Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/71

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zaczął znów wdzierać się na wzgórze i zeszedł z drogi; przyszły mu na myśl różne starodawne pieśni, opiewające kochanków, dobrych i złych, z których niektórzy nawet przebudzili się ze snu w mogile pod wpływem miłości osoby drugiej i wiedli odtąd życie w jakiemś miejscu mrocznem, gdzie, wygnani z przed oblicza Bożego, oczekują dnia sądu.
Wreszcie, już na schyłku dnia, doszedł do Wanty Cudzoziemskiej i tam legł na skalnej grani, spoglądając w dolinę, która była zalana siwą mgłą, rozpościerającą się od góry do góry.
Gdy tak patrzył, zwidziało mu się, że mgła przybierała mroczne kształty kobiet i mężczyzn, i serce poczęło mu bić lękiem i radością na ten widok. Ręce jego, które nigdy nie odpoczywały, jęły rwać płatki różane z trzymanej gałązki i było widać, jak te opadały w dolinę małą trzepocącą gromadką.
Naraz posłyszał przytłumioną gędźbę — ale taką, co miała w sobie więcej chichotów i więcej płaczu niż wszystkie muzyki na całym świecie. Rosło w nim serce, gdy się w nią wsłuchiwał i zaczął śmiać się głośno, boć wiedział, że sprawcą tej muzyki jest ktoś, co odznacza się pięknością i mocą większą niśli wszyscy ludzie na tej ziemi.
I zdawało mu się, że drobne miękkuchne pła-

52