Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


działa mu nadto, że czułaby się wielce szczęśliwą, gdyby raczył pójść z nią i zamieszkać u nich i śpiewać swe piosenki prostakom, ślepcom i skrzypkom z Burrough. Zachowała (te były jej słowa) zawsze dobrą pamięć o nim i tęskniła do niego; co się zaś tyczy Marji Gillis, ta umiała na pamięć jedną z jego pieśni, tak iż nie potrzebuje obawiać się złego przyjęcia, a wszyscy prostaczkowie i nędzarze, którzy go posłyszą, będą oddawali część własnych zysków za jego baśnie i śpiewy, dopóki on pozostanie między nimi, i roznosili będą jego sławę po wszystkich zaściankach Irlandji.
Ucieszyło go to niepomału, że idzie z nią i że znalazł kobietę, co słucha opowiadań o jego strapieniach i może go pocieszyć. Była to chwila zmierzchu, gdy każdy mężczyzna może ujść za dobrego, a każda kobieta za miłą. Wzięła go w objęcia, gdy opowiedział jej o niepowodzeniu przy kręceniu powrósła, a w świetle dogasającego dnia wyglądała wcale jeszcze nienajgorzej.
Gawędzili tak przez całą drogę, aż doszli do Burrough. Marja Gillis, gdy ujrzała przybysza i posłyszała, kto on zacz, omal nie zaczęła drzeć się wniebogłosy z zachwytu, że człek tak sławny zagościł pod jej dachem.
Hanrahan czuł wielką radość, że osiedlił się u nich na czas pewien, gdyż znużyła go tułaczka;

33