Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/47

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Boże uchowaj! — ozwała się matka — o, czemużem to wogóle go wpuszczała do chałupy, wiedząc że cieszy się tak złą sławą!
— Nic złego się nie stanie, jeżeli uda się go wywabić z domu, ale spadłoby na was wielkie nieszczęście, gdybyście wyrzucali go przemocą. Lecz posłuchajcie-no, umyśliłam już tak, że on wyjdzie z domu z dobra-woli i nie trzeba będzie go wcale stąd wyrzucać.
Niedługo potem obie kobiety weszły z powrotem do izby, a każda z nich niosła w zapasce po wiązce siana. Hanrahan już nie śpiewał, lecz prowadził z Ooną nader ożywioną i czułą pogawędkę. Mówił on:
— Dom jest ciasny, lecz świat jest przestrony a kto naprawdę kocha, ten nie potrzebuje się obawiać ani nocy ani poranka, ani słońca ni gwiazd ani wieczornej pomroczy, ani żadnej rzeczy ziemskiej.
— Hanrahanie! — rzekła znienacka matka, klepiąc go po ramieniu, — czy nie mógłbyś mi pomóc na chwilę?
— Spełnij tę prośbę, Hanrahanie, — rzekła sąsiadka, — i pomóż nam ukręcić powrósło z tego siana, boś ty jest zręczny do takich rzeczy, a wichura zerwała poszycie ze stoga.
— Zrobię to wam, — odrzekł Hanrahan, biorąc