Bohaterowie (Carlyle, 1892)/Odczyt II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Tomasz Carlyle
Tytuł Bohaterowie
Wydawca Teodor Paprocki i S-ka
Data wydania 1892
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków — Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. On Heroes, Hero-Worship, and The Heroic in History
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


ODCZYT II.
Bohater jako prorok. Mahomet: islamizm.

Od pierwszych surowych czasów poganizmu na północy u Skandynawów przechodzimy do zupełnie różnej epoki religijnej u zupełnie innego narodu: mam na myśli mahometanizm u Arabów. Co za zmiana, co za wielka zmiana i co za postęp w powszechnym stanie rzeczy i w myślach ludzi tu się nam ukazują! Teraz na bohatera podobni mu nie patrzą jak na Boga, lecz jedynie jako na natchnionego przez Boga, jako na proroka. To jest druga faza czci dla bohaterów. Pierwsza, czyli najdawniejsza — możemy to powiedzieć śmiało — przeminęła, znikła bezpowrotnie; w historyi świata nie zjawi się więcej człowiek, którego podobni mu — jakkolwiek byłby on wielki — wzięliby za boga. Zresztą wielką racyę mielibyśmy, stawiając pytanie czyż rzeczywiście kiedykolwiek jakie zbiorowisko ludzi myślało, że pewien człowiek, którego wszyscy widzieli na nogach obok siebie, był bogiem, stworzycielem tego świata? Chyba nie: był to zwykle człowiek, który istniał już tylko w pamięci, którego kiedyś widziano. Ale i to nawet powtórzyć się nie może. Teraz już wielki człowiek nie może za boga być uznanym.
Grubym było błędem to uważanie wielkiego człowieka za boga, możemy jednak powiedzieć, że po wszystkie czasy trudno wiedzieć, czem on jest, oraz jak należy go poważać i przyjąć! Najbardziej znamienną cechę w historyi pewnej epoki stanowi właściwy jej sposób witania wielkiego człowieka. Dla prawdziwie ludzkiego instynktu zawsze w nim musi tkwić coś boskiego, tylko za co mają go ludzie uważać: za boga, proroka, czy też za co? W tem tkwi wiecznie wielkie pytanie, i przez sposób, w jaki pewni ludzie na to pytanie odpowiedzą, niby przez małe okienko, będziemy mogli zaglądnąć aż do głębi ich serca, tudzież stanu ich duchowości. Albowiem w gruncie rzeczy wielki człowiek, taki, jakim wychodzi z rąk natury, jest zawsze jednego i tego samego rodzaju istotą, niezależnie od tego, czy zwie się Odynem, Lutrem, Johnsonem lub Burnsem. Spodziewam się uwidocznić, że co do pochodzenia swego ludzie ci są z jednej i tej samej gliny, — że jeśli się oni tak niezmiernie różnią, to jedynie ze względu na sposób, w jaki świat ich przyjmuje, i ze względu na formy; za to też jedynie są odpowiedzialni. Cześć dla Odyna dziwi nas. Paść na twarz przed wielkim człowiekiem w jakiemś delirium zachwytu i miłości dla niego, oraz czuć w sercu, że to mieszkaniec nieba, bóg! — zapewne jest to dość niedoskonałe; lecz przyjąć naprzykład Burnsa tak, jakeśmy go przyjęli, — czyż to mianowicie moglibyśmy nazwać czemś doskonałem? Dar najcenniejszy, jakim niebo może ziemię obdarzyć, „geniusza,“ jak mówimy, duszę człowieczą, istotnie z niebios na ten padół do nas z posłannictwem od Boga zesłaną — my trwonimy jako marny fajerwerk, posłany dla zabawy, i obracamy w popiół, błędność i jałowość: nie, takiego zgotowanego wielkiemu człowiekowi przyjęcia nie nazwę też wcale bardzo doskonałem. Gdyby tak przeniknąć do jądra rzeczy, być może, możnaby było nazwać fakt z Burnsem zjawiskiem brzydszem, wykazującem bardziej jeszcze opłakane niedoskonałości, niż nawet sama metoda skandynawska! Wpaść w bezwzględne i niewyrozumowane delirium miłości i podziwu — nie było rzeczą dobrą, — ale ta niewyrozumowana, więcej nawet, bezrozumna pogarda, ta nieobecność zupełna miłości — może to coś gorszego jeszcze! — Ten kult dla bohaterów wiecznie się zmienia; różni się on w każdej epoce, i w każdej też trudnym jest bardzo do należytego praktykowania.
Wybraliśmy tu Mahometa nie jako najwybitniejszego z proroków, lecz jako jednego z tych, o których najbardziej swobodnie mówić możemy. Nie jest on w żaden sposób najprawdziwszym z proroków, uważam go jednak bezwątpienia za prawdziwego. Prócz tego, jako nie grozi najmniejsze niebezpieczeństwo, ażeby ktokolwiek z nas stał się mahometaninem, chcę powiedzieć o nim tyle dobrego, ile tylko sprawiedliwość powiedzieć mi pozwoli. Oto środek do przeniknięcia jego tajemnicy: postarajmy się wyrozumieć, co on myślał o świecie, a może wówczas łatwiej będzie odpowiedzieć na pytanie, co świat myślał i myśli o nim. Bieżąca nasza hipoteza o Mahomecie, że był to oszust, intrygant, fałsz wcielony, i że religia jego jest prostem zbiorowiskiem szarlatanizmu i zarozumialstwa — zaczyna, oczywista, być niemożliwą niemal w oczach każdego. Kłamstwa, jakie gorliwość w dobrych intencyach nagromadziła dokoła tego człowieka, nam tylko samym hańbę przynoszą. Kiedy Pococke zapytał Grotiusa, gdzie znajduje się dowód owej historyi o wytresowanym do szukania ziarnek grochu w uchu Mahometa gołębiu, który uchodził następnie za dyktującego mu anioła, — Grotius odrzekł, że niema na to żadnego dowodu! Wielka już pora odrzucić to wszystko. Słowo, przez tego człowieka wyrzeczone, dostarczyło wiatyku dla stu ośmdziesięciu milionów ludzi w ciągu tych ostatnich dwunastu stuleci. Wszak te sto ośmdziesiąt milionów ludzi stworzył tak dobrze Bóg, jak i nas samych. Większą jest liczba istot, przez Boga stworzonych, które w chwili obecnej wierzą w słowo Mahometa, niż liczbą wierzących w jakiekolwiek inne słowo. Czyż należy nam przypuszczać, że to, czem żyło i umarło tyle stworzonych przez Wszechmocnego istot, było jakiemś nędznem, zręcznem oszukaństwem? Co się mnie tyczy, to nie zdołam wytworzyć takich przypuszczeń: prędzejbym w wiele innych rzeczy uwierzył. Człowiek znalazłby się w wielkim kłopocie, chcąc wiedzieć, co ostatecznie należy myśleć o tym świecie, gdyby szarlatanizm tak rósł i znajdował na tej ziemi takie sankcye.
Teorye podobne — niestety! — wielce są opłakane, i jeśli tylko pragniemy dostąpić jakiejś wiedzy o istotnym tworze Boga — przyjmujmy je z największą niewiarą. Zrodził je wiek sceptycyzmu; znamionują one najsmutniejszy paraliż duchowy oraz zupełną, żywą śmierć dusz ludzkich: myślę, że teoryi, w którejby mniej tkwiło Boga, nigdy jeszcze poprzednio nie rozgłaszano na ziemi. Fałszywy człowiek dokonałby założenia religii? Ależ człowiek fałszywy nie zdoła pobudować domu z cegieł! Jeśli tylko nie zna i nie obserwuje prawdziwie własności wapna i gliny palonej — robi on nie dom, lecz kupę rumowisk. Nie ostoi się gmach taki w ciągu dwunastu wieków, aby pomieścić sto ośmdziesiąt milionów ludzi, lecz runie natychmiast. Trzeba, żeby człowiek stosował się do praw natury, aby pozostawał w duchowej łączności z naturą i prawdą rzeczy, lub inaczej natura mu odpowie: nie, nigdy! Pozory łudzą — zapewne! — jakiś Cagliostro, niejeden Cagliostro, wybitny kierownik świata, prosperuje istotnie dzięki szarlataneryi — przez dzień jeden. Jest to jak banknot fałszywy: fałszerzom udaje się wypuścić go ze swych podłych rąk i kto inny, nie zaś oni, ucierpi na tem; lecz natura wybucha ogniem i płomieniem, rewolucyą francuzką oraz innemi, głosząc ze straszliwą prawdomównością, że fałszywe banknoty są dziełem fałszerza.
Ale co do wielkiego człowieka wyłącznie, to pozwolę sobie na pewno twierdzić, iż trudno uwierzyć, ażeby mógł on być nieszczerym. To mianowicie zdaje mi się podstawą zasadniczą i co do niego i co do wszystkiego, co w nim można odkryć. Żaden człowiek nie może być Mirabeau, Napoleonem, Burnsem lub Cromwellem, nie może niczego wytworzyć, jeśli tylko od początku nie weźmie sprawy poważnie, jeżeli nie zacznie od tego, by zostać tem, co nazywam: człowiek szczery. Powiedziałbym, że szczerość, głęboka, wielka, wrodzona szczerość, tworzy główną cechę charakterystyczną wszystkich, w jakibądźkolwiek sposób bohaterskich ludzi. Nie o tej szczerości mówię, co to sama siebie szczerą nazywa; o, nie! ta jest w istocie rzeczą bardzo nędzną, jest to świadoma, pusta i samochwalcza szczerość, najczęściej miłość własna. Szczerość wielkiego człowieka jest tego rodzaju, że nie zdoła on o niej mówić, bo nie wie o niej; więcej nawet, przypuszczam, że ma prędzej świadomość pewnej nieszczerości, — jakiż bowiem człowiek, w rzeczy samej, mógłby, chociażby w ciągu dnia jednego, postępować ściśle według zasad prawdy? Nie, wielki człowiek nie przechwala się swoją szczerością, dalekim jest od tego; być może, nie stawi on sobie wcale pytania, czy jest takim? Gotów byłbym prędzej powiedzieć, że szczerość jego nie zależy od niego samego, że nie w jego mocy przestać być szczerym. Wielkim przedstawia się mu wielki fakt istnienia — i niech, jak chce, ucieka, nie zdoła się wymknąć straszliwej obecności tej rzeczywistości: tak już umysł jego jest stworzony i przez to przedewszystkiem jest on wielki. Wszechświat wydaje się mu dziwnym, przerażającym, rzeczywistym — jak życie, rzeczywistym — jak śmierć. Chociażby wszyscy ludzie mieli zapomnieć tej prawdy i stąpać w marnej pozorności, — on nie może tego uczynić. W każdej chwili życia stoi przed nim, stoi i patrzy nań uporczywie ten obraz ognisty, niezaprzeczalny! — Chciałbym, żeby to zostało przyjęte jako główne moje określenie wielkiego człowieka. Mały człowiek może być zdolnym do tego rodzaju uczucia — jest ono dostępne dla wszystkich, stworzonych przez Boga ludzi, — lecz wielki człowiek bez niego istnieć nie może.
