Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/70

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Gabrjel się z wody wychynie
I płetwę ukaże rybią,
Bając cudeńka o ludziach,
Co drogi na morzach dybią.
I będzie pił, wznosząc w górę
Róg stary, okuty w srebro,
Aż w końcu zmorzony zaśnie
Nad niebios gwiaździstą debrą...

Hanrahan zaczął się wspinać pod górę i przerwał śpiewanie, gdyż wypadło mu się długo gramolić, a raz po raz musiał przysiadać, by odsapnąć przez chwilę. Raz gdy tak odpoczywał, uwagę jego przykuł krzew dzikiej róży, obsypany kwieciem, który wyrastał przy drodze; przywiódł mu on na myśl dzikie róże, które przynosił Marji Lavelle, a pozatem żadnej innej kobiecie. Urwał z krzewu gałązkę, na której było wiele pączków i rozwiniętych kwiatów i znów podjął śpiew:

— Mruknął do liska rudego:
„Cóż świata gorycz przebrzydła?“
Słonko się błogo rozśmiało,
Księżyc mi strzymał wędzidła.
Lecz rudy lisek zamruczał:
„Nie strzymuj jeszcze wędzidła!
On jedzie w czarów krainę,
Gdzie świata jad nas nie sidła.“

51