Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/49

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Oonę, nie pytając o pozwolenie i pociągnął ją w ciżbę tańczących. A gdy się tanek zakończył i gęśliki umilkły, na dworze nie było słychać najlżejszego szmeru, lecz droga była cicha, jak wprzódy.
Co do Hanrahana, to gdy przekonał się, że zamknięto mu drzwi przed nosem i że nocy dzisiejszej niema tu co marzyć o dachu nad głową, napitku lub o podatnem uszku dziewczęcia, gniew i buta opuściły go i oddalił się, dążąc tam, gdzie fale morskie uderzały w wybrzeże.
Usiadłszy na wielkim głazie, jął wymachiwać prawicą i śpiewać sobie cichuśko, jak to zawsze czynił, by dodać sobie otuchy, gdy mu się w czemś nie powiodło. Czy to jednak w tym czy też innym czasie ułożył ową śpiewkę, która po dziś dzień zowie się „Kręceniem Powrósła“, a zaczyna się od słów: „Co to za zdechły kot zapędził mnie w to miejsce“ — niepodobna stwierdzić.
Lecz gdy już tak śpiewał czas jakiś, wydało się, jakby dokoła niego gromadziły się mgły i cienie, raz wydobywając się z morza, to znowu kołując ponad niem. Zwidziało mu się, że jednym z cieni była owa księżniczka, którą widział był uśpioną na Slieve Echtge; teraz nic była uśpiona, lecz miała wyraz drwiący i wołała w stronę tych co byli poza nią: