zanim dotarł do domu Marji Lavelle. Lecz gdy wszedł w obejście, obaczył, że drzwi były wyłamane, strzecha spadała z okapów, a wokoło nie było żywej duszy. Zaś gdy zapytał sąsiadów, co stało się z Marją, umieli mu powiedzieć tylko tyle, że wyrzucono ją z domu, że wyszła za jakiegoś wyrobnika i oboje poszli szukać roboty w Londynie czy Liverpoolu, czy w jakowemś innem wielkiem mieście. Czy dostała lepsze, czy gorsze zajęcie, tego już się nie dowiedział, jako też nigdy nie spotkał się z nią ani też z wieścią o niej.

∗             ∗
Kręcenie powrósła.

Pewnego razu, już na schyłku dnia, Hanrahan chadzał po drogach w okolicy Kinvary — wtem z domu, leżącego w pobliżu drogi, doleciał go głos skrzypiec. Skręcił więc w tę stronę ścieżką, pod górę wiodącą, boć nie miał zwyczaju omijać jakiegokolwiek miejsca, gdzie była gędźba lub pląsy lub wesołe towarzystwo, i nic zajść do środka. Gospodarz stał we drzwiach, a gdy Hanrahan zbliżył się ku niemu, ów poznał go i powiada:
— A witajże nam, witaj, Hanrahanie, jużeś na nas niełaskaw od dłuższego czasu!
Lecz gosposia podeszła ku drzwiom i rzekła do męża:
— Oj, nie chciałabym ci ja, żeby Hanrahan zachodził do nas na noc, bo nie cieszy się on dobrą sławą u księży, a kobiety też myślą jednako; zaś z jego chodu miarkując, nie byłoby to dziwno, gdyby był już krzynkę podchmielony.
Wszakoż mąż odpowiedział:
— Nigdybym w życiu nie odprawił ode drzwi moich Hanrahana, poetę — bajarza! — to rzekłszy, prosił go wnijść.
W chałupie zebrało się mało-wiele sąsiadów, a niektórzy z nich pamiętali Hanrahana; lecz kilku nieletnich basałyków, co siedzieli po kątach, znało go jeno ze słychu, więc wspinali się na palce, by go zobaczyć, a jeden z nich zapytał:
— Czy to nie ten sam Hanrahan, co prowadził szkołę, a później został porwany przez Nich?
Lecz matka zakryła mu usta dłonią i kazała mu być cicho, żeby nie wygadał się z czemś takiem.
— A bo Hanrahan snadnie może się stać nieszczęśliwym, — wyjaśniła, — jeżeli posłyszy, że mówią o tem zajściu, lub jeżeli kto zacznie go wypytywać.
Wraz pokrzykiwał ten i ów, prosząc Hanrahana o piosenkę, lecz gospodarz oświadczył, że nie pora domagać się pieśni wpierw, aż ów sobie odpocznie; więc też podał mu szklankę gorzałki. — Hanrahan podziękował, wniósł jego zdrowie i łyknął duszkiem napitek.
Grajek stroił skrzypce do ponownych pląsów, zaś gospodarz prawił do młodzi, iż teraz dopiero poznają, co to jest dobry taniec, gdy obaczą tańczącego Hanrahana, ponieważ nic podobnego nie widziano w tych stronach od czasu, gdy bawił tu zeszłym razem. Hanrahan odrzekł, że nie będzie tańczył, jako że teraz lepiej używa nóg, przebywając pieszo wzdłuż i wszerz pięć dzielnic Irlandji. W sam raz, gdy domawiał tych słów, przez niedomknięte drzwi weszła Oona, córka gospodarza, trzymając na ramionach naręcze zbłoconych gałązek świerkowych, zebranych koło Connemara, celem podniecenia ognia. Rzuciła je na palenisko, a płomień buchnął wysoko, oświecając jej oblicze urodne i uśmiechnięte; dwóch czy trzech parobków zerwało się z ławy, prosząc ją do tańca. Lecz Hanrahan zastąpił im drogę, odepchnął ich na boki, i oświadczył, że ona z nim właśnie będzie tańczyła, ponieważ przebył szmat drogi, zanim dotarł do niej. I snadź szepnął jej w ucho jakieś miłe słóweczko, gdyż nic nic rzekła na to, jeno stanęła z nim do tańca, a na buzi miała nieznaczne wypieki. Wszystkie pary się zatrzymały, — lecz gdy tanek już miał się rozpocząć, Hanrahan ni stąd ni zowąd spojrzał wdół i obaczył swe buciory, co były schodzone i dziurawe, tak iż wyłaziły z nich strzępiaste szare onuce; tedy ze złością obruszył się, że podłoga tu kiepska, a muzyka niewiele warta, i usiadł w ciemnem miejscu na przypiecku. Ale ledwie to uczynił, a dziewucha też przysiadła się do niego.
Pląsano dalej, a gdy jeden taniec się skończył, wołano o drugi, tak iż przez czas pewien nikt nie zwracał uwagi na Oonę i Hanrahana Rudego, siedzących w kącie. Lecz matce zaczynało się to niepodobać, więc wezwała Oonę, by przyszła i pomogła jej nakryć stół w alkierzu. Jednak Oona, która nigdy wpierw nie sprzeciwiała się matuli, odpowiedziała, że przyjdzie wnetki, ale nie zaraz, bo teraz słucha czegoś, co on jej mówi do ucha. Matka była temu jeszcze mniej rada, więc postanowiła podejść bliżej, niby to chcąc rozgrzebać żar w piecu, lub uprzątnąć popielisko, a w rzeczy nadstawić ucha na chwilę i posłyszeć, co bajarz opowiada jej córce. Tak też usłyszała, że opowiada o białorączce Deirdre, jak to o śmierć przyprawiła synów Usnacha i jak to rumieniec na jej liczku nie był tak czerwony, jak krew synów królewskich, co jej gwoli została przelana, a troska nigdy nie opuszczała jej myśli. I mówił, że może to pamięć o niej sprawia, że krzyk siewki błotnej brzmi w uszach pieśniarzy tak smętnie, jak młodzieńcze pożądania serca pobratymczego. A dalej mówił, że nie dochowałaby się przenigdy pamięć o niej, gdyby pieśniarze nie uwiecznili jej krasy w swych utworach. Początkowo nie rozumiała dokładnie, co on mówił, lecz ile mogła dosłyszeć, dźwięczała w tem wszystkiem szczera poezja, choć nie było rymów. A oto co doszło ją z jego słów:
— Słońce i miesiąc są jako młodzian i dziewica, są życiem mojem i twojem, wciąż wędrują i wędrują pod niebem jakgdyby pod jedną opończą. Boć też Bóg je stworzył jedno dla drugiego. On stworzył twoje życie i moje życie jeszcze przed początkiem świata, uczynił tak, by oba mogły iść przez świat tędy i owędy niby dwoje pląśców znamienitych, co w tańcu w tę i ową stronę przechodzą po długiem klepisku świetlicy, hoży i roześmiani, gdy inni wszyscy już się pomęczyli i podpierają ściany.
Stara kobiecina coprędzej podreptała tam, gdzie mąż jej grał w karty, lecz on nie zwracał na nią uwagi, wobec czego udała się do kumy-sąsiadki i ozwała się:
— Czy nie możnaby znaleźć sposobu, by tych dwoje rozłączyć? — i nie czekając odpowiedzi, zwróciła się do jednego z parobków, co ugwarzali w kupie:
— Coś ty wart, kiedy nie zdobędziesz się na to, by najśwarniejsza dziewucha w tym domu poszła z tobą w tanek? A idźta i wszyscy obaczcie, czy poredzicie oderwać ją od bajdurzeń onego gajdosa.
Ale Oona ani słuchać nie chciała żadnego z nich, jeno machała ręką, jakgdyby odprawiała ich na cztery wiatry. Wtedy oni przywołali Hanrahana i powiedzieli, że najlepiej niech sam zatańczy z dziewuchą lub niech pozwoli jednemu z nich z nią zatańczyć. Skoro Hanrahan posłyszał, co rzekali, odpowiedział:
— Niech tak będzie, będę z nią tańczył; nikomu w tej chałupie nie wolno z nią tańczyć, oprócz mnie!
Powstał więc razem z nią i wyprowadził ją na środek za rękę; kilku parobków pomarkotniało, a kilku zaczęło kpić z jego podartej kapoty i dziurawych butów. On jednak nie dbał o to, a Oona też na to nie zważała, lecz pozierali jedno na drugie, jakgdyby cały świat należał tylko do nich dwojga. Atoli jednocześnie druga para, siedząca dotąd na uboczu niby kochankowie, stanęła na środku izby, trzymając się za ręce i przebierając nogami, by wpaść w takt muzyki. Lecz Hanrahan odwrócił się do nich plecyma, jakgdyby zaperzony, i zamiast tańczyć, zaczął śpiewać, a gdy śpiewał, trzymał rękę dziewczyny i głos rozbrzmiewał coraz to donośniej; ustały docinki parobków, ucichły gęśliki i nie było słychać nic oprócz jego głosu, który huczał jak wichura. Śpiewał zaś pieśń, którą usłyszał, a może ułożył, pewnego razu w czasie swej włóczęgi po Slieve Echtge, a słowa jej dadzą się przełożyć na nasz język mniej więcej następująco:

