Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ale Oona ani słuchać nie chciała żadnego z nich, jeno machała ręką, jakgdyby odprawiała ich na cztery wiatry. Wtedy oni przywołali Hanrahana i powiedzieli, że najlepiej niech sam zatańczy z dziewuchą lub niech pozwoli jednemu z nich z nią zatańczyć. Skoro Hanrahan posłyszał, co rzekali, odpowiedział:
— Niech tak będzie, będę z nią tańczył; nikomu w tej chałupie nie wolno z nią tańczyć, oprócz mnie!
Powstał więc razem z nią i wyprowadził ją na środek za rękę; kilku parobków pomarkotniało, a kilku zaczęło kpić z jego podartej kapoty i dziurawych butów. On jednak nie dbał o to, a Oona też na to nie zważała, lecz pozierali jedno na drugie, jakgdyby cały świat należał tylko do nich dwojga. Atoli jednocześnie druga para, siedząca dotąd na uboczu niby kochankowie, stanęła na środku izby, trzymając się za ręce i przebierając nogami, by wpaść w takt muzyki. Lecz Hanrahan odwrócił się do nich plecyma, jakgdyby zaperzony, i zamiast tańczyć, zaczął śpiewać, a gdy śpiewał, trzymał rękę dziewczyny i głos rozbrzmiewał coraz to donośniej; ustały docinki parobków, ucichły gęśliki i nie było słychać nic oprócz jego głosu, który huczał jak wichura. Śpiewał zaś pieśń, którą usłyszał, a może ułożył, pewnego

25