Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/59

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Lavelle — ach, od tego czasu nigdy już, nigdy nie zaznał ukojenia!...
— Ani chybi, czeka mnie teraz jakoweś nieszczęście! — rzekł do siebie.
Ledwo to jednak powiedział, do jego uszu doszedł głos jakiś, niby szlochanie, od strony pola przydrożnego. Zajrzał poprzez murek i spostrzegł dziewczątko, siedzące pod krzewem śnieżnej tarniny, zanoszące się płaczem, jakgdyby jej serce krajano w kawałki. Twarz przysłoniła dłońmi, atoli jej włos jedwabisty, biała szyja i młodociana postać przywiodły mu na myśl Brygitę Purcell, Margośkę Gillane, Maeve Connelan, Oonę Curry, Celję Driscoll i inne dziewczęta, dla których układał piosnki i których serca łechtał pochlebną mową.
Podniosła oczy i przekonał się, że była to dziewczyna z sąsiedztwa, córka kmiecia.
— Cóż ci się przydarzyło. Noro? — zagadnął.
— Nie wtrącaj się do nieswoich spraw, Hanrahanie Rudy! — odcięła. — Nic mi nic poradzisz.
— Owszem — rzecze ów na to, — jeżeli ci coś dolega, to właśnie jestem jakby stworzony na to, — by ci dopomóc, boć przecie znam dzieje Greków i wiem doskonale, co to ból i rozłąka i nieobce mi uciążliwości tego świata. A gdybym nawet własną osobą nie zdołał rozproszyć twego

40