Człowiek taki jest, jak my to nazywamy, oryginalny: dostajemy go z pierwszej ręki. Człowieka tego wysłano do nas z głębi nieznanej nieskończoności jako posła z wieściami. Czy go nazwiemy poetą, czy prorokiem, czy bogiem — czujemy, że wszystkie jego słowa nie takie są, jak słowa wszystkich innych ludzi. On powstał bezpośrednio z wewnętrznej rdzeni rzeczy, i żyje i żyć musi w nieustannej z nią łączności. Nie potrafią mu jej skryć żadne podane przez kogoś zdania; niech będzie on ślepym, bezdusznym, nędznym, niech stąpa według tradycyj: treść patrzy nań uporczywie. Nie sąż istotnie wywnętrzenia się jego „objawieniami?“ Musimy je tak nazwać w braku innego wyrazu. On wyszedł z serca świata, stanowi cząstkę pierwotnej realności rzeczy. Bóg wiele uczynił objawień, ale czyż nie uczynił i tego człowieka, ostatnie, najnowsze objawienie? Natchnienie Wszechmocnego daje mu inteligencyę: jego przedewszystkiem należy nam posłuchać.
Otóż nie chcemy w żaden sposób uważać Mahometa za bezsilność i teatralność, za nędznego i ambitnego, świadomego intryganta: takim pojąć go nie możemy. Wszak surowe posłannictwo, z którego i on się wywiązał, było czemś rzeczywistem, było poważnym, chociaż niewyraźnym głosem z nieznanej głębi. Słowa ani też czyny tego człowieka na tej ziemi nie okazały się fałszem; nie było tam żadnej bezsilności ni udawania, lecz sama tylko płomienna moc życia, co wytrysła z obszernego łona samej natury. Rozpłomienić świat — taki mu dał Stwórca rozkaz, — a błędy jego, niedoskonałości, nieszczerości nawet, gdyby tego rodzaju zarzuty udało się całkowicie przeciw niemu udowodnić, nic, jednem słowem, nie zdoła zachwiać tym pierwszym, tyczącym się jego faktem.
W gruncie rzeczy zbyt wielką przywiązujemy wagę do błędów, kiedy szczegóły sprawy kryją nam ich źródło rzeczywiste. Błędy? Ależ największym ze wszystkich — nie uznawać w sobie żadnego! Ktośby pomyślał może, że czytelnicy Biblii szczególnie bardziej mogliby być zbudowani. Kto tam jest nazwany „człowiekiem według własnego serca bożego?“ Dawid, król żydowski, który wpadł w niemałą ilość grzechów, dokonał najczarniejszych zbrodni: temu już chyba grzechów nie brakowało. I z tego tytułu niedowiarki drwią i pytają: i to ma być wasz człowiek według serca bożego? Drwiny owe, muszę to powiedzieć, zdają mi się tylko powierzchownemi. Czemże są błędy, szczegóły zewnętrzne jakiegoś życia, jeśli zapomniano o tajemnicy jego wewnętrznej — wyrzutach sumienia, pokusach, walce jego prawdziwej, przeplatanej często upadkiem, a nigdy się niekończącej? „Nie w mocy leży człowieka, gdy idzie, kierować kroki swoje.“ Czyż ze wszystkiego, co tkwi w człowieku, żal nie jest najbardziej boskim? Największym, mówię, grzechem śmiertelnym byłaby właśnie pełna pychy świadomość, że się jest bez grzechu: w tem spoczywa śmierć; serce, które ma świadomość podobną, nie posiada szczerości, pokory i rzeczywistości: jest ono martwe, jest „czyste,“ jak czystym jest martwy, suchy piasek. Ja patrzę na życie i losy Dawida, jakiemi są one dla nas w psalmach jego, jako na najprawdziwszy ze wszystkich, które dano nam dotychczas, emblemat postępu i walki moralnej w człowieku na tym padole. Każda dusza szczera i ognista dostrzeże tam zawsze prawej walki — szczerej i ognistej duszy ludzkiej, rwącej się ku temu, co dobre, i ku temu, co lepsze. Walka to o częstych, bolesnych upadkach, niby jedna wielka ruina, a zawsze bez końca, i wciąż się rozpoczynająca, ze swemi łzami i żalem, ze szczerą i nieokiełznaną wolą. Biedna ta natura ludzka! Nie jestże rzeczywiście zawsze droga człowieka na tej ziemi „szeregiem upadków?“ Człowieka na nic innego nie stać. Losem jego — walka na przedzie w tym dzikim żywiole życia: pada on dziś, w głębokie poniżenie rzucony, lecz powinnością jego jest zawsze — ze łzami i żalem, z krwawem sercem — znowu powstać i na nowo iść naprzód do walki.
Byleby tylko walka jego była prawą — w tem tkwi jądro zadania. Chętnie wiele smutnych darujemy szczegółów, byle tylko dusza rzeczy była prawdziwą, i same tylko szczegóły nigdy nam nie powiedzą, czem ona jest rzeczywiście. Widzi mi się, że błędnie sądzimy o błędach Mahometa, nawet jako o takich, — lecz, prócz tego, nigdy nie zdołamy na tym gruncie znaleźć klucza do jego zrozumienia. Rzućmy więc to wszystko poza sobą, i przyjąwszy za pewnik, że człowiek ten postawił sobie jakieś prawdziwe zadanie, zapytajmy, czem ono było, lub być mogło.

Ci Arabi, wśród których przyszedł na świat Mahomet, istotnie, jako naród, zasługują na baczną uwagę. Sam już ich kraj, godną siedzibę takiego plemienia, warto obejrzeć. Jest to kraina dzikich i niedostępnych gór skalistych, wielkich, groźnych pustyń, przetykanych pasami zieloności, — bo gdzie tylko woda — tam zieloność, piękność, tam wonne krzewy o soku balsamicznym, palmy daktylowe, drzewa kadzideł. Proszę się przyjrzeć temu obszernemu widnokręgowi pustyni piaszczystej, pustemu, milczącemu, niby morze piasku, dzielące jednę od drugiej krainy mieszkalne. Niech każdy sobie wyobrazi, że znalazł się tam sam, sam jeden ze wszechświatem: w dzień słońce, niby w gniewie szalonym, rzuca w dół z blaskiem nie do zniesienia swe ognie, a w nocy zawisa nad tym światem wielki i bezdenny błękit nieba z gwiazdami swojemi! Kraj taki wymaga rasy ludzi o ramieniu gwałtownem i sercu głębokiem. W charakterze Araba tkwi coś bardzo ruchliwego, czynnego i zarazem coś dziwnie marzycielskiego, entuzyastycznego. Jeśli Persów nazywają Francuzami Wschodu, to Arabów nazwiemy jego Włochami. Szlachetny to i bogaty duchowo naród, naród, obdarzony uczuciami silnemi i dzikiemi oraz żelaznem ramieniem dla ich powściągania: oznaka to znamienna szlachetności duchowej i geniuszu. Dziki Beduin przyjmuje do namiotu swego obcego człowieka, jako kogoś, który ma prawo do wszystkiego, co w nim jest; niech to będzie najgorszy wróg — zabije on źrebię, by go ugościć, i będzie mu służył z nienaruszalną gościnnością w ciągu trzech dni i odprowadzi go wiernie do jego drogi; potem zaś — na zasadzie tak samo świętego prawa — zamorduje go, jeśli tylko będzie mógł. Arab prędzej jest milczącym, niż wielomównym, — lecz jeśli raz mówić zaczyna, rozwija skarby wymowy oraz bogactwo ducha. Jest to rodzaj ludzi myślących i prawdomównych. Należą oni, jak wiadomo, do rasy semickiej, lecz ze straszliwą i śmiertelną powagą Żydów łączą jakiś wdzięk, coś lśniącego, co nie jest żydowskiem. Przed Mahometem posiadali oni swoje turnieje poetyckie. Sale powiada, że w Okadzie, na południu Arabii, odbywały się jarmarki doroczne, gdzie, kiedy handel się kończył, poeci śpiewali, walcząc o nagrodę: dziki ten naród zbierał się, żeby to słyszeć.
