Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— To wystarczy na dzisiaj — rzekł nauczyciel. — Teraz zaś waszą jest rzeczą rozejść się na wszystkie strony i co pewien czas śpiewać tę piosnkę na. nutę „Zielony Pęczek Sitowia“ każdemu, kogo spotkacie na drodze, a także i samym staruchom.
— O, zrobię to — rzekł jeden z młodych smyków: — znam dobrze starego Paddy Doe. W ostatni wieczór świętojański wpuściliśmy mu mysz do komina, ale to jest jeszcze lepszy kawał, niż ta mysz.
— A ja pójdę do miasta Sligo i zaśpiewam to na ulicy — rzekł inny urwis.
— O, zrób to — rzekł Hanrahan, — idź też do Burrough i opowiedz to Małgorzacie Rooney i Marji Gillis, a poproś, by same śpiewały i nauczyły śpiewania tej piosenki wszystkich dziadów włóczęgów i chudziaków.
Dzieci rozbiegły się, przejęte dumą i chęcią psoty, i wykrzykiwały po drodze słowa piosenki, to też Hanrahan wiedział, że niema obawy, by ich nie słyszano.
Nazajutrz rano siedział na przyźbie, wyczekując swych uczniaków, którzy nadciągali po dwóch lub trzech. Zeszli się już piawie wszyscy, więc Hanrahan już pozierał na niebo, chcąc zmiarkować po słońcu, czy już pora rozpocząć naukę, gdy wtem do uszu jego doszedł dźwięk, podobny do brzęczenia roju pszczelnego w powietrzu, lub

47