Stara, koścista dłoń śmierci
O, nigdy nas tam nie zdybie
W krainie górnej, uroczej,
W miłosnych czarów siedzibie,
Gdzie drzewa rodzą owoce
I kwiaty — jako rok długi,
Gdzie rzeki, płynąc, unoszą
Miodowe i piwne strugi.
W srebrzystym i złotym gaju
Gra starzec — kobzę nadyma;
Pląsają roje królewien
Z modremi, jak lód, oczyma.

Podczas gdy to śpiewał, Oona przysunęła się bliżej do niego; krew zbiegła z jej lica, a oczy nie były już niebieskie, lecz zamglone łzami, które z nich wyciekały. Ktokolwiekby ją obaczył, pomyślałby sobie, że jest gotowa pójść za nim zawsze i wszędzie — choćby na koniec świata.
Lecz jeden z młodzieży zawołał:
— Kędyż jest owa kraina, o której on śpiewa? Zastanów się, Oono, to droga daleka, może długo iść będziesz, nim dotrzesz do tego miejsca.
A inny rzekł:
— Jeżeli pójdziesz z nim, zajdziesz nie w Krainę Młodości, lecz do Mayo pośród błot.
Oona spojrzała nań, jakby chcąc go zapytać, lecz on uniósł jej rękę w swej ręce i zawołał półśpiewem:
— Ta kraina jest bardzo niedaleko od nas, jest w każdej stronie; może się znajdować na gołoborzu za nami, a może w głębi lasów.
I rzekł głosem donośnym i dźwięcznym:
— W głębi borów... o, w głębi borów śmierć nigdy nas nie znajdzie! Czy chcesz iść tam ze mną, Oono?
Właśnie gdy te słowa wymawiał, dwie stare baby wyszły za drzwi; jedna z nich była to matka Oony, która mówiła głosem przeraźliwym:
— On rzucił urok na Oonę. Czy nie mogłybyśmy zwołać chłopów, żeby go wygnali precz z chałupy?
— Żadną miarą uczynić tego nie można, — rzekła druga baba, — bo on jest pieśniarzem gaelickim, a sami dobrze wiecie, kumo, że pieśniarza gaelickiego nie można wyżenąć z domu. Rzuciłby on na was klątwę, która jeżeli będzie wisiała w powietrzu przez lat siedem, wypali zboże na polach i odbierze do krzty krowom mleko.
— Boże uchowaj! — ozwała się matka — o, czemużem to wogóle go wpuszczała do chałupy, wiedząc że cieszy się tak złą sławą!
— Nic złego się nie stanie, jeżeli uda się go wywabić z domu, ale spadłoby na was wielkie nieszczęście, gdybyście wyrzucali go przemocą. Lecz posłuchajcie-no, umyśliłam już tak, że on wyjdzie z domu z dobra-woli i nie trzeba będzie go wcale stąd wyrzucać.
Niedługo potem obie kobiety weszły z powrotem do izby, a każda z nich niosła w zapasce po wiązce siana. Hanrahan już nie śpiewał, lecz prowadził z Ooną nader ożywioną i czułą pogawędkę. Mówił on:
— Dom jest ciasny, lecz świat jest przestrony a kto naprawdę kocha, ten nie potrzebuje się obawiać ani nocy ani poranka, ani słońca ni gwiazd ani wieczornej pomroczy, ani żadnej rzeczy ziemskiej.
— Hanrahanie! — rzekła znienacka matka, klepiąc go po ramieniu, — czy nie mógłbyś mi pomóc na chwilę?
— Spełnij tę prośbę, Hanrahanie, — rzekła sąsiadka, — i pomóż nam ukręcić powrósło z tego siana, boś ty jest zręczny do takich rzeczy, a wichura zerwała poszycie ze stoga.
— Zrobię to wam, — odrzekł Hanrahan, biorąc w ręce mały pręt. Matka zaczęła podawać mu siano, a on je skręcał; robota paliła mu się w rękach, bo chciał skończyć conajrychlej, a potem znów być swobodnym. Baby trajkotały bez przerwy i podawały mu wciąż siano, a łechtały jego próżność, dziwując się, jak to on umie doskonale kręcić powrósła, lepiej niż ich sąsiedzi lub też ktokolwiek kogo widziały w życiu. Hanrahan widział, że Oona mu się przygląda, to też jął wić powrósło z ogromną szybkością, zadzierając nosa i przechwalając się zwinnością swych rąk, mądrością, jaką miał w głowie, i siłą swych ramion. A gdy się tak chełpił, kręcąc powrósło, cofał się cięgiem pozad, aż doszedł do drzwi, które były rozwarte na ścieżaj; niewiele myśląc przestąpił próg i znalazł się na ulicy. Ledwo się tam znalazł, aż tu matka nagle jak skoczy, jak nie praśnie w niego powrósłem! i zaraz zatrzasnęła drzwi jedne i drugie i zatknęła je zasuwą.
Gdy tego dokonała, była wielce uradowana i śmiała się do rozpuku, a sąsiedzi też śmiali się, przychwalając. Lecz wraz usłyszeli, jak ów zaczął się dobijać i miotać z dworu przekleństwa, a matce zaledwie starczyło czasu, by powstrzymać Oonę, która już imała się zasuwy, by ją odewrzeć. Potem dała znak skrzypkowi, który też wnet urżnął raźnego, a jeden z parobasów chwycił Oonę, nie pytając o pozwolenie i pociągnął ją w ciżbę tańczących. A gdy się tanek zakończył i gęśliki umilkły, na dworze nie było słychać najlżejszego szmeru, lecz droga była cicha, jak wprzódy.
Co do Hanrahana, to gdy przekonał się, że zamknięto mu drzwi przed nosem i że nocy dzisiejszej niema tu co marzyć o dachu nad głową, napitku lub o podatnem uszku dziewczęcia, gniew i buta opuściły go i oddalił się, dążąc tam, gdzie fale morskie uderzały w wybrzeże.
Usiadłszy na wielkim głazie, jął wymachiwać prawicą i śpiewać sobie cichuśko, jak to zawsze czynił, by dodać sobie otuchy, gdy mu się w czemś nie powiodło. Czy to jednak w tym czy też innym czasie ułożył ową śpiewkę, która po dziś dzień zowie się „Kręceniem Powrósła“, a zaczyna się od słów: „Co to za zdechły kot zapędził mnie w to miejsce“ — niepodobna stwierdzić.
Lecz gdy już tak śpiewał czas jakiś, wydało się, jakby dokoła niego gromadziły się mgły i cienie, raz wydobywając się z morza, to znowu kołując ponad niem. Zwidziało mu się, że jednym z cieni była owa księżniczka, którą widział był uśpioną na Slieve Echtge; teraz nie była uśpiona, lecz miała wyraz drwiący i wołała w stronę tych co byli poza nią:
— On był słaby, był słaby, nie ma odwagi!
I czuł, że w ręku dzierży jeszcze pokrętki powrósła i zaczął je wić dalej, a gdy je snuł, zdawało mu się, że w niem są zawarte wszystkie bóle całego świata. Następnie zaś wydało mu się, że powrósło w jego rojeniach przemieniło się w wielkiego węża wodnego, który wynurzył się z morza i oplatał się wokoło niego i stawał się coraz to większy i większy, aż spowił całą ziemię i niebo, a gwiazdy stały się jeno połyskiem jego łuszczatej skóry. Potem wyzwolił się z jego skrętów i poszedł, trzęsąc się i słaniając, wzdłuż krawędzi wybrzeża, a szare majaki kołowały ponad nim tędy i owędy. I oto co powiadały:
— Biada mu, że gardzi wezwaniem cór Sidhe, gdyż nie znajdzie szczęścia w miłości niewiast ziemskich aż do końca życia i wszechczasu, a chłód mogiły na wiek wieków w jego sercu! Wybrał śmierć: niech więc umrze, niech umrze, niech umrze!