Do właściwości żydowskich, którą przejawiają Arabi, a która stanowi wytwór wielu innych — lub nawet wszystkich — wysokich przymiotów, — należy to, co nazwalibyśmy instynktem religijnym. Po wszystkie czasy byli oni gorliwymi czcicielami czegoś — stosownie do swego oświecenia. Czcili gwiazdy, jak Sabejczykowie, albo rozmaite przedmioty w naturze, widząc w nich pewne symbole, bezpośrednie objawienie się Stwórcy przyrody. Było to coś złego, niezupełnie jednak złego. Wszystkie dzieła boże zawsze są, w pewnem znaczeniu, symbolami Boga. Czyż — jakem to powiedział uprzednio — nie widzimy i dziś jeszcze pewnego dowodu wartości wyższej w tem, że ktoś widzi pewne znaczenie niezgłębione, „piękność poetyczną,“ jak my to nazywamy, we wszystkiem, co istnieje w naturze? Człowiek pewien uchodzi w naszych oczach za poetę, hołd mu składamy, dlatego, że wypowiedział to lub wyśpiewał: — jest to też rodzajem ubóstwienia, rozprowadzonego wodą. Wielu mieli proroków ci Arabi, wychowawców — o ile każdemu starczyło światła — swego pokolenia. Ale istotnie, czyż nie posiadamy na to najszlachetniejszego z całej starożytności dowodu, dziś jeszcze namacalnego dla każdego z nas, — czyż nie wiemy, jakie nabożeństwo, jaka szlachetność duszy przemieszkiwała w tym narodzie prostaczym, lecz marzycielskim? Krytycy Biblii zdają się zgadzać na jedno pod względem tego, że księgę Hioba napisano właśnie w tej krainie świata. Uważam to — odłożywszy już na bok wszystkie tyczące się tu teorye — za jeden z największych utworów, jakie kiedykolwiek piórem wypisano. Istotnie, można przypuścić, że ta praca nieżydowskiego jest pochodzenia; tyle w niej panuje wzniosłej ogólnoludzkości, zupełnie różnej od szlachetnego nawet patryotyzmu lub sekciarstwa. Wzniosła to księga, księga wszystkich ludzi! Jest to nasze najpierwsze, najdawniejsze postawienie kwestyi bez końca o przeznaczeniu człowieka i bożych drogach ku niemu na tej ziemi. A wszystko dokonane takim swobodnym i szerokim zarysem, wielkie w swej szczerości i prostocie, w swej melodyi epicznej i spokoju rezygnacyi. To jest oko, co widzi, i serce, co pojmuje ze słodyczą. Jest to rzecz tak ze wszech miar prawdziwa, taki prawdziwy pogląd i widzenie rzeczy, zarówno materyalnych, jak i duchowych. Naprzykład o koniu: „czyżeś odział gromem kark jego? — on się śmieje, kiedy jeździec kopią potrząsa.“ Wiele takich żywych portretów nie można już spotkać później. Szczytne tam cierpienie, szczytne pogodzenie się; jest to najstarsza z melodyj chóralnych, co wytrysły z serca ludzkości, a tak pełna słodyczy i tak wielka — jako noc letnia, jako wszechświat z morzami swemi i gwiazdami! Sądzę, że ani w Biblii, ani gdziekolwiek indziej nie napisano nic tak wielkiej wartości literackiej.
Najstarożytniejszym i najbardziej powszechnym przedmiotem czci u bałwochwalczych Arabów był kamień czarny, do dziś dnia przechowywany w Mekce, w budynku, zwanym kaabą. Diodor Sycylijski w sposób niemylny wspomina o tej kaabie, jako o najstarożytniejszej, najbardziej czczonej ze wszystkich świątyń swego czasu, czyli na pół wieku przed naszą erą. Sylwester de Sacy powiada, iż prawdopodobnie kamień ten jest aerolitem. W takim razie jakiś człowiek mógł go widzieć spadającym z nieba! Teraz znajduje się on obok źródła Zemzem, a kaabę wzniesiono nad jednym i drugiem. Wszędzie jest czemś pięknem i wzruszającem źródło, bijące, niby życie, z twardego łona ziemi, — lecz o ileż więcej zdaje się ono takiem w tych krainach gorących i suchych, gdzie tworzy najpierwszy warunek istnienia. Źródło to bierze swą nazwę od dźwięcznego szmeru wód: zem-zem; powiadają, iż jest to właśnie to źródło, które napotkała w pustyni Agara z małym swym Izmaelem: dziś aerolit i źródło są święte i nad niemi od lat tysiąców wznosi się kaaba. Ciekawy z niej przedmiot! Stoi dziś tam w płaszczu z czarnego sukna, który sułtan co rok jej posyła, „wysoka na dwadzieścia siedm łokci,“ opasana podwójnym szeregiem kolumn ze sznurami, uwieszanemi festonami lamp i dziwnych ozdób starożytnych: tej nocy jeszcze lampy tam zapłoną, aby błyszczeć w obliczu gwiazd. Autentyczny to fragment z dziejów najdawniejszej przeszłości. Jest to Keblah wszystkich muzułmanów: Od Delhi wciąż naprzód aż do Maroku oczy niezliczonych ludzi z modlitwą do niego się zwracają pięć razy dziennie, dziś, jak i zawsze. Jest to jeden z najbardziej godnych uwagi ośrodków siedzib ludzkich.
Mekka zawdzięcza wzniesienie się swoje, jako miasto, charakterowi świętości, przywiązanemu do kamienia kaaby, — źródłu Agary i pielgrzymkom do tych miejsc wszystkich pokoleń arabskich. Było to niegdyś wielkie miasto, chociaż dziś podupadło. Brak temu miejscu wszelkich naturalnych warunków, usprawiedliwiających powstanie miasta. Leży bowiem w piaszczystem wklęśnięciu, wśród nagich i jałowych pagórków, daleko od morza; wszelkie zapasy, chleb nawet, trzeba przywozić. Ale tylu pielgrzymów potrzebowało mieszkań, prócz tego wszelki cel pielgrzymek staje się zarazem natychmiast punktem handlowym. Od pierwszego dnia, kiedy zeszli się tam pielgrzymi, zeszli się też i kupcy: gdzie tylko ludzie zbierają się dla pewnej sprawy, przychodzi im na myśl, że mogą załatwić również inne, też wymagające zebrania się sprawy. Tak więc Mekka stała się jarmarkiem całej Arabii, a przez to stała się także istotnie głównym przystankiem i składem wszelkiego handlu, istniejącego wówczas pomiędzy Indyami i Zachodem, Syryą, Egiptem i Włochami nawet. Był czas, kiedy posiadała ona 100,000 ludności: wszelkiego rodzaju kupców, eksportatorów produktów Wschodu i Zachodu, importatorów prowizyj i zboża dla potrzeb miejscowych. Rządem był rodzaj nieprawidłowej respubliki arystokratycznej nie bez teokratycznego zabarwienia. Dziesięciu ludzi z głównego pokolenia, jakimś pierwotnym sposobem wybranych, było rządcami Mekki i stróżami kaaby. Korejszyci stanowili główne za czasów Mahometa pokolenie i jego rodzina do tego właśnie pokolenia należała. Reszta plemienia, podzielona na cząstki, poprzecinane i poprzedzielane pustynią, żyła pod takiemiż mniej więcej pierwotnemi patryarchalnemi formami rządu w postaci jednego lub kilku. Byli to pasterze, przewoźnicy, kupcy, rozbójnicy zarazem. Często toczyła się wojna pomiędzy jednem pokoleniem a drugiem, lub wszystkiemi innemi. Pokolenia te nie utrzymywały razem żadnego węzła widocznego, oprócz owych zebrań w kaabie, ku której wszystkie formy arabskiego bałwochwalstwa we wspólnej czci się zwracały; wiązała ich jednak przedewszystkiem wewnętrznie i nierozerwalnie wspólność krwi i języka. — W taki to sposób, przez długie wieki, nieznani reszcie świata, istnieli Arabowie, naród, obdarzony wielkiemi przymiotami, oczekując nieświadomie dnia, w którym mieli się stać znanymi całemu światu. Różne rodzaje ich bałwochwalstwa zdawały się chwiać, wiele objawiało się tam pomieszania i burzenia się wśród nich. Niewyraźne nowiny o najważniejszym z wypadków tego świata, o życiu i śmierci Boskiego Człowieka w Judei, które stały się symptomatem i przyczyną niezmiernych zmian wśród wszystkich narodów świata, przeniknęły też z biegiem wieków i do Arabii, i same przez się musiały przyczynić się do pewnej fermentacyi.
Wśród tego to ludu arabskiego i wśród takich to okoliczności w roku 570-tym naszej ery przyszedł na świat człowiek — Mahomet. Pochodził on z rodu Haszemów, z pokolenia Korejszytów, jakeśmy to już powiedzieli; chociaż biedny, połączony był węzłami pokrewieństwa z najpierwszemi osobistościami swego kraju. W chwili niemal przyjścia na świat utracił ojca, a następnie, w wieku lat sześciu, i matkę, kobietę, odznaczającą się pięknością, wielu zaletami i rozumem, — został więc na opiece dziada, stuletniego starca. Dobry to starzec: ojciec Mahometa, Abdallah, był jego najmłodszym, najukochańszym synem. Staremi swemi, zużytemi przez sto lat życia źrenicami widział on w Mahomecie utraconego Abdallaha, jak gdyby wszystko, co mu wróciło, co zostało z Abdallaha. Kochał też bardzo małego chłopca sierotę i miał zwyczaj mawiać, że trzeba się zaopiekować tym pięknym małym chłopakiem, że on jest najdroższym z całej rodziny. Po śmierci starego, we dwa lata później, chłopiec poszedł pod opiekę Abu Taleba, jako najstarszego ze stryjów, który stał się teraz głową rodu. Ten to stryj, człowiek sprawiedliwy i rozumny, wychował Mahometa w najlepszy według pojęć arabskich sposób.
Dorastający Mahomet uczestniczył w handlowych i innych podróżach stryja; widzimy go ośmnastoletnim chłopcem w roli wojownika, towarzyszącego stryjowi na wojnę. Lecz największe ze wszystkich innych znaczenie posiadała podróż na jarmarki syryjskie, którą znajdujemy zanotowaną pod wcześniejszą o lat kilka datą. Tu po raz pierwszy młody człowiek zetknął się z obcym sobie zupełnie światem, z obcym a nieskończonej dlań wagi pierwiastkiem — z religią chrześciańską. Nie wiem, co należy myśleć o tym „Sergiuszu, mnichu nestoryańskim,“ u którego, jak powiadają, mieszkali Abu Taleb z synowcem, — albo też, w jaki sposób mógłby ten mnich nauczać takiego młodego chłopca: zdaje mi się, że historyę z mnichem nestoryańskim wielce następnie przesadzono. Mahomet miał wówczas lat czternaście, nie władał żadnym, oprócz rodowitego, językiem. Wiele rzeczy w Syryi musiały mu się koniecznie przedstawić w jakimś dziwnym i niepojętym wirze, lecz oczy wyrostka były otwarte i zbierały bezwątpienia błyski licznych pojęć, które, zagadkowe pierwotnie, dojrzały następnie pewnego dnia tak dziwnym sposobem w poglądy, wierzenia i intuicye. Te podróże do Syryi stanowiły zapewne dla Mahometa początek nowego rozwoju duchowego.
