Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


je nazbyt poważnie, więc podeszła ku niemu z lękiem w sercu, że utraci tak przedziwnego pieśniarza i dobrego druha, owego człowieka, o którym tyle myślano i który tyle wniósł w jej dom.
— Nie chcesz chyba odchodzić od nas, mój drogi? — ozwała się, chwytając go za rękę.
— Ej, nie o tem ja myślę ninie! — odparł. — Myślę o Irlandji i o brzemieniu niedoli, jaka ją przytłacza.
Podparł ręką jej głowę i zaczął śpiewać następujące słowa — a dźwięk jego głosu podobny był szumowi wichru w pustkowiu:

Hań w górze nad Cummenu brzegiem wichury czarnej wiew,
Od wschodu ciągnąc, łamie bure rosochy starych drzew.
W nas męstwo mrze — podruzgotane, jak stare pnie od tucz,
Lecz w głębi serc ukryliśmy ów żar, co błyszczał z ócz
Kasieńki, córki Hoolihana...
Hań w górze ponad Knocknarea[1] chmurzyska wicher gnał,
budząc Maeve‘ę, ciskał gromy, huczące w zrębach skał.

  1. Na Knocknarea w kamiennym grobowcu spoczywa rzekomo Maeve, królowa Sidhe. (Przyp. tłum.)
36