Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


uczynił, a dziewucha też przysiadła się do niego.
Pląsano dalej, a gdy jeden taniec się skończył, wołano o drugi, tak iż przez czas pewien nikt nie zwracał uwagi na Oonę i Hanrahana Rudego, siedzących w kącie. Lecz matce zaczynało się to niepodobać, więc wezwała Oonę, by przyszła i pomogła jej nakryć stół w alkierzu. Jednak Oona, która nigdy wpierw nie sprzeciwiała się matuli, odpowiedziała, że przyjdzie wnetki, ale nie zaraz, bo teraz słucha czegoś, co on jej mówi do ucha. Matka była temu jeszcze mniej rada, więc postanowiła podejść bliżej, niby to chcąc rozgrzebać żar w piecu, lub uprzątnąć popielisko, a w rzeczy nadstawić ucha na chwilę i posłyszeć, co bajarz opowiada jej córce. Tak też usłyszała, że opowiada o białorączce Deirdre, jak to o śmierć przyprawiła synów Usnacha i jak to rumieniec na jej liczku nie był tak czerwony, jak krew synów królewskich, co jej gwoli została przelana, a troska nigdy nie opuszczała jej myśli. I mówił, że może to pamięć o niej sprawia, że krzyk siewki błotnej brzmi w uszach pieśniarzy tak smętnie, jak młodzieńcze pożądania serca pobratymczego. A dalej mówił, że nie dochowałaby się przenigdy pamięć o niej, gdyby pieśniarze nie uwiecznili jej krasy w swych utworach. Początkowo nie rozumiała