Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


do szmeru niewidzialnej rzeki podczas wylewu. Niebawem ujrzał na gościńcu gromadę ludzi, zdążających ku jego norze; zauważył, że tłum ten składał się z samych starców, a na ich czele szedł Paddy Bruen, Michał Gill i Paddy Doe. W całej ciżbie nie było nikogo, ktoby nie miał w ręce kosztura lub kolczastej łodygi. Skoro go zoczyli, wszystkie kije zaczęły się chwiać groźnie, nito gałęzie podczas burzy, a stare giczale puściły się kłusem ku niemu.
Hanrahan nie ociągał się ani na chwilę, lecz drapnął, co sił w piętach, na wzgórek za lepianką i wkrótce znikł im z oczu.
Za chwilę jednak powrócił, okrążając pagórek, gdzie go zasłaniały jałowce, rosnące nad przykopą. A kiedy znów mógł widzieć swą chatynkę, zobaczył, że wszyscy staruszkowie zgromadzili się wkoło niej, a jeden z nich właśnie w tej chwili rzucał na strzechę grabie z wiechciem zapalonej słomy.
— Biadaż mi! — westchnął, — obruszyłem przeciwko sobie starość i czas i ociężałość i chorobę i muszę iść znów na tułaczkę. A ty, Błogosławiona Królowo Niebieska, broń mnie od orła z Ballygawley, cisu nad Wanty Cudzoziemskiej, od szczupaka z jeziora w Castle Dargan i od gorejących pakuł ich pobratymów, starych ludzi!

∗             ∗




48