∗             ∗


Hanrahan
i Kasieńka, córka Hoolihana.
W czas jakiś potem Hanrahan powędrował na północ, najmując się często-gęsto do robót u gospodarzy, opowiadając baśnie i biorąc udział w śpiewankach podczas weselisk i odpustów. Rok zbiegł szybko, jak z bicza strzelił.

Dnia jednego zdarzyło się, że na drodze do Cooloney spotkał niejaką Małgorzatę Rooney, kobietę, którą znał był w Munsterze za dni młodych. W owym czasie nie cieszyła się dobrą sławą, tak iż wkońcu proboszcz wygnał ją z owej miejscowości. Poznał ją z chodu, z barwy oczu i ze zwyczajnego jej sposobu odgarniania ręką włosów lewą ręką na tył głowy. Dowiedział się od niej, że włóczyła się po okolicy, sprzedając śledzie i inne delikatesy, a obecnie wracała do Sligo, miejscowości w Burrough, gdzie mieszkała z drugą kobietą, Marją Gillis, której przeszłość miała wiele rysów wspólnych z nią samą. Powiedziała mu nadto, że czułaby się wielce szczęśliwą, gdyby raczył pójść z nią i zamieszkać u nich i śpiewać swe piosenki prostakom, ślepcom i skrzypkom z Burrough. Zachowała (te były jej słowa) zawsze dobrą pamięć o nim i tęskniła do niego; co się zaś tyczy Marji Gillis, ta umiała na pamięć jedną z jego pieśni, tak iż nie potrzebuje obawiać się złego przyjęcia, a wszyscy prostaczkowie i nędzarze, którzy go posłyszą, będą oddawali część własnych zysków za jego baśnie i śpiewy, dopóki on pozostanie między nimi, i roznosili będą jego sławę po wszystkich zaściankach Irlandji.
Ucieszyło go to niepomału, że idzie z nią i że znalazł kobietę, co słucha opowiadań o jego strapieniach i może go pocieszyć. Była to chwila zmierzchu, gdy każdy mężczyzna może ujść za dobrego, a każda kobieta za miłą. Wzięła go w objęcia, gdy opowiedział jej o niepowodzeniu przy kręceniu powrósła, a w świetle dogasającego dnia wyglądała wcale jeszcze nienajgorzej.
Gawędzili tak przez całą drogę, aż doszli do Burrough. Marja Gillis, gdy ujrzała przybysza i posłyszała, kto on zacz, omal nie zaczęła drzeć się wniebogłosy z zachwytu, że człek tak sławny zagościł pod jej dachem.
Hanrahan czuł wielką radość, że osiedlił się u nich na czas pewien, gdyż znużyła go tułaczka; zaś od owego dnia, gdy obaczył zagrabioną chatynkę, w której już nie było Marji Lavelle, i zerwaną na niej strzechę, już nigdy nie pragnął choćby kącika na mieszkanie dla siebie i nigdzie nie zagrzał miejsca tak długo, by mógł widzieć zieleniejące pączki tam, gdzie widział opadające stare liście, lub by mógł ujrzeć żniwa pszenicy, tam gdzie widział jej zasiew. Był to dla niego szczęśliwy zbieg okoliczności, że miał schronisko od słoty i ognisko w szarą godzinę i łyżkę strawy, którą dawano mu bez proszenia.
W czasie pobytu w tem miejscu stworzył wiele pieśni — tak mu tam było dobrze i zacisznie. Większość ich stanowiły pieśni miłosne, ale były też pośród nich i pieśni pokutne, a nie brakło też śpiewów o Irlandji i jej niedoli, rozpowszechnianych pod tem lub innem nazwaniem.
Co wieczór ludzie prości i dziady i ślepcy i gęślarze gromadzili się w domu przysłuchując się jego śpiewaniom i wierszom i opowieściom o zamierzchłych czasach Fianny, a wszystko to przechowywali w pamięci, której nigdy nie uszkodziły księgi; oni to roznosili jego sławę po wszystkich odpustach, weseliskach i wieczornicach całego Connaught. Nigdy nie osiągnął takiego powodzenia i nie zdziałał tyle, co wówczas.
W pewien wieczór grudniowy nucił piosneczkę, o której powiadał, że ją słyszał od zielonawych siewek górskich; mówiła ona o pięknowłosych pacholętach, co opuściły Limerick, udając się na włóczęgę, i tułały się po wszystkich częściach świata. Tego wieczora było w izbie wiele luda, a wcisnęło się też ze dwóch czy trzech chłopaków, którzy usiedli na podłodze koło nalepy i byli zanadto zajęci pieczeniem ziemniaków w popiele, czy czemś podobnem, by mieli zwracać nań wielką uwagę. Lecz wiele, wiele lat później, gdy wymawiano jego nazwisko, przypominali sobie brzmienie jego głosu i sposób, w jaki poruszał ręką i jego wygląd, gdy siedział na krawędzi łóżka, a cień jego migał poza nim na bielonej ścianie, lub jak się zrywał, podobny do wyniosłej strzechy. Wiedzieli wówczas, że danem im było poglądać na króla wieszczów Gaelu i twórcę marzeń ludzkich.
Nagle śpiew się urwał i oczy mu zaszły mgłą, jakgdyby patrzał na coś w oddali.
Marja Gillis, która właśnie lała gorzałkę do kubka, co stał obok niego na stole, odjęła dzban i zapytała:
— Czy zamierzasz nas opuścić?
Małgorzata Rooney usłyszała te słowa, a nie wiedząc, czemu zostały wypowiedziane, wzięła je nazbyt poważnie, więc podeszła ku niemu z lękiem w sercu, że utraci tak przedziwnego pieśniarza i dobrego druha, owego człowieka, o którym tyle myślano i który tyle wniósł w jej dom.
— Nie chcesz chyba odchodzić od nas, mój drogi? — ozwała się, chwytając go za rękę.
— Ej, nie o tem ja myślę ninie! — odparł. — Myślę o Irlandji i o brzemieniu niedoli, jaka ją przytłacza.
Podparł ręką jej głowę i zaczął śpiewać następujące słowa — a dźwięk jego głosu podobny był szumowi wichru w pustkowiu:

Hań w górze nad Cummenu brzegiem wichury czarnej wiew,
Od wschodu ciągnąc, łamie bure rosochy starych drzew.
W nas męstwo mrze — podruzgotane, jak stare pnie od tucz,
Lecz w głębi serc ukryliśmy ów żar, co błyszczał z ócz
Kasieńki, córki Hoolihana...
Hań w górze ponad Knocknarea[2] chmurzyska wicher gnał,
budząc Maeve‘ę, ciskał gromy, huczące w zrębach skał.

Nasz ból jest jak nawalna chmura; jak grzmot — serc naszych stuk,
Lecz wszyscy z kornym pocałunkiem gniem się do błogich nóg
Kasieńki, córki Hoolihana...
Na Cloothna Bare — hej, wezbrał staw, żółtawy tocząc ił,
Bo nadciągnęły słotne wiatry i deszcz bez przerwy mżył.
Jak wód tych nurt, wezbrały ciała i tętna naszej krwi;
Lecz, niż przed Bożą Męką świece, o wiele jaśniej lśni
Kasieńka, córka Hoolihana...

∗             ∗

Gdy tak śpiewał, głos mu się załamał i łzy polały się po licach, a Małgorzata Rooney zakryła twarz rękoma i zaniosła się głośnym płaczem. Potem ślepy dziad na przypiecku zaczął szlochać, aż się łachy na nim trzęsły, a wkrótce nie było nikogo, ktoby nic zawodził i nie zalewał się łzami.

∗             ∗



Klątwa Hanrahana Rudego.

