Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


W pewien wieczór grudniowy nucił piosneczkę, o której powiadał, że ją słyszał od zielonawych siewek górskich; mówiła ona o pięknowłosych pacholętach, co opuściły Limerick, udając się na włóczęgę, i tułały się po wszystkich częściach świata. Tego wieczora było w izbie wiele luda, a wcisnęło się też ze dwóch czy trzech chłopaków, którzy usiedli na podłodze koło nalepy i byli zanadto zajęci pieczeniem ziemniaków w popiele, czy czemś podobnem, by mieli zwracać nań wielką uwagę. Lecz wiele, wiele lat później, gdy wymawiano jego nazwisko, przypominali sobie brzmienie jego głosu i sposób, w jaki poruszał ręką i jego wygląd, gdy siedział na krawędzi łóżka, a cień jego migał poza nim na bielonej ścianie, lub jak się zrywał, podobny do wyniosłej strzechy. Wiedzieli wówczas, że danem im było poglądać na króla wieszczów Gaelu i twórcę marzeń ludzkich.
Nagle śpiew się urwał i oczy mu zaszły mgłą, jakgdyby patrzał na coś w oddali.
Marja Gillis, która właśnie lała gorzałkę do kubka, co stał obok niego na stole, odjęła dzban i zapytała:
— Czy zamierzasz nas opuścić?
Małgorzata Rooney usłyszała te słowa, a nie wiedząc, czemu zostały wypowiedziane, wzięła