Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z włosami długiemi i rozczochranemi i poprosił, by pozwolono mu wnijść i wypocząć. Zaproszono go z duszy — serca, bo była to noc Samhain. Usiadł wespołek z nimi, a oni go poczęstowali szklanką gorzałki z ćwierciowego gąsiora; gdy obaczyli mały kałamarzyk, wiszący mu na szyi, poznali, że jest bakałarzem, i jęli go prosić, by im opowiedział jakowąś baśń grecką.
Wyciągnął tedy Wirgiljusza z wielkiej kieszeni swego surduta, lecz okładka była bardzo zasmolona i napęczniała wilgocią, a stronica, którą otworzył, była zupełnie pożółkła; nic mu to jednak nie wadziło, bo i tak patrzył na nią jak człowiek, co nigdy w życiu nie uczył się czytać. Kilku parobków, widząc to, poczęło się śmiać z niego i pytać, czemu nosi tak ciężką księgę, z której nawet czytać nie umie.
Te słowa ubodły Hanrahana, więc włożył z powrotem Wirgiljusza do kieszeni i zapytał, czy ma też z nich który talję kart przy sobie — bo karty to rzecz lepsza, niż księgi. Kiedy wydobyto karty, wziął je i zaczął tasować, a gdy je tasował, coś mu jakby zaświtało w głowie i puknąwszy się dłonią w czoło, jak ktoś co usiłuje sobie jakąś rzecz przypomnieć, odezwał się:
— Czym ja tu był kiedykolwiek, albo też gdzie byłem w noc taką, jak dzisiejsza?

17