Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/40

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wszakoż mąż odpowiedział:
— Nigdybym w życiu nie odprawił ode drzwi moich Hanrahana, poetę — bajarza! — to rzekłszy, prosił go wnijść.
W chałupie zebrało się mało-wiele sąsiadów, a niektórzy z nich pamiętali Hanrahana; lecz kilku nieletnich basałyków, co siedzieli po kątach, znało go jeno ze słychu, więc wspinali się na palce, by go zobaczyć, a jeden z nich zapytał:
— Czy to nie ten sam Hanrahan, co prowadził szkołę, a później został porwany przez Nich?
Lecz matka zakryła mu usta dłonią i kazała mu być cicho, żeby nie wygadał się z czemś takiem.
— A bo Hanrahan snadnie może się stać nieszczęśliwym, — wyjaśniła, — jeżeli posłyszy, że mówią o tem zajściu, lub jeżeli kto zacznie go wypytywać.
Wraz pokrzykiwał ten i ów, prosząc Hanrahana o piosenkę, lecz gospodarz oświadczył, że że nie pora domagać się pieśni wpierw, aż ów sobie odpocznie; więc też podał mu szklankę gorzałki. — Hanrahan podziękował, wniósł jego zdrowie i łyknął duszkiem napitek.
Grajek stroił skrzypce do ponownych pląsów, zaś gospodarz prawił do młodzi, iż teraz dopiero poznają, co to jest dobry taniec, gdy obaczą tań-