W piękny poranek majowy, już w czas niemały, odkąd Hanrahan wyprowadził się z domu Małgorzaty Rooney, onże sam przechodził drogą w pobliżu Colooney, a szczebiot ptaszęcy, podzwaniający w krzewach białych od kwiecia, nastrajał go do śpiewu. Szedł on do własnego szczupłego osiedla, które składało się wprawdzie z jednej tylko izdebki, ale czuł się w nicm jak w niebie. Już mu się bowiem sprzykrzyło tyloletnie kołatanie od chaty do chaty o różnych porach roku, a chociaż rzadko odmawiano mu gościny i udziału w tem, czem chata była bogata, to jednak niekiedy mu się wydawało, że umysł mu już tak ociężał, jak kulasy; już nie tak łatwo, jak poprzednio, przychodziło mu żartować i bawić się po nocach, pobudzać wszystkich chłopaków do śmiechu zajmującem bajaniem i wkradać się śpiewkami w łaski kobiet. Przed niedawnym czasem zaszedł do małej budki, którą sklecił jakiś kmiotek, by w niej spocząć w czasie żniw, a potem nigdy do niej nie wrócić. Załatawszy jakotako strzechę, ułożywszy w kącie barłóg z kilku worków i prętowia i wymiótłszy klepisko, był wielce zadowolony, że znalazł sobie mały schron, gdzie mógł wchodzić i wychodzić, kiedy mu się żywnie podobało, i podpierać głowę rękoma przez cały wieczór, ilekroć napadła go zgryzota i tęsknica za dawnemi laty. Raz wraz któryś z sąsiadów posyłał doń dziatwę, by liznęły od niego nieco nauki, a to co mu one przynosiły, czy to był mendlik jaj, czy owsiany podpłomyk, czy garstka bryłek torfu — zapewniało mu utrzymanie. A gdy czasem przyszła mu ochota, by udać się na całą dobę do Burrough, nikt nie sprzeciwiał się temu, wiedząc, że jest pieśniarzem i ma upodobanie do włóczęgi.
W sam raz w ów poranek majowy wracał z Burrough, rozradowany i pohukując jakąś piosenkę, która świeżo zrodziła mu się w głowie. Już był niedaleko, gdy wtem wpoprzek drogi przebiegł zając i rwał kędyś w pole, przesadzając płoty z otoczaków. Hanrahan wiedział, że to niedobra wróżba spotkać na drodze swej zająca, a przypomniał sobie też zająca, który go zawiódł na Slieve Echtge wówczas, gdy czekała nań Marja Lavelle — ach, od tego czasu nigdy już, nigdy nie zaznał ukojenia!...
— Ani chybi, czeka mnie teraz jakoweś nieszczęście! — rzekł do siebie.
Ledwo to jednak powiedział, do jego uszu doszedł głos jakiś, niby szlochanie, od strony pola przydrożnego. Zajrzał poprzez murek i spostrzegł dziewczątko, siedzące pod krzewem śnieżnej tarniny, zanoszące się płaczem, jakgdyby jej serce krajano w kawałki. Twarz przysłoniła dłońmi, atoli jej włos jedwabisty, biała szyja i młodociana postać przywiodły mu na myśl Brygitę Purcell, Margośkę Gillane, Maeve Connelan, Oonę Curry, Celję Driscoll i inne dziewczęta, dla których układał piosnki i których serca łechtał pochlebną mową.
Podniosła oczy i przekonał się, że była to dziewczyna z sąsiedztwa, córka kmiecia.
— Cóż ci się przydarzyło, Noro? — zagadnął.
— Nie wtrącaj się do nieswoich spraw, Hanrahanie Rudy! — odcięła. — Nic mi nic poradzisz.
— Owszem — rzecze ów na to, — jeżeli ci coś dolega, to właśnie jestem jakby stworzony na to, — by ci dopomóc, boć przecie znam dzieje Greków i wiem doskonale, co to ból i rozłąka i nieobce mi uciążliwości tego świata. A gdybym nawet własną osobą nie zdołał rozproszyć twego smutku, to niejednego człeka wybawiłem ze zgryzot mocą czarowną, która jest w mych pieśniach, podobnie jak bywała w utworach wieszczów dawniejszych ode mnie, odkąd istnieje nasz świat. A kiedyś będę siedział na wieki wieków w pięknej krainie zaświatowej i gwarzył z innymi pieśniarzami.
Dziewczyna zaprzestała beków i ozwała się:
— Owenie Hanrahanie, słychiwałam ci ja nieraz o waszych strapieniach i prześladowaniach tudzież, że zaznaliście wszystkich dolegliwości ziemskich od czasu, gdyście wzgardzili miłością królewny ze Slieve Echtge; nigdyć ona was odtąd nie pozostawiła w spokoju. Lecz, o ile na ziemi nie brak ludzi, co wyrządzili wam przykrość, to i wy ze swej strony też umiecie zalać im sadła za skórę. A teraz czy uczynisz mi to, o co cię poproszę, Owenie Hanrahanie?
— Uczynię, jak mię tu widzisz! — odpowiedział.
— Ojciec mój, matuś i bracia — jęła wyłuszczać — chcą mnie wydać za starego Paddy Doe, ponieważ dzierżawi on pod górką sto włók gruntu. Tybyś jednak mógł, Hanrahanie, umieścić go w swych śpiewkach, podobnie jakeś to uczynił ze starym Piotrem Kilmartinem jeszcze za młodych lat; niech mu ta zgryzota nie daje spokoju ani przy rannem wstawaniu, czy przed pójściem do łóżka i niech mu każe myśleć o cmentarzu w Collooney, a nie o żeniaczce. Ino nie marudź z tem, bo oni se ułożyli, że jutro ma być ślub, a jabym wolała doczekać się świtania dzionka mej śmierci, aniżeli tego dnia.
— Nie bój się! już mu wpieprzę taką śpiewkę, że się schowa pod ziemię ze wstydu i markotności; lecz powiedz-że mi, ile to lat sobie on liczy, bo chciałbym o tem natrącić w piosence?
— O! on ma tych lat, a lat! On jest taki stary, jak ty, Hanrahanie Rudy.
— Tak stary jak ja? — powtórzył Hanrahan, a głos mu się jakby załamał — tak stary jak ja? Co znowu! między nami jest ze dwadzieścia lat różnicy! Ależ to ciężkie czasy, doprawdy, przyszły na Hanrahana, że dziewczątko, której liczko rozkwita majową krasą, uważa go za starego człowieka! Tfu, na psa urok! aleś mi wbiła kolkę w serce!
Odwrócił się i powlókł się drogą, aż doszedł do wielkiego głazu i usiadł na nim, gdyż zdało mu się, że całe brzemię lat w mgnieniu zwaliło mu się na barki. Przypomniał sobie, że nie było to tak dawno, jak powiedziała mu jakaś niewiasta w pewnym domu:
— Nie jesteś ty już teraz Rudym Hanrahanem, lecz Hanrahanem Płowym, bo twe włosy przybrały barwę paczesi konopnej.
Inna zaś baba, którą prosił, by dała mu się napić, przyniosła mu mleko nie ze świeżego udoju, lecz zsiadłe; bywało też, że dziewczęta wolały śmiać się i poszeptywać z niedowarzonymi młodzieńcami, gdy on w najlepsze wygłaszał swe utwory i bajał. Pomyślał też o zdrewniałości swych kulasów po rannem wstaniu z łóżka i o bólu w stawach po odbyciu podróży i poczuł, że staje się człowiekiem bardzo starym, bo to i w łopatkach miał kłucie, i na udach wystąpiły żylaki i dech mu zapierało w piersiach i skóra mu się marszczyła i więdła. A na tę myśl rozpętał się w jego duszy gniew, skierowany przeciwko starości i wszystkiemu, co ona przynosi z sobą. W sam raz podniósł oczy w górę i dojrzawszy wielkiego plamistego orła, szybującego powoli w stronę Ballygawley, zawołał:
— I ty także, orle z Ballygawley, jesteś stary, i skrzydła masz wystrzępione. Hej, wsadzę ja ciebie i twoich rówieśników, szczupaka z jeziora Dargańskiego i cis z Wanty Cudzoziemców, w swoją śpiewankę, żebyście byli przeklęci na wieki!
Po lewej stronie drogi był krzak, kwitnący jak i inne, a łagodny podmuch wietrzyka otrząsnął białe płatki na jego płaszcz.
— Kwiecie majowe, — ozwał się, zbierając je w zagłębienie dłoni, — nie zaznasz ty nigdy ciężaru wieku, bo umierasz w dobie piękności. I ciebie uwiecznię w pieśni i obdarzę cię błogosławieństwem!
Powstał, uszczknął z krzaka kiść kwitnącą i poniósł ją w ręce. Wszakoż gdy w dzień ów wracał do dom, z twarzą zasępioną i zgarbiony w plecach, znać było już w nim starca złamanego wiekiem.
Gdy dotarł do swego schroniska, nikogo w niem nie zastał, przeto wszedł do środka i czas jakiś leżał na barłogu, jak to zwykł był czynić, gdy zamierzał ułożyć czy to wiersz pochwalny czy klątwę. Nie czynił tego jednak bardzo długo, gdyż miał w sobie natchnienie wieszczów-klątewników. Zaś kiedy się z tem uporał, jął się głowić nad tem, w jakiby sposób to rozesłać po całej okolicy.
Niebawem zaczęli po jednemu schodzić się doń uczniacy, by się dowiedzieć, czy będzie dziś nauka. Hanrahan powstał i usiadł na ławce koło watry, a oni stanęli wiankiem koło niego.
Myśleli, że dobędzie Wirgiljusza lub mszał albo i abecadlnik, lecz wbrew ich oczekiwaniom podniósł w górę gałązkę tarniny, którą wciąż jeszcze miał w ręce.
— Dziatki — przemówił — oto nowa lekcja, jaką dziś mieć będziemy… Wy same i ludzie urodziwi na tym świecie jesteście podobni temu kwieciu, a starość to wichr, co zrywa, zmiata precz kwietne płateczki. Otóż ułożyłem przekleństwo na starość i na ludzi starych — posłuchajcie-no, jak wam je wygłoszę.
I oto co odczytał:

