Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/24

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Owo siedzi mój siestrzan, co pragnie widzieć się z wami — odrzekł gospodarz, i przywoławszy młodzika, odzianego w świtkę bajową i zasłuchanego w śpiewie, odezwał się:
— Otóż i Hanrahan Rudy, dla którego masz zlecenie.
— O, doprawdy, miłe to zlecenie! — rzeki młodzik — przysyła je wasza kochanka, Marja Lavelle.
— Skądeście to dostali od niej zlecenie i co wam rzec kazała?
— Nie znam jej poprawdzie, alem wczoraj był w Loughrea, zaś jej sąsiad, który to i owo targuje ze mną, mówił mi, że ona go prosiła, żeby jak spotka na targu kogo z tych stron, powiedział mu, jako ją odumarła matka, a jeżeli wy, panie, macie zamiar się z nią ożenić, to ona chętnie dotrzyma wam słowa.
— Dalibóg, idę do niej! — rzekł Hanrahan.
— A prosiła też ona, żeby nie zwlekać, bo jeżeli nie będzie miała męża w domu, zanim przejdzie miesiąc, to, ani chybi, mały spłacheć gruntu dadzą komu innemu.
Gdy Hanrahan usłyszał te słowa, powstał z ławy, na której był usiadł.
— Dalibóg, nie będę się ociągał, — rzecze — księżyc jest w pełni, a jeżeli dziś w nocy dokołatam

5