Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Potem nagle powstał, upuszczając karty na podłogę i rzekł:
— Który to z was przynosił mi zlecenie od Marji Lavelle?
— Nigdyśmy was przedtem nie widzieli na oczy, aniśmy też w życiu nie słyszeli o Marji Lavelle — rzekł gospodarz. — A cóż to ona zacz i o czem to tak prawicie?
— Było to przed rokiem... byłem w lamusie i ludzie grali w karty; na stole leżały pieniądze i przechodziły tam i sam od jednego do drugiego — a ja dostałem polecenie i zabierałem się do odejścia, by odwiedzić kochaneczkę, co mnie wzywała, Marję Lavelle.
Naraz Hanrahan krzyknął:
— Gdzieżem to bywał od tego czasu? Gdzieżem to był przez rok cały?
— Niełacno to powiedzieć, gdzieżeście to bywali przez ten czas, — rzekł nasjstarszy gazda, — albo po jakich krainach wałęsaliście się; tak mi się widzi, że na nogach macie proch z niejednej drogi. Boć też wielu jest takich, co tłukli się po świecie, a potem tak tracili pamięć, skoro im się coś przydarzyło.
— Co prawda to prawda, — przytwierdził drugi. — Znałem babę, co włóczyła się po świecie, jak on, przez siedm lat; potem wróciła i opowiadała kumom, że często cieszyła się, gdy mogła

18