Poeta Owen Hanrahan pod krzewem, pod zielonym,
Przeklina własną głowę swą — już obsypaną szronem;
I plamistego orła klnie ze wzgórza Ballygawley,
Boć on od stworzeń starszy wszech i świadom zła, niedoli;
I cis, co od zamierzchłych lat zieleni się bez przerwy
Wedle Wichrowych stromych Wrót i Cudzoziemskiej Zerwy;
Szczupaka olbrzymiego też z jeziora w grodzie Dargan,
Co szary grzbiet oddawna ma od węd i bólów stargan;
I klnie starego Paddy Bruen z nad Zdroju Narzeczonej,
Bo ma już zgoła łysy łeb i wiekiem osłabiony;
Sąsiad, Piotr Hart, przeklęty z nim, a także druh, Gill Michał,

Bo końca ich wędrownych klechd nikt jeszcze nie usłychał;
I stary Shemus Cullinan, co dłonią swą wychudłą,
Gdy bydło gna z Zielonych Łąk, ledwo utrzyma szczudło;
Wkońcu starego Paddy Doe niech klątwa ta obarczy,
Który na śnieżnej piersi chce kołysać łeb swój starczy,
Młodzieńcze serce zmrozić wczas i złamać głos skowrończy:
Niech klątwa cięży na nim wciąż, aż żywot on zakończy!
—————————————
A teraz błogosławi wieszcz wiośniane młode kwiecie,
Co piękne, gdy rozwija się, i gdy je wicher zmiecie.
—————————————

Przepowiadał to wszystko dzieciom wiersz za wierszem, aż każde z nich umiało na pamięć jakiś urywek, a niektóre z nich, te co były najpojętniejsze, potrafiły nawet wypowiedzieć jednym tchem całość od deski do deski.
— To wystarczy na dzisiaj — rzekł nauczyciel. — Teraz zaś waszą jest rzeczą rozejść się na wszystkie strony i co pewien czas śpiewać tę piosnkę na nutę „Zielony Pęczek Sitowia“ każdemu, kogo spotkacie na drodze, a także i samym staruchom.
— O, zrobię to — rzekł jeden z młodych smyków: — znam dobrze starego Paddy Doe. W ostatni wieczór świętojański wpuściliśmy mu mysz do komina, ale to jest jeszcze lepszy kawał, niż ta mysz.
— A ja pójdę do miasta Sligo i zaśpiewam to na ulicy — rzekł inny urwis.
— O, zrób to — rzekł Hanrahan, — idź też do Burrough i opowiedz to Małgorzacie Rooney i Marji Gillis, a poproś, by same śpiewały i nauczyły śpiewania tej piosenki wszystkich dziadów włóczęgów i chudziaków.
Dzieci rozbiegły się, przejęte dumą i chęcią psoty, i wykrzykiwały po drodze słowa piosenki, to też Hanrahan wiedział, że niema obawy, by ich nie słyszano.
Nazajutrz rano siedział na przyźbie, wyczekując swych uczniaków, którzy nadciągali po dwóch lub trzech. Zeszli się już prawie wszyscy, więc Hanrahan już pozierał na niebo, chcąc zmiarkować po słońcu, czy już pora rozpocząć naukę, gdy wtem do uszu jego doszedł dźwięk, podobny do brzęczenia roju pszczelnego w powietrzu, lub do szmeru niewidzialnej rzeki podczas wylewu. Niebawem ujrzał na gościńcu gromadę ludzi, zdążających ku jego norze; zauważył, że tłum ten składał się z samych starców, a na ich czele szedł Paddy Bruen, Michał Gill i Paddy Doe. W całej ciżbie nie było nikogo, ktoby nie miał w ręce kosztura lub kolczastej łodygi. Skoro go zoczyli, wszystkie kije zaczęły się chwiać groźnie, nito gałęzie podczas burzy, a stare giczale puściły się kłusem ku niemu.
Hanrahan nie ociągał się ani na chwilę, lecz drapnął, co sił w piętach, na wzgórek za lepianką i wkrótce znikł im z oczu.
Za chwilę jednak powrócił, okrążając pagórek, gdzie go zasłaniały jałowce, rosnące nad przykopą. A kiedy znów mógł widzieć swą chatynkę, zobaczył, że wszyscy staruszkowie zgromadzili się wkoło niej, a jeden z nich właśnie w tej chwili rzucał na strzechę grabie z wiechciem zapalonej słomy.
— Biadaż mi! — westchnął, — obruszyłem przeciwko sobie starość i czas i ociężałość i chorobę i muszę iść znów na tułaczkę. A ty, Błogosławiona Królowo Niebieska, broń mnie od orła z Ballygawley, cisu nad Wanty Cudzoziemskiej, od szczupaka z jeziora w Castle Dargan i od gorejących pakuł ich pobratymów, starych ludzi!

∗             ∗



Widzenie Hanrahana.

W dzień czerwcowy szedł Hanrahan drogą niedaleko od Sligo, ale nie zaszedł do miasta, jeno skręcił ku Beinn Bulben, gdyż przyszły mu do głowy wspomnienia dawnych czasów i nie miał zamiaru spotykać się z ludźmi z gminu. Idąc tak, śpiewał sobie piosenkę, którą słyszał razu pewnego w majakach sennych:

Stara, koścista dłoń śmierci,
O! nigdy nas tam nie zdybie
W krainie górnej, uroczej,
W miłosnych czarów siedzibie,
Gdzie drzewa rodzą owoce
I kwiaty — jako rok długi,
Gdzie rzeki płynąc unoszą
Miodowe i piwne strugi...
W srebrzystym i złotym gaju
Gra starzec — kobzę nadyma;
Pląsają roje królewien
Z modremi, jak lód, oczyma.
*

Mruknął do liska rudego:
„Cóż świata gorycz przebrzydła?“
Słonko się błogo zaśmiało,
Księżyc mi wstrzymał wędzidła;
Lecz rudy lisek zamruczał:
„Nie wstrzymujże mu wędzidła!
On jedzie w czarów krainę
Gdzie świata jad nas nie sidła“...
*
Gdy do potyczki orężnej
Skłoni Ich serca zły narów,
Zdejmują ciężkie koncerze
Z złotych i srebrnych konarów.
Lecz ten, kto w bitwie polęże,
Znowu do życia się budzi. —
Na szczęście, jeszcze wieść o Nich
Nie zaszła pomiędzy ludzi;
Gdyż, porzuciwszy łopaty,
Rolnicza ludność — tak mocna! —
Miałaby serca, jak puhar,
Który wysączył ktoś do cna...
*
Michał na surmie grać będzie,
Zdjąwszy ją z nad głów, z gałązki,
Przy uczcie, co zastawiona
W co najsmaczniejsze przekąski.

Gabrjel się z wody wychynie
I płetwę ukaże rybią,
Bając cudeńka o ludziach,
Co drogi na morzach dybią.
I będzie pił, wznosząc w górę
Róg stary, okuty w srebro,
Aż w końcu zmorzony zaśnie
Nad niebios gwiaździstą debrą...

