Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/58

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


czasem zaszedł do małej budki, którą sklecił jakiś kmiotek, by w niej spocząć w czasie żniw, a potem nigdy do niej nie wrócić. Załatawszy jakotako strzechę, ułożywszy w kącie barłóg z kilku worków i prętowia i wymiótłszy klepisko, był wielce zadowolony, że znalazł sobie mały schron, gdzie mógł wchodzić i wychodzić, kiedy mu się żywnie podobało, i podpierać głowę rękoma przez cały wieczór, ilekroć napadła go zgryzota i tęsknica za dawnemi laty. Raz wraz któryś z sąsiadów posyłał doń dziatwę, by liznęły od niego nieco nauki, a to co mu one przynosiły, czy to był mendlik jaj, czy owsiany podpłomyk, czy garstka bryłek torfu — zapewniało mu utrzymanie. A gdy czasem przyszła mu ochota, by udać się na całą dobę do Burrough, nikt nie sprzeciwiał się temu, wiedząc, że jest pieśniarzem i ma upodobanie do włóczęgi.
W sam raz w ów poranek majowy wracał z Burrough, rozradowany i pohukując jakąś piosenkę, która świeżo zrodziła mu się w głowie. Już był niedaleko, gdy wtem wpoprzek drogi przebiegł zając i rwał kędyś w pole, przesadzając płoty z otoczaków. Hanrahan wiedział, że to niedobra wróżba spotkać na drodze swej zająca, a przypomniał sobie też zająca, który go zawiódł na Slieve Echtge wówczas, gdy czekała nań Marja

39