Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/85

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jasności pełno było zjaw wielkich a niewyraźnych przelatujących tu i tam.
W tejże chwili gędźba stała się tak wyraźna, iż pojął, że były to jeno ustawiczne szczękania mieczów.
— Już po mnie... umieram — rzekł do siebie — i to pośród muzyki niebiańskiej. O Cheruby i Serafiny, przyjmijcież duszę moją!
Na jego wołanie najbliższy okrąg światłości napełnił się iskrami jeszcze promienniej zego blasku i postrzegł, że były to ostrza mieczów, wymierzone w jego serce; potem nagły płomień, gorejący i błyszczący jako miłość Boża lub gniew Boży, zniósł ową światłość i zniknął... Hanrahan znalazł się w ciemnościach. Z początku nie widział nic, gdyż wokoło było tak ciemno, jakby zakopano go w czarnej ziemi torfiastej, lecz naraz wystrzelił ogień, jakby ktoś cisnął pośrodek garść słomy zapalonej. Poglądnąwszy w tę stronę, Hanrahan ujrzał, że światło połyskiwało na wielkim garnku, zwisającym z haka, na płaskim kamieniu, gdzie Winny nieraz wypiekała podpłomyki, na długim zardzewiałym nożu, którym ścinała pęki wrzosu i na długim kiju głogowym, który sam przyniósł do chałupy. Gdy się przyglądał tym czterem przedmiotom, jakieś wspomnienia od-

66