Trzeba też uważać jeszcze i na inną okoliczność: nie posiadał wykształcenia szkolnego, ani cienia nawet tego, co nazywamy wykształceniem szkolnem. Sztuka pisania zaledwo zaczynała przenikać do Arabii: Mahomet, zgodnie z noszącą, jak się zdaje, wszystkie cechy pewności opinią, nigdy pisać nie umiał! Życie w pustyni i doświadczenie składały się na całą jego edukacyę. Tyle tylko zapewne wiedział o tym wszechświecie nieskończonym, ile z niego potrafił pochwycić wśród tych mroków swemi własnemi oczyma i własną swą myślą. Jeśli zechcemy nad tem się zastanowić, zda się nam nader zajmującym ów fakt nieposiadania żadnej książki. Nie mógł on wiedzieć o niczem, oprócz tego, co sam zdołał widzieć, lub o czem zasłyszał dzięki dochodzącym do mrocznych pustyń arabskich gwarom. Mądrość, istniejąca przed nim lub daleko od niego, wcale jak gdyby nie istniała dla niego. Z wielkich dusz siostrzanych, niby latarnie ogniste świecących przez tyle ziem i czasów, żadna nie miała bezpośredniej z tą wielką duszą łączności. On był tam sam, zagłębiony daleko w łonie pustyni; tam los kazał mu wzrastać — samemu wobec natury i myśli własnych.
Lecz od najmłodszego wieku wyróżniano w nim skłonności marzycielskie. Towarzysze zwali go „Al-Amin“ (wierny), co znaczy: człowiek prawdy i wierności, prawdziwy w czynach, mowie i myślach. Dostrzegali oni, że on zawsze chciał coś powiedzieć. Milczał, kiedy nie miał nic do powiedzenia, — lecz był rozsądny, mądry i szczery, kiedy mówić zaczynał, rzucając zawsze nowe światło na przedmiot rozmowy: jedyny to posiadający racyę bytu sposób mówienia. Widzimy, że w ciągu całego jego życia patrzono nań jako na człowieka pewnego, braterskiego, pełnego prostoty. Przedstawiał się jako poważny i szczery charakter, miły jednak zarazem, serdeczny, towarzyski, nawet wesoły; nie brakowało mu przy tem wszystkiem dobrego śmiechu: są ludzie, których śmiech jest tak samo fałszywy, jak wszystko w nich, — ludzie, którzy nie umieją się śmiać. Mówiliśmy już o piękności Mahometa: posiadał on piękną, przenikliwą, szlachetną twarz o cerze śniadej i kwitnącej, o czarnych, błyszczących oczach; podoba mi się też żyła na czole, co nabrzmiewała mu i czerniała w napadach gniewu: przypomina to ową żyłę „niby podkowa“ z Redgauntlet’a Walter-Scotta. Ta nabrzmiewająca na czole czarna żyła stanowiła rodzaj rysu charakterystycznego w rodzie Haszemów: rys ten, jak się zdaje, osobliwie wybitnym okazał się u Mahometa. Człowiek ten bezpośredni, namiętny, lecz sprawiedliwy, szczery w zamiarach, pełny dzikiej zdolności, ognia i światła, i dzikiej, całkiem nieokrzesanej cnoty, spełniał tam w głębiach pustyni zadanie swego życia.
W jaki sposób dostał się on jako intendent do bogatej wdowy Kadidży i podróżował w jej interesach, znowu udając się na jarmarki do Syryi; w jaki sposób rządził wszystkiem — jak łatwo zrozumieć — wiernie i zręcznie; w jaki sposób wdzięczność i szacunek w niej wzrosły, — cała ta historya małżeństwa, jak opowiadają o niej autorowie arabscy, jest najzupełniej zrozumiałą, tudzież wdzięku pełną. On miał lat dwadzieścia pięć, ona czterdzieści, — zachowała przecież jeszcze krasę dawną. Żył on, jak się zdaje, z tą żoną-dobrodziejką, bardzo czułem, spokojnem, zdrowem życiem, kochając ją, i ją tylko jednę kochając. Potężnego argumentu przeciw teoryi oszukaństwa dostarcza to życie bez zarzutu, najzupełniej spokojne i zwykłe aż do czasu, kiedy namiętności młodego wieku już przystygły. Dosięgnął czterdziestu lat, zanim się zająknął o posłannictwie swem z nieba. Wszystkie w nim nieprawidłowości, istotne lub przypuszczalne, zaczynają się po roku pięćdziesiątym, kiedy dobra Kadidża umarła. Cała jego, jak się zdaje, do owego czasu „ambicya“ dążyła do prowadzenia życia porządnego, a zwykła prosta opinia o nim u sąsiadów mu wystarczała. A więc miałby czekać chwili, kiedy zaczynał się starzeć, kiedy namiętność życiowa zużyła się i znikła, kiedy spokój zaczynał być najważniejszym dlań z darów świata, ażeby się rzucić w „szranki ambicyi,“ i ażeby, zadając kłam swemu charakterowi oraz całej przeszłości, wystąpić w roli nędznego i pustego szarlatana, celem zdobycia tego, z czego już nawet korzystać nie mógł! Co się mnie tyczy, nie wierzę w to zgoła.
O, nie! Ten syn pustyni, ze swemi pałającemi, czarnemi oczyma i duszą otwartą, towarzyską i głęboką, — innego coś, a nie ambicyę miał na myśli. Należał do tych wielkich dusz milczących, które tylko poważnie zapatrują się na rzeczy i które z woli przeznaczeń natury muszą rządzić się szczerością. Podczas gdy inni żyją według formułek i wszelkich „powiadają“ w zupełnem z siebie zadowoleniu, człowiek ten nie umiał się zmieścić w formułkach: wobec niego samego stała własna tylko dusza i rzeczywistość istnienia. Wielka tajemnica bytu, jakem rzekł poprzednio, patrzyła nań uporczywie w całej swej grozie i wspaniałości, nie istniało dlań żadne „powiadają,“ które mogłoby skryć ten fakt niewymowny: „jestem!“ Taka szczerość, jakeśmy to nazwali, zawiera w sobie istotnie coś boskiego: słowa takiego człowieka tworzą głos, wydobywający się wprost z samego serca natury. Ludzie są posłuszni takiemu słowu i trzeba, żeby okazywali mu posłuszeństwo, jak niczemu innemu w świecie, gdyż w porównaniu wszystko inne na tym świecie jest wiatrem tylko. W tym człowieku podczas jego pielgrzymek i podróży wciąż zjawiały się tysiące myśli: „Czem jestem? Czem jest to coś niezbadanego, wśród czego żyję, a co ludzie zwą wszechświatem? Czem jest życie, czem jest śmierć? W co powinienem wierzyć? Co czynić?“ Dzikie skały góry Hary, góry Synai, surowe samotnie piaszczyste — nie odpowiadały; nie odpowiadało wielkie, milczące, wiszące nad głową niebo ze swemi błękitnawemi blaskami gwiazd: znikąd nie nadchodziła odpowiedź. Musiała więc odpowiedzieć własna dusza człowieka z tym zasobem natchnienia bożego, jaki w niej istniał!
Wszystko to są pytania, które każdy człowiek powinien sobie postawić, które powinniśmy postawić sobie, na które obowiązani jesteśmy odpowiedzieć i my również. Dziki ten człowiek wiedział, że była to rzecz nieskończonej wagi, że wszystko inne traciło wobec niej wszelkie znaczenie. W żargonie rezonujących sekt greckich, w niewyraźnych tradycyach żydowskich, w bezmyślnej rutynie bałwochwalstwa arabskiego — we wszystkiem tem nie znajdował odpowiedzi. Powtarzam, że pierwszą i ostatnią cechę charakterystyczną bohatera, alfę i omegę całego jego bohaterstwa stanowi to, że przenika on przez pozory rzeczy do treści rzeczy. Zwyczaje i obyczaje, poważane zdania, poważane formuły — wszystko to są rzeczy, które mogą być, a mogą i nie być dobremi. Poza wszystkiem tem musi tkwić coś, czemu wszystko to odpowiada, czego jest koniecznym wyrazem, — lub, w przeciwnym razie, jest to wprost bałwochwalstwo są to „udające Boga kawały czarnego drzewa,“ przedmiot śmiechu i obrzydzenia dla wszelkiej duszy myślącej. Bałwochwalstwo, jakbądźkolwiek wyzłocone, którego sługami byli Korejszyci, nie zdołało wcale zaspokoić tego człowieka. Chociaż wszyscy ludzie niem żyją, — cóż mu z tego? Wielka rzeczywistość stoi tam wobec niego, patrząc uporczywie. On musi jej odpowiedzieć, lub nędznie zginąć, — odpowiedzieć zaraz, natychmiast, lub inaczej nigdy, przez wieczność całą! Ambicya? Cóż cała Arabia potrafiłaby uczynić dla tego człowieka? Cóż mogła dla niego stanowić korona Greka Herakliusa, Persa Chozroesa i wszystkie korony świata? Nie o ziemię mu chodziło, lecz o niebo nad nim i piekło pod nim. Po kilku latach w cóż sądzono było się obrócić wszystkim koronom i panowaniom? Zostać szejkiem Mekki lub całej Arabii i dzierżyć w ręku kawałek wyzłoconego drzewa, — w temże to zbawienie człowieka? Stanowczo myślę, że nie. Zostawimy całkiem na stronie ową hipotezę oszukaństwa jako najzupełniej nie do wiary i godną odrzucenia.