Hanrahan zaczął się wspinać pod górę i przerwał śpiewanie, gdyż wypadło mu się długo gramolić, a raz po raz musiał przysiadać, by odsapnąć przez chwilę. Raz gdy tak odpoczywał, uwagę jego przykuł krzew dzikiej róży, obsypany kwieciem, który wyrastał przy drodze; przywiódł mu on na myśl dzikie róże, które przynosił Marji Lavelle, a pozatem żadnej innej kobiecie. Urwał z krzewu gałązkę, na której było wiele pączków i rozwiniętych kwiatów i znów podjął śpiew:

— Mruknął do liska rudego:
„Cóż świata gorycz przebrzydła?“
Słonko się błogo rozśmiało,
Księżyc mi strzymał wędzidła.
Lecz rudy lisek zamruczał:
„Nie strzymuj jeszcze wędzidła!
On jedzie w czarów krainę,
Gdzie świata jad nas nie sidła.“

Zaczął znów wdzierać się na wzgórze i zeszedł z drogi; przyszły mu na myśl różne starodawne pieśni, opiewające kochanków, dobrych i złych, z których niektórzy nawet przebudzili się ze snu w mogile pod wpływem miłości osoby drugiej i wiedli odtąd życie w jakiemś miejscu mrocznem, gdzie, wygnani z przed oblicza Bożego, oczekują dnia sądu.

Wreszcie, już na schyłku dnia, doszedł do Wanty Cudzoziemskiej i tam legł na skalnej grani, spoglądając w dolinę, która była zalana siwą mgłą, rozpościerającą się od góry do góry.
Gdy tak patrzył, zwidziało mu się, że mgła przybierała mroczne kształty kobiet i mężczyzn, i serce poczęło mu bić lękiem i radością na ten widok. Ręce jego, które nigdy nie odpoczywały, jęły rwać płatki różane z trzymanej gałązki i było widać, jak te opadały w dolinę małą trzepocącą gromadką.
Naraz posłyszał przytłumioną gędźbę — ale taką, co miała w sobie więcej chichotów i więcej płaczu niż wszystkie muzyki na całym świecie. Rosło w nim serce, gdy się w nią wsłuchiwał i zaczął śmiać się głośno, boć wiedział, że sprawcą tej muzyki jest ktoś, co odznacza się pięknością i mocą większą niśli wszyscy ludzie na tej ziemi. I zdawało mu się, że drobne miękkuchne płateczki różane, opadając z trzepotem w dolinę, zmieniały wygląd, aż przeobrażały się niejako w orszak mężczyzn i niewiast kędyś daleko we mgle, przyobleczony w barwę różową. A ta barwa mieniła się później w rozmaite barwy i widział długi korowód wysmukłych, urodziwych młodzieńców i dziewic, pięknych jak królewne, które nie odchodziły od niego, lecz krążyły dokoła niego tędy i owędy; ich twarze, naprzekór dumnej naogół postawie, były pełne tkliwości, a przytem bardzo blade i wymęczone, jakgdyby znać było na nich nieustanne rozpamiętywanie rzeczy niezmiernie smutnych. A z pośród mgły wyciągały się jakieś widmowe ramiona, niby chcąc je pochwycić, ale nie zdołały ich dosięgnąć, gdyż spokój, który był ponad niemi, nie mógł być zmącony. Zasię przed niemi i poza niemi, ale w pewnej odległości, jakby z uszanowania, znajdowały się inne zjawy, opadając to wznosząc się lub przechodząc w tę i ową stronę; po ich wirującym locie poznał Hanrahan, że są to Sidhe, prastare strącone bóstwa — a mroczne ramiona nie usiłowały ich pochwycić, ponieważ im już nie dano ani grzeszyć ani słuchać. Wszystkie one malały w oddaleniu i zdawało się, że odchodzą ku białym wrotom, co są na zboczu góry.
Mgła rozpostarła się już przed nim, niby morze bezludne, opłókujące stoki górskie rozlewną, szarą dunugą; lecz gdy się w nią wpatrywał, zaczęła znowu wzbierać jakiemś życiem płynnem, przerywanem, w niej zawartem, i z szarzyzny wyłoniły się ramiona i blade twarze z rozwichrzonemi włosami. Wszystko to rosło i rosło, aż zrównoważyło się z krawędzią turni, a wtedy mary jęły się ucieleśniać i ruszył nowy pochód, nawpół zgubiony w oparach, krocząc wolno i nierówno; pośrodku każdego widma coś połyskiwało w świetle gwiazd. Coraz to bliżej podchodził ten orszak cieni i Hanrahan rozpoznał, że byli to również kochankowie, ale zamiast serc mieli sercowate zwierciadełka i ustawicznie zaglądali jedno drugiemu w te lusterka, by ujrzeć w nich odbicie własnej twarzy. Przechodzili mimo, zapadając się w jakąś otchłań, a na ich miejscu pojawiały się nowe mary, lecz nie trzymały się dwójkami, jak poprzednie, jeno uganiały jedna za drugą, wyciągając ręce pośród dzikich skinień. Przekonał się, że osobami ściganemi były kobiety; ich głowy były niezrównanej piękności, lecz ciała były li cieniami bez życia, a długie ich włosy rozwiewały się i drgały, jakby żyły jakiemś niesamowitem życiem własnem. Naraz przesłonił je wznoszący się tuman mgły, następnie zaś lekki podmuch wiatru przepędził je w stronę północno-wschodnią, otulając jednocześnie Hanrahana białem skrzydłem oparów.
Powstał drżąc i już chciał odwrócić się od przepaści, gdy naraz ujrzał dwie ciemne zjawy, majaczące tu za skałą do pół-postaci, niby unoszące się w powietrzu; jedna z nich, mająca oczy smutne, jakby żebrzące, odezwała się doń głosem niewieścim:
— Przemów do mnie, albowiem siedemset lat mija, jak nie odezwał się do mnie nikt ani z tego ani z tamtego świata.
— Powiedz mi, kto byli ci, którzy przesunęli się tędy? — zapytał Hanrahan.
— Ci, którzy szli najpierw, — rzekła niewiasta, — byli to najsławniejsi kochankowie starożytnych czasów, Blanad, Deidre i Grania ze swymi umiłowanymi, a mnóstwo też mniej wsławionych lecz niemniej ukochanych. Ponieważ szukali wzajem w sobie nie tylko kwiecia młodości, lecz piękności tak trwałej jak noc i gwiazdy, przeto noc i gwiazdy uchroniły ich od niepokojów i zguby, pomimo walk i goryczy, jakie ich miłość wywoływała w świecie. Tych, co szli za nimi, co jeszcze oddychają błogiem powietrzem a w sercach mają zwierciadła, nie opiewali wieszczowie, bo szukali oni jeno triumfu jedno nad drugiem, by w ten sposób dowieść własnej mocy i piękności — to im zastępowało miłość. A co się tyczy kobiet o rozwiewnych ciałach, to nie pragnęły one triumfować ni kochać, lecz tylko być kochanemi; przeto w ich sercach i ciałach niema krwi, póki nie napłynie do nich przez pocałunek, a życie ich trwa jeno w owo mgnienie. Wszyscy oni nieszczęśliwi, ale jam ze wszystkich najnieszczęśliwsza; jam jest bowiem Dervadilla, a oto Dermot obok. Nasz to grzech sprowadził Normanów do Irlandji; na nas ciężą przekleństwa wszystkich pokoleń i nikt nie zaznał takich kar, jako my. Kochaliśmy w sobie wzajemnie jeno kwiat męskości i kobiecości, śmiertelną piękność prochu, a nie piękno wiekuiste. Gdyśmy pomarli, nigdy nie przypadł nam w udziale spokój trwały i niezmącony, a zawziętość walk, jakieśmy wzniecili w Irlandji, stała się dla nas kamieniem potępienia. Wiecznie błąkamy się razem, lecz Dermot, który był moim kochankiem, widzi we mnie jeno zewłok, co przeleżał czas długi pod ziemią — i ja to wiem, że patrzy na mnie takiem okiem. Pytaj mnie jeszcze, o pytaj jeszcze, bo lata wlały wiedzę w me serce, a od lat siedmiuset nikt nie słuchał słów moich...
Strach wielki padł na Hanrahana; wzniósł ręce nad głową i wrzasnął potrzykroć. Bydło w dolinie podniosło łby, porykując, a ptastwo w boru na zboczach górskich zbudziło się ze snu i furknęło skroś rozechwianego listowia. Lecz nieco poniżej krawędzi skalnej w powietrzu ważył się jeszcze kłębuszek płatków różanych, bo wrota Wieczności rozwarły się i zatrzasnęły na czas jednego uderzenia serca.

