Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/84

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przednio. Mijał tak dzień za dniem i zaczęło mu ciężyć brzemię ciała. Lecz w miarę jak opadał z sił, rozpoznawał, że w izbie oprócz niego były jeszcze jakieś inne istoty; cała chatka jęła się niemi zapełniać. Zdawało mu się, że w Ich ręku były wszelkie potęgi, że jednem dotknięciem mogą obalić ów mur, jaki dokoła niego zbudowała Boleść niepożyta, i wziąć go w świat swój udzielny. Niekiedy zaś słyszał ich głosy, przyciszone a radosne, odzywające się z pod pułapu lub z ognia na nalepie, kiedyindziej zasię cały dom napełniał się gędźbą, która przeciągała przezeń, niby wiatr. Nieco później osłabienie spowodowało zupełny zanik bólu, a dokoła niego nastała wielka cisza, niby cisza w głębinie jeziora, a w niej, niby płomyk świecy o knocie z sitowia, chwiały się nieustannie głosy przyciszone a radosne.
Pewnego poranka usłyszał kędyś za drzwiami gędźbę, która z biegiem dnia stawała się coraz to głośniejszą, aż nakoniec zagłuszyła głosy radosne a przyciszone, a nawet wołanie starej Winny na stoku wzgórka za nadejściem wieczora. Około północy naraz wydało mu się, że ściany rozpływają się w niwecz, a jego tapczan unosi się w jakowejś bladawej i mglistej jasności, która świeciła ze wszech stron, jak okiem zasięgnąć. Gdy przejrzał po chwilowem olśnieniu, obaczył, że w onej

65