Mahomet stale oddawał się w ciągu miesiąca ramadanu samotności i ciszy, jako to istotnie przyjęto w Arabii. Godny to uznania zwyczaj, który szczególnie takiemu człowiekowi musiał się zdawać naturalnym i zbawiennym. Tak naturalny to był zwyczaj to pozostawanie w łączności tylko z własnem sercem, otwartem na „słodkie, małe głosy,“ w ciszy gór, w milczeniu. W czterdziestym roku życia Mahomet, oddaliwszy się do jakiejś jaskini góry Hary, w okolicach Mekki, podczas ramadanu, — powiedział pewnego dnia Kadidży, która z domem całym niedaleko się ztamtąd tego roku znajdowała, że, dzięki niewymownej i wyłącznej łasce nieba, przeniknął teraz wszystkie te tajemnice, że wyszedł już ze zwątpień oraz mroku i przejrzał kompletnie. Nabrał przekonania, że bałwany, z formułami, były niczem, były nędznemi kawałkami drzewa, że we wszystkiem i ponad wszystkiem unosi się Bóg, że trzeba porzucić wszystkie bałwany i zwrócić się ku Niemu; że Bóg jest wielki, że oprócz Niego niema nic wielkiego! On jest rzeczywistością, a bałwany drewniane nią nie są. On tylko istnieje rzeczywiście. On ludzi stworzył pierwotnie, podtrzymuje nas wciąż; ludzie i wszystkie rzeczy tworzą tylko cień Jego, odzienie czasowe, ukrywające wieczną wspaniałość. „Allah akbar“ (Bóg jest wielki), a więc też i „Islam“ (trzeba się poddać Bogu). Cała siła ludzka, tak dla tego, jak i dla tamtego świata, leży w tem poddaniu się z rezygnacyą Jemu, cobądźkolwiek On by z nami uczynił. To, co On nam zsyła, chociażby to była śmierć i coś gorszego nawet od śmierci, powinno być dobrem, najlepszem: winniśmy Bogu zaufać. „Jeśli na tem polega Islam — powiada Goethe, — to czyż wszyscy nie żyjemy w islamie?“ Tak, wszyscy ci z pośród nas, czyje życie ma jakąś wartość moralną, tak właśnie żyją. Po wszystkie czasy za najwyższą mądrość człowieka uważano nietylko proste poddanie się konieczności — konieczność sama przez się zmusi każdego do poddania się, — lecz to, że człowiek wie i wierzy, iż surowy rozkaz konieczności był najmądrzejszym, najlepszym, najpotrzebniejszym; że wyrzeka się on szalonej pretensyi wymierzania tego wielkiego świata bożego małym swoim mózgiem; że wie, iż świat ten ma rzeczywiście jakieś prawo sprawiedliwe, chociaż niezgłębione dla niego, iż dusza tego świata jest dobra, iż rola jego zasadza się na stosowaniu do prawa wszystkiego i spełniania w milczeniu pobożnem tego prawa, bez jego dyskutowania, będąc mu posłusznym, jako niepodległemu rozumowaniom prawu.
Powtarzam: to stanowi dziś jeszcze jedyną znaną moralność. Człowiek może być prawym i niezwyciężonym, cnotliwym i kroczyć drogą, ku zwycięztwu pewnemu prowadzącą — jak raz o tyle tylko, o ile jest sprzymierzeńcem wielkiego i głębokiego prawa świata, i to wbrew wszelkim prawom powierzchownym, znikomościom czasowym, względom na korzyści lub straty; o ile współdziała temu wielkiemu prawu pierwotnemu — jest zwycięzcą, o ile nie — zwyciężonym. Pierwszy zaś krok do tego współdziałania tworzy świadomość pełna i szczera, że prawo owo istnieje, że jest ono dobre i jedyne dobre! Oto dusza islamu, oto też mianowicie dusza chrześcianizmu, albowiem islam może być określonym jako mętna forma chrześcianizmu: gdyby ten ostatni nie istniał, islam nie powstałby także. Chrześcianizm też nakazuje nam przedewszystkiem rezygnacyę w Bogu. Nie powinniśmy bynajmniej słuchać podszeptów ciała i krwi, nie powinniśmy bynajmniej dawać ucha jałowym subtelnościom, marnym przykrościom i żądzom; winniśmy wiedzieć, iż nic nie wiemy, iż najgorsze i najokrutniejsze w naszych oczach zło nie jest tem, czem się wydaje, iż cobądźkolwiek nam się przytrafi, należy to nam przyjąć, jako rzecz zesłaną przez Boga z wysokości, i rzec: „Jest to dobre i mądre, Bóg jest wielki!“ „Nawet gdyby miał mię On zabić, zaufam Mu!“ Islam stanowi w swoim rodzaju zaparcie się samego siebie, negacyę swego „ja.“ W tem zawsze zawiera się najwyższa mądrość, której objawienie zesłało niebo ziemi.
Takiem było światło, co przyszło rozświecić, jak mogło, mrok dzikiej duszy Araba. Tę niewyraźną tudzież olśniewającą światłość — niby życia i niebios, — pojawiającą się, aby rozjaśnić wielkie ciemności, grożące stać się mrokiem śmierci, — nazwał Mahomet objawieniem archanioła Gabryela: Kto z nas dziś jeszcze wie, jak to nazwać? Jestże to „natchnienie, zesłane przez Wszechmocnego, który obdarza nas rozumem?“ Wiedzieć, przeniknąć prawdę czegobądźkolwiek — stanowi zawsze akt mistyczny, i najlepsza logika zdoła zaledwie zająkliwie musnąć jego powierzchnię. Nowalis powiada: „nie tworzy-że wiara istotnego, zwiastującego Boga cudu?“ Bardzo naturalną było rzeczą, iż cała dusza Mahometa, rozpłomieniona tą udzieloną mu prawdą, uczuła, że to jest właśnie rzecz ważna, jedyna ważna. Odczuł on naturalnie, że Opatrzność jego niewymownie zaszczyciła, zsyłając mu to ratujące od śmierci i mroku objawienie, — że winien on był, w następstwie, odkryć tę prawdę wszystkim istotom; to mianowicie zostało wyrażone przez owo „Mahomet jest prorokiem Boga:“ i to też posiada dość poważne znaczenie.
Łatwo sobie wyobrazić, z jakiem zdziwieniem, z jakiem zwątpieniem słuchała go poczciwa Kadidża, aż wreszcie rzekła: tak, to, co on mówił, jest prawdą. Można też sobie wyobrazić wdzięczność bez granic Mahometa: ze wszystkich dobrodziejstw, jakie ona mu wyświadczyła, to uwierzenie w ogniste i trudne do wypowiedzenia słowo jego było największem. „Pewną jest rzeczą — mówi Nowalis, — że przekonanie moje nabiera mocy, jak tylko inna jakaś dusza chce w nie wierzyć.“ Stanowiło to łaskę niezmierną, i nigdy nie zapomniał Mahomet tego owej dobrej Kadidży. Znacznie później, Aisza, młoda, świetnej urody, najulubieńsza z żon jego, kobieta, która istotnie odznaczyła się wśród muzułmanów wszelkiego rodzaju przymiotami w toku długiego swego życia, zapytała pewnego razu Mahometa: „Powiedzno, nie wartażem więcej od Kadidży? Ona była wdową, była stara, pozbawiona wdzięków: nieprawdaż, ty, panie, kochasz mię więcej, niż Kadidżę kochałeś?“ — „O, nie, na Allaha! — odrzekł Mahomet. — Ona uwierzyła we mnie, kiedy nikt z ludzi wierzyć nie chciał. W świecie całym jednego tylko miałem przyjaciela: ona nim była!“ Seid, niewolnik jego, też weń uwierzył: tych dwoje, wraz z młodym jego bratem stryjecznym, synem Abu Taleba — oto pierwsi nawróceni.
To temu, to owemu mówił Mahomet o swojej doktrynie, lecz po większej części spotykał drwiny, obojętność: w ciągu trzech lat udało mu się, jak przypuszczam, zdobyć trzech tylko zwolenników. Powodzenie jego rozwijało się nader wolno. Zachęty do wytrwania, z jakiemi się spotykał, tworzyły zwykle używane w takich wypadkach względem takiego człowieka formułki zachęty. Po trzech latach nikłych powodzeń sprosił on czterdziestu głównych swych krewniaków na ucztę, podczas której powstał i powiedział, co miał w duszy, dodając, iż posłannictwo jego zasadza się na rozgłoszeniu tego po świecie wśród wszystkich ludzi, iż to właśnie jest rzeczą najwyższą, jedyną; przemówienie zakończył pytaniem, kto z nich zechce podążyć mu w tym względzie z pomocą. Wśród wahania się i milczenia wszystkich młody Ali, wyrostek zaledwo szesnastoletni, zniecierpliwiony tą ciszą, zerwał się gwałtownie i wykrzyknął namiętnie a ogniście: „Ja chcę!“ Towarzystwo, w którego gronie siedział również i Abu Taleb, ojciec Alego, nie mogło wcale wrogo być usposobionem dla Mahometa, jednakże widok starzejącego się już, nieumiejącego czytać człowieka, oraz szesnastoletniego wyrostka, porywających się na podobne przeciw ludzkości całej przedsięwzięcie, zdał mu się śmiesznym: całe to zebranie parsknęło śmiechem. Tymczasem przedsięwzięcie dowiodło, że wcale nie zasługiwało na śmiech, lecz tworzyło rzecz bardzo poważną! Co się tyczy Alego, to należy go lubić. Posiadał bowiem duszę szlachetną, — jak tego dowiódł i wówczas i całem swem życiem, — posiadał uczucie tudzież odwagę ognistą. Tkwiło w nim coś rycerskiego: śmiały był jak lew i posiadał pomimo to wdzięk, szczerość i uczucie, godne rycerstwa chrześciańskiego. Padł z ręki mordercy w meczecie bagdadzkim, z winy własnej szlachetnej prawości i ufności w prawość innych. Przed śmiercią powiedział, że gdyby się okazało, iż zadana mu rana nie jest śmiertelną, — mordercy trzeba przebaczyć; w przeciwnym zaś razie należy mu odebrać życie natychmiast, ażeby obaj jednocześnie mogli stanąć przed Bogiem, który osądzi, z czyjej strony była sprawiedliwość!