∗             ∗


Śmierć Hanrahana.

Hanrahan nie lubił nigdzie długo zagrzewać miejsca, to też w czas jakiś zaszedł z powrotem pomiędzy wioski, leżące u podnóża Slieve Echtge, a zwane Illeton, Scalp i Ballylee; zatrzymywał się raz w tym domu, to znów w innym, a wszędzie znajdował gościnne przyjęcie ze względu na wiek, dar pieśni i uczoność. W skórzanej sakiewce pod kubrakiem brzęczało mu ta nieco srebrników i miedziaków, ale rzadko bywał zmuszony stamtąd coś wysupłać, bo potrzebował niewiele, a żaden z ludzisków nie przyjąłby od niego zapłaty. Ociężała mu już ręka, którą opierał na palicy, a policzki mu się zapadły i wychudły; wszakże ile chodzi o strawę, to miał zawsze wbród ziemniaków, mleka i placków owsianych, a nawet w zakątku tak zapadłym i bagnistym, jak Echtge, nigdy mu nie odmówiono kwaterki gorzałki, trącącej nieco dymem torfowym. Zapuszczał się w wielki bór koło Kinadife lub przesiadywał wiele godzin dziennie w szuwarach nad jeziorem Belshragh, już to wsłuchując się w szmer strumieni, zbiegających ze wzgórków, już to przyglądając się cieniom na rdzawych łachach błotnych, a siedział tak cicho, że nie płoszył zwierzyny, która za nadejściem nocy schodziła tędy z wrzosowisk na trawiaste polany i orne niwy. W miarę jak upływał dzień za dniem, wydawało się, że ów samotnik staje się coraz bardziej przynależny do jakiegoś świata niewidzialnego i mglistego, którego granicami są barwy i cisze, znajdujące się poza obrębem barw i milczeń tego świata. Czasami słyszał jakowąś gędźbę, snującą się po lesie, która ulatniała mu się z pamięci, ledwo umilkła; kiedyindziej znów w ciszę południową do uszu jego dochodził hałas, nito szczęk licznego oręża, trwający długi czas bez przerwy. A za nadejściem nocy, gdy wzeszedł księżyc, jezioro stawało się podobne do gościńca ze srebra i drogich kamieni, a z jego głuszy dobywały się stłumione zawodzenia, lękliwe śmiechy, przerywane szumem wiatru, oraz jakoweś nieprzeliczone trupie ręce, wymachujące nad topielą.
Pewnego wieczora (było to podczas żniw) siedział tak, poglądając w wodę, i rozmyślał o przeróżnych tajemnicach, zawartych pośród gór i jezior; naraz od południa doszedł go krzyk, z początku bardzo niewyraźny, później coraz donośniejszy i wyrazistszy, w miarę jak wydłużały się cienie szuwarów. Wkońcu mógł już wyróżnić słowa:
— Jam piękna, jam piękna! ptaki w powietrzu, ćmy pod liśćmi, muchy nad wodą przypatrują mi się, bo nie widziały nigdy nikogo tak pięknego, jako ja. Jam młoda, jam młoda: poglądajcie na mnie, góry, poglądajcie, ginące knieje, bo ciało moje lśnić będzie, jako wody przejrzyste, gdy wy zapadniecie się w nicość. I wy i plemię ludzkie i stada zwierzęce i ryby i roje skrzydlate — skazani jesteście na zagładę, jako świeca, co się dopala; ja wszakże śmieję się z całej mocy, bom jest wciąż młoda!
Od czasu do czasu głos się urywał, jakby wskutek zmęczenia, a potem znów się ożywał, wykrzykując jedne i te same słowa:
— Jam piękna, jam piękna!
Wtem zatrzęsły się chaszcze na skraju jeziorka; jakaś stara babina, przedarłszy się przez gąszcz, minęła Hanrahana, wlokąc się krokiem ociężałym. Twarz jej była ziemistej barwy i tak pomarszczona, że równać się z nią nawet nie mogła twarz jakiejkolwiek czarownicy; siwe jej włosy zwisały jak kłaki, a łachmany, które miała na sobie, nie osłaniały ciemnej skóry, stwardniałej od wichrów i słoty. Przeszła obok niego z oczyma szeroko wytrzeszczonemi, z głową podniesioną do góry, z obwisłemi po bokach rękoma i znikła w cieniu wzgórz po stronie zachodniej.
Dreszcz przeniknął Hanrahana, gdy ją obaczył, gdyż poznał w niej niejaką Winny Byrne, która włóczyła się po prośbie z miejsca na miejsce. Nieraz mu opowiadano, że była ona niegdyś tak mądra, że wszystkie kobiety w okolicy zasięgały we wszystkiem jej rady, a miała głos tak cudny, iż zbiegali się zewsząd mężczyźni i kobiety, by posłuchać jej śpiewu na kiermaszu czy weselu. Ale Wciórnastki, wielkie Sidhe, ukradły jej przed laty rozum w pewną noc Samhain, gdy zdrzemnęła się na rozdrożu i ujrzała we śnie sługi Echtge ze wzgórz.
A gdy znikła na zboczu pagórka, zdawało się, że jej krzyk: — Jam piękna, jam piękna! — wychodzi z pośród gwiazd na niebie.
Zimny wiatr wczołgał się pomiędzy sitowie; Hanrahan uczuł dreszcz, więc powstał, by zajść do jakiejś chałupy, gdzie będzie ogień na nalepie. Zamiast jednak, jak po inne dni, skręcić w dół, począł się wspinać na wzgórze niewielkim żlebem, który może był wydrążony koleinami, a może był poprostu wyschłem łożyskiem strumienia. Była to ta sama droga, którą poszła poprzednio Winny, a wiodła do małej koliby, w której ona nocowała, o ile wogóle miała ochotę gdziekolwiek nocować. Gramolił się na wzgórze z wielką trudnością, jakby miał na plecach ogromne brzemię, aż wreszcie nieco na lewo zobaczył światełko; przyszło mu na myśl, że to niewątpliwie świeci się w domu Winny, przeto zboczył ze ścieżki, by tam się udać. Lecz chmury zakryły niebo i nie mógł dokładnie rozeznać drogi, to też uszedłszy zaledwie kilka kroków, pośliznął się i wpadł w rów, służący do osuszania moczarów; wprawdzie jakoś tam się z niego wydostał, chwytając się pęków wrzosu, jednak upadek bardzo nim wstrząsnął, tak iż miał raczej ochotę, by spocząć, niż iść dalej. Ale Hanrahan zawsze był zuchem, więc jakoś tam kusztykając puścił się znów w drogę, aż wreszcie zaszedł do koliby Winny; nie miała ona okien, a światło wydostawało się przez drzwi. Postanowił wejść do chaty i krzynkę odpocząć, jednakowoż gdy stanął w drzwiach, nie zobaczył tam Winny; siedziały w izbie jeno cztery siwe staruchy, grając w karty — Winny nie było pomiędzy niemi. Hanrahan przysiadł na kupie torfu, ponieważ był zmęczony śmiertelnie i nie miał najmniejszej chęci do grania, a kości jego i stawy odczuwały dotkliwie niedawną przeprawę. Słyszał, jak cztery kobiety grając rozmawiały i wywoływały swe karty, a zdawało mu się, że mówiły tak samo, jak przed laty ów cudzoziemiec w lamusie:
— Wino i dzwonka, odwaga i siła; żołądź i czerwień, wiedza i przyjemność.
Zaczął powtarzać te słowa, jakby rozmawiał sam ze sobą; może śnił, może i nie, ale ból w lewej łopatce nie opuszczał go ani na chwilę. Po niejakim czasie cztery baby jęły się swarzyć w izbie, pomawiając się nawzajem o szachrowanie w grze; głosy ich stawały się coraz to bardziej podniesione, przechodząc we wrzaski i przekleństwa, aż nakoniec dokoła chaty i ponad nią rozlegał się hałas przeraźliwy. Hanrahan słysząc to pół przez sen, pół na jawie, przemówił:
— Jest to odgłos walki między sprzymierzeńcami i nieprzyjaciółmi człowieka bliskiego śmierci. Zachodzę w głowę, kto w tem pustkowiu może być człowiekiem blizkim śmierci...
