Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/78

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Belshragh, już to wsłuchując się w szmer strumieni, zbiegających ze wzgórków, już to przyglądając się cieniom na rdzawych łachach błotnych, a siedział tak cicho, że nie płoszył zwierzyny, która za nadejściem nocy schodziła tędy z wrzosowisk na trawiaste polany i orne niwy. W miarę jak upływał dzień za dniem, wydawało się, że ów samotnik staje się coraz bardziej przynależny do jakiegoś świata niewidzialnego i mglistego, którego granicami są barwy i cisze, znajdujące się poza obrębem barw i milczeń tego świata. Czasami słyszał jakowąś gędźbę, snującą się po lesie, która ulatniała mu się z pamięci, ledwo umilkła; kiedyindziej znów w ciszę południową do uszu jego dochodził hałas, nito szczęk licznego oręża, trwający długi czas bez przerwy. A za nadejściem nocy, gdy wzeszedł księżyc, jezioro stawało się podobne do gościńca ze srebra i drogich kamieni, a z jego głuszy dobywały się stłumione zawodzenia, lękliwe śmiechy, przerywane szumem wiatru, oraz jakoweś nieprzeliczone trupie ręce, wymachujące nad topielą.
Pewnego wieczora (było to podczas żniw) siedział tak, poglądając w wodę, i rozmyślał o przeróżnych tajemnicach, zawartych pośród gór i jezior; naraz od południa doszedł go krzyk, z początku bardzo niewyraźny, później coraz donoś-

59