Mahomet oczywiście krzywdził Korejszytów, jako stróżów kaaby i nadzorców bałwanów. Przyłączyło się do niego zaledwo jeden lub dwóch z ludzi wpływowych: sprawa postępowała powoli, postępowała jednak. Obrażał każdego oczywiście: „cóż to za jeden, który wyobraża sobie, że jest od nas wszystkich mądrzejszym, który nas traktuje jako głupców kompletnych, czcicieli drewna?“ Stryj Abu Taleb postawił mu pytanie, czy nie mógłby on zamilczeć o tem wszystkiem i wierzyć sam, nie mącąc spokoju duszom innych, nie drażniąc naczelników, nie wystawiając przez mówienie o tem na niebezpieczeństwo siebie samego tudzież ich wszystkich? — Mahomet odrzekł: „Gdyby słońce stanęło po prawej, a księżyc po lewej stronie, każąc mi pozostać w spokoju, nie zdołałbym usłuchać!“ Tak, bo w odkrytej przezeń prawdzie tkwiło coś z samej natury, równała się ona co do godności słońcu, księżycowi lub jakiemukolwiek innemu tworowi natury. Musiała być rozgłaszaną, jak długo byłaby na to wola Wszechmocnego, wbrew słońcu i księżycowi, i wszystkim Korejszytom, i wszystkim ludziom i wszystkim rzeczom. Musiało to być tak i nie mogło być inaczej. — Tak odrzekł Mahomet i — powiadają — „wybuchnął płaczem.“ Wybuchnął płaczem! Wiedział, że Abu Taleb żywił dla niego sporo dobroci, — że zadanie, które z woli losu mu wypadło, nie słodycze, jeno trudy oraz ciężary kryło w swem zanadrzu.
Nauczał on dalej każdego, kto chciał słuchać, rozsiewając doktrynę swą wśród przybywających do Mekki pielgrzymów, zyskując to tu, to tam, słowem wszędzie, gdzie się udało, zwolenników. Wszędzie przecież ścigało go nieustanne przeciwieństwo, nienawiść, jawne lub tajne niebezpieczeństwo. Potężne stosunki broniły jeszcze jako tako samego Mahometa, lecz wszyscy jego zwolennicy, za jego samego poradą, musieli opuścić Mekkę i szukać schronienia za morzem, w Abisynii. Korejszyci, coraz większym gniewem się przejmując, tworzyli spiski, sprzysięgali się, by zamordować Mahometa własnemi rękami. Abu Taleb umarł, umarła Kadidża. Mahomet nie przemawia do naszej sympatyi, lecz widoki jego na przyszłość wówczas przedstawiały się niesłychanie, ale to niesłychanie ponuro. Musiał się kryć po jaskiniach, uchodzić w przebraniu, uciekać to tu, to owdzie, bez przytułku stałego, wśród ciągłego grożącego życiu niebezpieczeństwa. Wiele razy życie jego wisiało na włosku, wiele razy Mahomet i nauka jego zginęliby bez słychu, gdyby nie jakiś owad, nie jakiś koń, co się spłoszył pod jeźdzcem, lub nie cośkolwiek innego w tym rodzaju. Ale nauce jego przeznaczono inne losy.
W trzynastym roku swego posłannictwa, widząc, że wszyscy wrogowie połączyli się przeciw niemu, że czterdziestu spiskowców, po jednym z każdego pokolenia, czyhają na jego życie, że pobyt jego dalszy w Mekce stał się niemożliwym, Mahomet uciekł do miejsca, które nazywano wówczas Jatrebem, gdzie pozyskał był kilku zwolenników, a które dziś z tego właśnie powodu nazywa się Medyną, czyli Medinat al Nabi (Miasto proroka). Miejsce to znajdowało się w odległości 200 mil drogi przez skały i pustynie, to też nie bez trudności i w usposobieniu, które łatwo możemy sobie wyobrazić, uciekł tam i znalazł schronienie. Cały Wschód liczy swą erę od tej ucieczki, Hedżiry, jak tam mówią: pierwszy rok tej Hedżiry wypadł na 622-gi naszej ery, a 53-ci życia Mahometa. Zbliżał się wtedy ku starości; przyjaciele jeden po drugim go opuścili, ścieżka jego przedstawiała się samotnie; otaczały ją niebezpieczeństwa; zewnętrzny stan rzeczy przynosił mu tylko rozpacz; chyba tylko we własnem sercu mógł znaleźć nadzieję. Tak zawsze bywa w takich razach. — Do owego czasu Mahomet szerzył swoję religię tylko przez nauczanie, — wtedy jednak, wypędzony z rodzinnego kraju, dziki syn pustyni, widząc, że wszyscy ludzie są niesprawiedliwi, gdyż nietylko nie dali posłuchu głosowi poważnego jego posłannictwa z niebios, krzykowi z głębi jego serca, lecz nie chcieli go nawet pozostawić przy życiu, gdyby dalej nauczał, — postanowił bronić się, jako człowiek i Arab. Tego pragnęli Korejszyci, niech więc tak się stanie. Nie chcieli nawet słuchać wieści, które — on czuł to — nieskończoną posiadały wagę, tak dla nich, jak i dla wszystkich ludzi; zamierzali je zdeptać siłą gwałtu, na zasadzie miecza i mordu: a więc niechże miecz rozstrzyga!! — Takiemi też przedstawiają się ostatnie dziesięć lat życia Mahometa, lata walki, lata męczącego i gwałtownego trudu i wysiłku, — a jakim okazał się skutek tych walk — wiemy.
Wiele rzeczy mówiono o tem Mahometowem szerzeniu wiary zapomocą miecza. Niewątpliwie, daleko wznioślejszą jest rzeczą, i możemy się tem szczycić, że wiara chrześciańska szerzyła się spokojnie, drogą nauczania i przekonywania, — jednakże, jeśli zechcemy w tem widzieć kryteryum prawdy lub fałszu jakiejś religii, popełnimy omyłkę. Tak, zapewne, miecz, — ale zkądże się weźmie ten miecz?! Wszakże wszelka nowa doktryna jest właśnie przy pojawieniu składającą się z jednostki mniejszością. Z początku istnieje ona w jednej tylko głowie ludzkiej, jeden tylko człowiek w całym świecie w nią wierzy: jeden — przeciw wszystkim. Chyba nie na wieleby mu się przydało, gdyby się porwał do miecza i z jego pomocą ją szerzył! Przedewszystkiem trzeba znaleźć ów miecz! Wreszcie wszelkie pojęcie rozchodzi się, jak umie. Co się znów tyczy religii chrześciańskiej, nie widzimy, aby miała ona zwyczaj gardzić mieczem, ile razy się on tylko nastręczał. Nie nauczaniem wyłącznie Karol Wielki nawrócił Sasów. Mało mię obchodzi kwestya miecza: przypuszczam, że jeśli coś przeciw czemuś walczy, to walczy wszelkim mieczem, językiem, czy narzędziem, jakie chwycić można. Pozwólmy temu czemuś kazać, tworzyć pamflety, walczyć unguibus et rostro[1], uwijać się jaknajszaleniej, dokonać wszystkiego, w co było to coś płodne, a napewno nie zawojuje ono nic, co nie byłoby warte być zawojowanem. Nie zdoła ono nigdy zniszczyć tego, co jest lepszem od niego, lecz tylko jedynie to, co gorsze. W wielkiej tej walce natura sama jest rozjemcą, a ona nie może dopuścić się niesprawiedliwości: to, czego korzenie najgłębiej tkwią w naturze samej, to, co my nazywamy najbardziej prawdziwem, to właśnie ostatecznie będzie rosło.
Tu jednak, mając na myśli wiele rzeczy, tyczących się Mahometa i jego tryumfu, należy, abyśmy sobie uprzytomnili, jakim to arbitrem jest natura, jaka w niej wielkość w połączeniu z głębokością i wyrozumiałością. Niech kto weźmie garść pszenicy i rzuci ją w łono ziemi. Nic to nie szkodzi, że pomieszano ją z sieczką, ze śmieciem, pyłem i wszelkiemi innemi odpadkami: rzucone w dobrą i sprawiedliwą ziemię ziarno — wschodzi. Ziemia, milcząc, pochłania wszystkie odpadki, grzebie je i nic o nich nie wspomina nawet. Rośnie tylko pszenica żółta, a dobra ziemia milczy o reszcie; wyciągnęła ona także i z tej reszty jakąś korzyść i nie uskarża się bynajmniej! I tak we wszystkiem w przyrodzie. Ona jest prawdą, nie zaś kłamstwem, — tyle jednak wielkości i sprawiedliwości, tyle macierzyńskości w tej prawdzie! Jednej tylko rzeczy żąda ona od wszystkiego: prostoty serca — i tej zawsze użyczy poparcia, odmawiając go w razie przeciwnym. We wszystkiem, czemu dała przytułek, znajduje się coś z prawdy. Niestety, czyż wszystko to nie jest historyą wszelkiej wielkiej prawdy wstępującej, takiej, co już wstąpiła w szranki świata? Ciało każdej z tych prawd jest niedoskonałością; jest to pierwiastek światła w ciemnościach: dla nas wszelka prawda musi się wcielić w czystą logikę, w jakiś teoremat wszechświata ściśle naukowy, który nie może być kompletnym i musi kiedyś w końcu okazać się niezupełnym, błędnym i tak umrzeć oraz zniknąć. Ciało wszelkiej prawdy umiera, a jednak każda prawda posiada duszę, która nigdy nie umiera, która we wciąż nowych ucieleśnieniach żyje nieśmiertelna podobnie, jak i człowiek. Takie są drogi natury! Prosta treść prawdy nigdy nie umiera. Byleby tylko była ona czemś prostem, byleby była głosem, wydobywającym się z wielkiej głębi samej natury, — oto jest punkt decydujący przed trybunałem tej natury. To, co my zwiemy czystem lub nieczystem, nie stanowi jeszcze dla niej kwestyi ostatecznej. Nie chodzi jej o to, ile w kim słomy, lecz czy znajduje się w nim pszenica. Czysty? Niejednemu z ludzi mógłbym powiedzieć: „Tak, jesteś czysty, dość czysty, jesteś jednak słomą, nieszczerą hipotezą, bezmyślną zgodą na różne „powiadają,“ tworzysz zbiór formalności; nie dotknąłeś nigdy wielkiego serca wszechświata: w gruncie rzeczy jesteś ani czysty, ani nieczysty, jesteś niczem, i natura nic z tobą nie ma do czynienia.
