Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sześciopensowych i szylingów oraz garść miedziaków.
— Dobrzyśta ludzie i do wygrywania i do przegrywania, — rzekł staruszek, — gra się wam podoba.
Począł zgartywać karty i mieszać je nader zręcznie i szybko, aż wkońcu nie było wcale widać kart, jeno zdawało się, że on zatacza w powietrzu ogniste koła, jak to czynią chłopaki, wymachując zapalonym drążkiem; potem zaś wydało się wszystkim, że w izbie zrobiło się ciemno i nie widzieli nic, jak tylko jego ręce i karty.
Zasię w pewnej chwili z pomiędzy kart szurnął zając; nikt nie umiał powiedzieć, czy to jedna z kart przybrała tę postać, czy też powstało to — ot, tak z niczego w jego dłoniach; dość, że owa stwora biegała po podłodze lamusa — chyżo, jak żywy zając.
Kilku spojrzało na zająca, lecz większość nie spuszczała oczu ze starca; gdy mu się tak przypatrywali, z rąk mu wyskoczył pies gończy, podobnie jak poprzednio zając, za nim zaś znowu ogar jeden, drugi, trzeci, aż cała ich sfora poczęła w kółko uganiać za zającem po całym lamusie.
Gracze powstali co do jednego, obróciwszy się plecami do desek, i cofali się przed psiskami

10