Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/73

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Mgła rozpostarła się już przed nim, niby morze bezludne, opłókujące stoki górskie rozlewną, szarą dunugą; lecz gdy się w nią wpatrywał, zaczęła znowu wzbierać jakiemś życiem płynnem, przerywanem, w niej zawartem, i z szarzyzny wyłoniły się ramiona i blade twarze z rozwichrzonemi włosami. Wszystko to rosło i rosło, aż zrównoważyło się z krawędzią turni, a wtedy mary jęły się ucieleśniać i ruszył nowy pochód, nawpół zgubiony w oparach, krocząc wolno i nierówno; pośrodku każdego widma coś połyskiwało w świetle gwiazd. Coraz to bliżej podchodził ten orszak cieni i Hanrahan rozpoznał, że byli to również kochankowie, ale zamiast serc mieli sercowate zwierciadełka i ustawicznie zaglądali jedno drugiemu w te lusterka, by ujrzeć w nich odbicie własnej twarzy. Przechodzili mimo, zapadając się w jakąś otchłań, a na ich miejscu pojawiały się nowe mary, lecz nie trzymały się dwójkami, jak poprzednie, jeno uganiały jedna za drugą, wyciągając ręce pośród dzikich skinień. Przekonał się, że osobami ściganemi były kobiety; ich głowy były niezrównanej piękności, lecz ciała były li cieniami bez życia, a długie ich włosy rozwiewały się i drgały, jakby żyły jakiemś niesamowitem życiem własnem. Naraz przesłonił je wznoszący się tuman mgły, następnie zaś lekki

54