Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


podmuch wiatru przepędził je w stronę północno-wschodnią, otulając jednocześnie Hanrahana białem skrzydłem oparów.
Powstał drżąc i już chciał odwrócić się od przepaści, gdy naraz ujrzał dwie ciemne zjawy, majaczące tu za skałą do pół-postaci, niby unoszące się w powietrzu; jedna z nich, mająca oczy smutne, jakby żebrzące, odezwała się doń głosem niewieścim:
— Przemów do mnie, albowiem siedemset lat mija, jak nie odezwał się do mnie nikt ani z tego ani z tamtego świata.
— Powiedz mi, kto byli ci, którzy przesunęli się tędy? — zapytał Hanrahan.
— Ci, którzy szli najpierw, — rzekła niewiasta, — byli to najsławniejsi kochankowie starożytnych czasów, Blanad, Deidre i Grania ze swymi umiłowanymi, a mnóstwo też mniej wsławionych lecz niemniej ukochanych. Ponieważ szukali wzajem w sobie nie tylko kwiecia młodości, lecz piękności tak trwałej jak noc i gwiazdy, przeto noc i gwiazdy uchroniły ich od niepokojów i zguby, pomimo walk i goryczy, jakie ich miłość wywoływała w świecie. Tych, co szli za nimi, co jeszcze oddychają błogiem powietrzem a w sercach mają zwierciadła, nie opiewali wieszczowie, bo szukali oni jeno triumfu jedno nad drugiem,

55