Nazwaliśmy wiarę Mahometa rodzajem chrześcianizmu; i w rzeczy samej, jeśli rozważymy dzikie zachwyty zapału, z jakiemi w nią wierzono i brano do serca, to gotówem powiedzieć, że był to rodzaj lepszy od tych nędznych sekt syryjskich, z ich marnemi sprzeczkami o Homojuzion i Homouzion, ze słowami pełnemi godnego wzgardy szumu, z sercem próżnem i martwem! Prawdę jej zmieszano z błędami i potwornemi fałszami, — nie fałsz jednak, lecz jej prawda czyni wiernych: zwycięża ona przez swoję prawdę. Jest to nieprawe, żywe jednak dziecię chrześcianizmu, żywe sercem, nie zaś martwe, nie zaś sama siekanina rozumowań jałowych! Poza temi odpadkami różnych rodzajów bałwochwalstwa arabskiego, teologij argumentacyjnych, tradycyj, subtelności, gawęd i hipotez greckich oraz żydowskich, z ich marnemi tkankami idej — ten dziki syn pustyni, o sercu szczerem i dzikiem, poważny jak śmierć i życie, wielkim swym błyskawicznym wzrokiem przeniknął jądro rzeczy. — Bałwochwalstwo jest niczem. „Nacieracie oliwą i woskiem swoje bogi drewniane, i muchy do nich lgną:“ te bogi — to drewno! Nie potrafią one dla was nic zdziałać, są tylko pretensyą bluźnierczą tudzież bezsilną, i wydałyby się wam samym wstrętem oraz obrzydliwością, gdybyście je poznali. Sam tylko Bóg istnieje, On sam tylko ma moc, On nas stworzył, On mocen nas zabić lub zachować przy życiu: „Allah akbar!“ (Bóg jest wielki). Pojmijcie, że wola Jego dla was jest najlepsza, — że, jakkolwiek będzie ona bolesną dla tego, co jest ciałem i krwią, należy wam ją uznać za najmądrzejszą, najlepszą: powinniście mieć ją za taką; ani w tym, ani w tamtym świecie nic wam prócz tego nie pozostaje do czynienia!
Teraz zaś, jeśli dzicy bałwochwalcy istotnie w to uwierzyli i przyjęli jako swoje do serc swych ognistych, aby to w czyn wprowadzić, to w jakiejbądźkolwiek formie podano im tę naukę, mogę powiedzieć, iż zasłużyła ona na tę wiarę. Powtarzam, że, w tej lub innej formie, jest to po dziś dzień jedyną godną wiary powszechnej rzeczą. Przez nią istotnie staje się człowiek wielkim kapłanem tej świątyni wszechświata. Wówczas pozostaje w zgodzie z wyrokami Twórcy świata, współdziała z niemi, nie zaś idzie nadaremnie przeciw nim: nie znam aż do dziś dnia lepszego nad to określenia obowiązku. Współdziałanie z rzeczywistą dążnością świata zawiera w sobie wszystko, co stanowi prawo: jesteś z nią w zgodzie — zwyciężysz (dążność świata zwycięży), jesteś dobry, kroczysz prostą drogą. Homojuzion, Homouzion, cały marny spór logiczny z przeszłości, teraźniejszości czy przyszłości, niech sobie on toczy się gdzieś na stronie, gdzie i jak mu się podoba: to jest rzecz, którą cały ten spór chce oznaczać, jeśli tylko znaczy cokolwiek. Jeśli zaś tego nie oznacza, nie posiada żadnego znaczenia. Nie chodzi o to, by abstrakcye i wnioski logiczne poprawnie były sformułowane, lecz o to, by żywi i dotykalni synowie Adama wzięli istotnie rzecz samę do serca: to jest najważniejsze. Islam pożarł wszystkie te marne sekty kłótliwe, i myślę, że miał do tego prawo. On tworzył, powtórzę to raz jeszcze, rzeczywistość, pochodzącą z głębi wielkiego serca natury. Bałwochwalstwa arabskie, formułki syryjskie — wszystko, co nie było rzeczywistością, musiało pójść do ognia, jako zwykłe martwe drewno, materyał palny — pod różnym względem — dla tego, co było ogniem.
Podczas tych to bojów i walk dzikich, właśnie po ucieczce z Mekki, dyktował Mahomet urywkami swą księgę świętą, zwaną Koranem (księgą do czytania). Oto dzieło, do którego on sam i uczniowie jego tak wielką wagę przywiązywali, że światu całemu rzucali pytanie: „nie jestże to cud?“ Mahometanie patrzą na Koran z szacunkiem, jakiemu równym niewielu chrześcian Biblię nawet darzy. Zastosowano go do wszystkiego, jako typ wszelkiego prawa, wszelkiej działalności; uważają go za rzecz, którą należy się powodować w myśleniu i życiu zarówno; zesłano go wprost z nieba słowem; ziemia do niego stosować się powinna; według niego świat iść powinien: jest to księga do czytania. Sędziowie sądzą na zasadzie Koranu, wszyscy muzułmanie studyują go obowiązkowo i w nim obowiązani są szukać światła życia. Istnieją meczety, w których Koran bywa cały codziennie odczytywanym: trzydzieści razy zmieniając się kolejno, kapłani codzień tak odczytują go od deski do deski. Tam w ciągu dwunastu wieków głos tej książki nie przestał ani na chwilę brzmieć w uszach i sercach takiej wielkiej ilości ludzi. Słyszeliśmy o uczonych mahometańskich, którzy go przeczytali siedmdziesiąt tysięcy razy!
Ciekawą bardzo jest rzeczą, iż, gdybyśmy zechcieli badać „różnice smaku narodowego,“ tu właśnie niewątpliwie napotkalibyśmy najwybitniejszy przykład! My też możemy czytać Koran, przekład Sale’a uznano za bardzo wierny: muszę się przyznać, że żadne czytanie nie zdało mi się tak przykrem. Jest to mętna i nużąca, niestrawna i potworna plątanina, coś nieznośnie głupiego jednem słowem! Chyba tylko poczucie obowiązku może zmusić Europejczyka do odczytania całego Koranu. Czytamy to, jakbyśmy czytali kupy nieczytelne starych papierów w archiwum państwowem, sądząc, że uda się nam może pochwycić jakiś promyk, padający na osobistość wybitną. Prawda, że Koran naszym oczom przedstawia się w sposób najniekorzystniejszy; Arabi więcej w nim widzą harmonii. Sektatorowie Mahometa znaleźli go w urywkach, tak jak się przedstawiał w pierwszej chwili ogłoszenia; większą część napisano na baranich łopatkach, a wszystko razem rzucono na kupę do pudła. Wydano go pierwotnie bez żadnego porządku widocznego, chronologicznego lub jakiegokolwiek, starając się tylko, jak się zdaje, — chociaż i tego nie trzymano się ściśle, — umieścić na początku najdłuższe rozdziały. W taki sposób początek istotny znalazł się przy końcu prawie, albowiem właśnie najdawniejsze rozdziały były najkrótsze. Być może, że przy czytaniu w porządku historycznym nie zdałby się ten Koran takim nędznym. Znaczna też jego część posiada rytm w oryginale, jakąś, jak mówią, dziką śpiewność: to też może być nader ważnym względem, i przekład wiele mógł pod tym względem utracić. Pomimo jednakże wszystkich tych ustępstw, musimy czuć, że trudno jest pojąć, jak mógł kiedykolwiek jakikolwiek śmiertelnik uważać go za w niebie napisaną księgę, której ziemia jest niegodna, — za napisaną dobrze książkę, książkę wszystkiego, a nie zaś za jakąś rapsodyę błędną, napisaną — możemy powiedzieć napisaną — tak źle, jak źle żadnej chyba książki nie napisano! Tyle o różnicach narodowych i zasadach smaku.
Jednakże, gotów byłbym powiedzieć, iż ostatecznie jest rzeczą zrozumiałą, że Arabowie mogli go tak kochać. Jak tylko oddalimy się dostatecznie od tej niepojętej plątaniny Koranu, jak tylko zostawimy go poza sobą, zaczyna się nam odkrywać główne jego znamię charakterystyczne, polegające na wartości wcale nie literackiej. Powiedziałbym, że najpierwsze znamię charakterystyczne Koranu tworzy właśnie ta jego szczerość, to, że jest on owocem dobrej wiary.
