Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/87

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jestem z plemienia wiekuistego, jestem jednym z wiekuistych niepożytych Głosów, a mieszkam w duszach ludzi złamanych, konających i tych, co postradali rozum. Ciebie szukałam — tyś mój, póki cały świat nie zgorzeje, jak wypalona świeca. A teraz spojrzyj wgórę, gdyż oto zapłonęły nasze wici weselne.
Ujrzał, że w chacie zagęściło się od bladych, widmowych rąk, a każda ręka trzymała, bądź coś nakształt wici, zapalanej przed weselem, bądź też coś nakształt podługowatej gromnicy, jaką dają konającym.
Nazajutrz rano równo ze wschodem słońca, Winny z Rozdroża, która siedziała przy zwłokach, powstała i powlekła się znów na żebry od powiatu do powiatu, nucąc po drodze niezmienną śpiewkę:
— Jam piękna, jam piękna! poglądają na mnie ptaki w przestworzu, ćmy pod liśćmi, muchy nad wodą. Przypatrzcie mi się, ginące knieje, bo ciało moje lśnić będzie, jako wody jeziora, gdy wy zapadniecie się w nicość. I wy stare plemię ludzkie i stada zwierzęce i ryby i roje skrzydlate — skazaniście na zagładę, jak wypalona świeca. Ja wszakże śmieję się, co mocy, bom jest wciąż młoda.

68