Ani chybi, musiał zasnąć na dobre i przespał czas dłuższy. Skoro otworzył oczy, ujrzał nad sobą starą pomarszczoną twarz Winny z Rozstajnej Drogi. Wpatrywała się w niego nieruchomo, jakby chcąc się upewnić, że nie umarł, i mokrą szmatą obcierała krew, co zakrzepła na jego licach, po chwili zaś bądź podpierając go, bądź niosąc wciągnęła osłabionego do izby i ułożyła na czemś, co zastępowało jej wyrko. Podała mu garstkę ziemniaków z garnka stojącego na piecu i, co więcej go orzeźwiło, kubek wody źródlanej. Od czasu do czasu drzemał nieco, niekiedy zaś słyszał, jak śpiewała sobie coś pod nosem, uwijając się po izbie — w ten sposób zbiegła mu noc. Gdy świt zaczął rozjaśniać niebo, Hanrahan domacał się sakiewki, gdzie miał trochę grosiwa, i podał ją babinie; wyjęła z niej pieniądz miedziany i jeden srebrny, ale włożyła je z powrotem, jakby lekce je sobie ważąc — może dlatego, że nie żebrała nigdy pieniędzy, lecz jadła i przyodziwku, a może brzask dnia rozniecił w niej dumę i nową dufność w wielką swą urodę. Wyszła z chałupy, użęła kilka garści wrzosu i przyniósłszy do izby, przysypała niemi Hanrahana, coś tam mówiąc o chłodzie poranka; przy tej sposobności zauważył zmarszczki na jej twarzy, siwiznę jej włosów i wykruszone zęby, poczerniałe już i pełne dziur. A gdy już był dobrze obłożony wrzosem, wyszła za drzwi i zbiegła po zboczu góry; przez czas pewien słyszał jeszcze jej krzyk: Jestem piękna, jestem piękna!
W miarę jak się oddalała, głos jej przycichał coraz to bardziej, aż nakoniec zamilkł zupełnie.
Hanrahan przeleżał tak w bólach i chorobie dzień cały; gdy zapadały już wieczorne mroki, posłyszał znowu jej głos, dochodzący ze zbocza góry. Przyszedłszy, zagotowała ziemniaki i podzieliła się z nim tą strawą tak samo jak poprzednio. Mijał tak dzień za dniem i zaczęło mu ciężyć brzemię ciała. Lecz w miarę jak opadał z sił, rozpoznawał, że w izbie oprócz niego były jeszcze jakieś inne istoty; cała chatka jęła się niemi zapełniać. Zdawało mu się, że w Ich ręku były wszelkie potęgi, że jednem dotknięciem mogą obalić ów mur, jaki dokoła niego zbudowała Boleść niepożyta, i wziąć go w świat swój udzielny. Niekiedy zaś słyszał ich głosy, przyciszone a radosne, odzywające się z pod pułapu lub z ognia na nalepie, kiedyindziej zasię cały dom napełniał się gędźbą, która przeciągała przezeń, niby wiatr. Nieco później osłabienie spowodowało zupełny zanik bólu, a dokoła niego nastała wielka cisza, niby cisza w głębinie jeziora, a w niej, niby płomyk świecy o knocie z sitowia, chwiały się nieustannie głosy przyciszone a radosne.
Pewnego poranka usłyszał kędyś za drzwiami gędźbę, która z biegiem dnia stawała się coraz to głośniejszą, aż nakoniec zagłuszyła głosy radosne a przyciszone, a nawet wołanie starej Winny na stoku wzgórka za nadejściem wieczora. Około północy naraz wydało mu się, że ściany rozpływają się w niwecz, a jego tapczan unosi się w jakowejś bladawej i mglistej jasności, która świeciła ze wszech stron, jak okiem zasięgnąć. Gdy przejrzał po chwilowem olśnieniu, obaczył, że w onej jasności pełno było zjaw wielkich a niewyraźnych przelatujących tu i tam.
W tejże chwili gędźba stała się tak wyraźna, iż pojął, że były to jeno ustawiczne szczękania mieczów.
— Już po mnie... umieram — rzekł do siebie — i to pośród muzyki niebiańskiej. O Cheruby i Serafiny, przyjmijcież duszę moją!
Na jego wołanie najbliższy okrąg światłości napełnił się iskrami jeszcze promienniejszego blasku i postrzegł, że były to ostrza mieczów, wymierzone w jego serce; potem nagły płomień, gorejący i błyszczący jako miłość Boża lub gniew Boży, zniósł ową światłość i zniknął... Hanrahan znalazł się w ciemnościach. Z początku nie widział nic, gdyż wokoło było tak ciemno, jakby zakopano go w czarnej ziemi torfiastej, lecz naraz wystrzelił ogień, jakby ktoś cisnął pośrodek garść słomy zapalonej. Poglądnąwszy w tę stronę, Hanrahan ujrzał, że światło połyskiwało na wielkim garnku, zwisającym z haka, na płaskim kamieniu, gdzie Winny nieraz wypiekała podpłomyki, na długim zardzewiałym nożu, którym ścinała pęki wrzosu i na długim kiju głogowym, który sam przyniósł do chałupy. Gdy się przyglądał tym czterem przedmiotom, jakieś wspomnienia odżyły w pamięci Hanrahana i znów powróciły mu siły; podniósł się i usiadłszy na łożu, przemówił nader głośno i wyraźnie:
— Kocieł, Głaz, Miecz i Włócznia... Co one oznaczają? Do kogo należą? Wtedy zadawałem sobie to pytanie...
Rzekłszy to, upadł znów nawznak z osłabienia i zabrakło mu tchu.
Winny Byrne — ona to trzymała łuczywo — stanęła nad nim, wlepiwszy oczy w wyrko. Nikłe, rozśmiane głosy poczęły znów pokrzykiwać, a blade światło, szare niby fal powierzchnia, rozpełzło się po izbie; Hanrahan nie mógł dociec, z jakiego świata ono tu napływa. Widział zwiędłą twarz Winny i jej wyschłe ramiona, co szarą barwą przypominały rozsypującą się w grudki ziemię; pomimo całego wycieńczenia wzdrygnął się i odsunął się ku ścianie. A wtem z łachmanów, stwardniałych od błota, wydobyły się ramiona tak białe i rozwiewne, jak piana na rzece, i spoczęły na jego ciele, a głos, który słychać było wyraźnie, lecz pochodził jakby z oddali, zaszeptał doń:
— Nie będziesz już mnie szukał na łonach kobiet.
— Ktoś ty? — zapytał.
— Jestem z plemienia wiekuistego, jestem jednym z wiekuistych niepożytych Głosów, a mieszkam w duszach ludzi złamanych, konających i tych, co postradali rozum. Ciebie szukałam — tyś mój, póki cały świat nie zgorzeje, jak wypalona świeca. A teraz spojrzyj wgórę, gdyż oto zapłonęły nasze wici weselne.
Ujrzał, że w chacie zagęściło się od bladych, widmowych rąk, a każda ręka trzymała, bądź coś nakształt wici, zapalanej przed weselem, bądź też coś nakształt podługowatej gromnicy, jaką dają konającym.
Nazajutrz rano równo ze wschodem słońca, Winny z Rozdroża, która siedziała przy zwłokach, powstała i powlekła się znów na żebry od powiatu do powiatu, nucąc po drodze niezmienną śpiewkę:
— Jam piękna, jam piękna! poglądają na mnie ptaki w przestworzu, ćmy pod liśćmi, muchy nad wodą. Przypatrzcie mi się, ginące knieje, bo ciało moje lśnić będzie, jako wody jeziora, gdy wy zapadniecie się w nicość. I wy stare plemię ludzkie i stada zwierzęce i ryby i roje skrzydlate — skazaniście na zagładę, jak wypalona świeca. Ja wszakże śmieję się, co mocy, bom jest wciąż młoda.
Nie powróciła już do koliby ani tej nocy, ani żadnej następnej. Dopiero po upływie dwóch dni kopacze torfu, wybrawszy się na trzęsawiska, znaleźli ciało Owena Hanrahana Rudego i zwołali ludzi, by go pochowali, i baby, by nad nim zawodziły. Wyprawiono mu pogrzeb, godny tak wielkiego pieśniarza.



Przypisy

  1. Samhain. — Dosłownie koniec lata, pierwotnie święto pogańskie, następnie utożsamione z chrześcijańskiem świętem zaduszek; związane są z niem wierzenia i obrzędy w rodzaju naszych Dziadów. (Przyp. tłum.)
  2. Na Knocknarea w kamiennym grobowcu spoczywa rzekomo Maeve, królowa Sidhe. (Przyp. tłum.)


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Butler Yeats i tłumacza: Józef Birkenmajer.