Wiem, że Prideaux oraz inni przedstawili go jako tkankę kuglarstw, wytłumaczyli fabrykacyę każdego rozdziału chęcią usprawiedliwienia i pokrycia szeregu grzechów autora, lub też celami ambitnemi, szarlatanizmem, — lecz wielki już czas odrzucić precz to wszystko. Nie twierdzę, iż Mahomet ciągle rządził się szczerością, bo i któż ciągle jest szczery? Ale wyznaję tylko, że nie mogę sobie wyobrazić badacza, któryby w czasach obecnych zechciał obwiniać Mahometa o rozmyślne czyli świadome oszukaństwo wogóle, lub też nawet całkowicie; tembardziej zaś nie zdołałbym wyobrazić sobie badacza, który obwiniałby go o to, że żył w atmosferze czystego oszukaństwa świadomego i napisał ów Koran jako fałszerz i kuglarz! Wszelkie z uczuciem patrzące oko inaczej Koran odczyta. Jest to mętna fermentacya wielkiej i surowej, surowej i nieokrzesanej duszy ludzkiej, duszy człowieka, nieumiejącego nawet czytać, lecz ognistej, poważnej, z wysiłkiem wielkim wypowiadającej się w słowach. Zdaje się, że wyraża się on z jakiemś naprężeniem, tracąc oddech: myśli tłoczą się w nieporządku, i z powodu mnóstwa rzeczy do powiedzenia nie umie on nic wypowiedzieć. Tkwiąca w nim myśl nie nadaje się do żadnej formy i rzuconą jest bez żadnego następstwa, metody, związku; te myśli Mahometa wcale nie są sformowane, padły tam one bezforemnie, z widocznemi śladami walki, i leżą w stanie niewyrażenia się, chaotycznym. Wymówiliśmy słowo „głupi,“ ale nie głupota przyrodzona, lecz brak zupełny wykształcenia cechuje książkę Mahometa. Znać, że człowiek ten nie studyował sztuki mówienia, że w pośpiechu i zgiełku walki nieustannej nie starczyło czasu, by dojrzało w nim słowo uczone. Jest to tracący oddech i drżący pośpiech oraz gwałtowność człowieka, co walczy w największym natłoku bitwy o życie i zbawienie: takiem przedstawiało się usposobienie autora! W szalonym pośpiechu, właśnie z powodu samej wielkości myśli, nie jest on jej w stanie wyrazić. Szereg wypowiedzeń się tak nastrojonej duszy, zabarwionych przeróżnemi stronami ujemnemi walki dwudziestotrzyletniej, raz dobrze, raz źle odzwierciedlonemi: — oto Koran!
Winniśmy bowiem patrzeć na Mahometa w toku tych lat dwudziestu trzech jako na środek świata ciągłych starć. Bitwy z Korejszytami i poganami, kłótnie w łonie wiernego ludu, upadki własnego jego dzikiego ducha — wśród wszystkiego tego znajdował się on niby w nieustannym wirze i dusza jego spokoju nie zaznała. Wśród nocy bezsennych, jak łatwo sobie wyobrazić, dzika dusza tego człowieka, miotana tym wirem, witała wszelki błysk stanowczy wobec tylu trudności jako światło prawdziwe, z niebios zesłane; wszelkie postanowienie własnej myśli, tak dlań niezbędne, uważał on za błogosławiące natchnienie jakiegoś Gabryela. Fałszerz i kuglarz? — O, nie, nie! To wielkie serce ogniste, wrzące, niby szumny piec hutniczy myśli, nie należało do skoczka na linie. Życie było dlań faktem; ten wszechświat boży stanowił dla niego fakt i rzeczywistość straszliwą. Nie wolny on wcale od braków; patrzmy nań jako na nieokrzesanego syna natury, wpół barbarzyńcę, w którym tak wiele jeszcze zostało z Beduina, — nie chcemy jednak i nie możemy widzieć w nim tylko udania, głośnego samozwańca bez oczu i serca, zajmującego się dla miski strawy takiem bluźnierczem oszustwem, podrabianiem dokumentów niebieskich, nieustanną zdradą wobec Stworzyciela swego oraz siebie samego.
Szczerość pod wszystkiemi względami zdaje mi się być zaletą Koranu, tem, co uczyniło go tak drogim dla dzikich Arabów; tworzy ona w każdym razie pierwszą tudzież ostatnią zaletę tej książki, w niej jednak źródło wszelkiego rodzaju zalet: tak, w gruncie rzeczy, może z niej powstać każda inna zaleta. Ciekawe to, że wśród tej masy potwornej podań, potępień, skarg i zachwytów, można dostrzedz w Koranie żyłę prawdziwej i bezpośredniej intuicyi, żyłę błędną tego, co moglibyśmy niemal poezyą nazwać. Całość tej książki powstała z czystej tradycyi i z gwałtownych, entuzyastycznych nauk improwizowanych. Bezustanku powraca Mahomet do starych podań o prorokach, jak zachowała ich pamięć ówczesnego Araba: prorok po proroku, prorok Abraham, prorok Hud, prorok Mojżesz; chrześciańscy i inni rzeczywiści oraz bajeczni prorocy zjawiali się wśród tego lub owego pokolenia, ostrzegając ludzi co do ich grzechów, i przyjmowano ich jak raz tak, jak przyjęto i Mahometa, — co jest dlań wielką pociechą. Wszystko to powraca z dziesięć, ze dwadzieścia razy, i znowu, i jeszcze raz powraca w nużących powtarzaniach, którym wcale niema końca. Chyba tylko taki dzielny Samuel Johnson na opuszczonem swojem poddaszu mógłby opracowywać biografie autorów tego rodzaju! Tak się przedstawia wielkość treści Koranu; lecz, dziwna rzecz, przez wszystko to od czasu do czasu prześwieca jak gdyby błyskawica jakaś myśli rzeczywistego myśliciela i jasnowidzącego. A widzi rzeczywiście ten świat Mahomet, i z pewną prawością i siłą surową przemawia do naszego serca o tem, dla czego własne jego serce było otwarte. Nie przywiązuję wielkiej wagi do jego pochwał Allaha, któremi wiele osób się zachwyca, — zapożyczono je bowiem, jak przypuszczam, z hebrajskiego przeważnie, przynajmniej tam są one daleko wyższe. Lecz oko jego, które rzuca spojrzenie prosto w serce rzeczy i widzi jej prawdę — oto dla mnie wielce zajmujący przedmiot. Jest to dar bezpośredni wielkiej natury, którego nie skąpi ona nikomu, lecz którego jeden tylko na tysiąc nie odrzuca precz w sposób opłakany; jest to to, co nazywam szczerością patrzenia, kamieniem probierczym szczerego serca.
Mahomet nie zdołał uczynić żadnego cudu i często powtarza niecierpliwie: „żadnego cudu dokonać nie mogę,“ „Jestem tylko kaznodzieją publicznym,“ powołanym do głoszenia tej nauki stworzeniu wszelkiemu. Świat jednakże, jak widzimy, był cały rzeczywiście i po wszystkie czasy cudem dla niego. — Ogarnij wzrokiem świat — powiada: — nie jestże on cudem, dziełem Allaha? nie jestże on cały „znakiem dla was,“ jeśli oczy wasze są otwarte? Ziemia ta — Bóg stworzył ją dla was, „i na niej wyznaczył wam ścieżki,“ na niej żyć możecie i stąpać. — Wśród suchego klimatu Arabii obłoki zdają się Mahometowi wielce cudownemi. — Zkąd one przychodzą — pyta — te wielkie chmury, zrodzone w głębi łona tego bezmiaru ponad nami? Zawisają tam te wielkie czarne potwory i leją potopy deszczowe, „aby ożywić znów martwą ziemię,“ — i trawa rośnie, i „wysokie liściaste palmy, uwieszane dokoła pękami daktyli.“ „Nie jestże to znak?“ Wszak Allah stworzył też i bydło wasze, te gotowe zawsze do służenia wam nieme stworzenia, co zmieniają trawę w mleko, te dziwne stworzenia, co dostarczają wam ubrania, co pod wieczór przychodzą do mieszkania i „hołd wam składają.“ Mówi on też często o okrętach: są to dlań obszerne góry ruchome, co rozwijają swe skrzydła płócienne i skaczą na falach, pędzone wiatrem niebieskim; ale nagle Bóg wiatr uciszył, — i stają nieruchome, stają martwe! — Jakichże chcecie cudów? — woła Mahomet. — Nie jesteścież sami cudem? Wszak Bóg każdego z was stworzył, „stworzył z garstki gliny.“ Byliście kiedyś mali, niewiele lat temu nie istnieliście zupełnie. Teraz posiadacie piękność, siłę, myśli, „macie współczucie jedni dla drugich.“ Tymczasem zbliża się starość o siwych włosach — siła wasza zanika w słabość, padacie i znowu was niema. — Uderzyło mię bardzo zdanie: „żywicie współczucie jedni dla drugich.“ Tak, Allah mógłby was stworzyć, nie obdarzywszy współczuciem, i cóżby wówczas nastąpiło? To jest spostrzeżenie z pierwszej ręki, myśl wielka i bezpośrednia, zaglądająca do samej treści rzeczy. Widoczne są w tym człowieku pierwotne ślady geniuszu poetyckiego, wszystkiego, co jest najlepsze i najprawdziwsze. Umysł to silny i nieopracowany, jasnowidzenie serca, człowiek to silny i dziki, który mógłby przyjąć postać poety, króla, kapłana lub jakąkolwiek inną postać bohatera.
Oczy jego zawsze jasno widzą, że świat ten w całości swojej jest cudem. Widzi on to samo, co, jakeśmy już raz powiedzieli, wszyscy wielcy myśliciele, wśród samego nawet pierwotnego plemienia Skandynawów, zdołali dojrzeć, a mianowicie: że świat ten materyalny, pomimo takiego potężnego wyglądu, jest w głębi, w istocie samej rzeczy — niczem, że tworzy on tylko widzialny i rozciągły objaw mocy i obecności Boga, cień, który On rzucił na łono pustki nieskończonej, — i nic więcej. „Góry te skaliste — powiada Mahomet — będą musiały się rozwiać, jako obłoki, rozpłynąć się, jako obłoki w błękicie, i przestać istnieć!“ Sale powiada, że wyobraża on sobie ziemię na sposób arabski — jako równinę niezmierną, olbrzymią płaszczyznę, którą góry podtrzymują. W ostatnim dniu znikną one, jako obłoki, i ziemia cała, kręcąc się, poleci w dół, jakimś wirem uniesiona, i, niby pył i mgła, w nicość się rozwieje. Allah odejmie swą dłoń — i ona istnieć przestanie. Państwo powszechne Allaha, obecność we wszystkiem potęgi jego niepojętej, wspaniałości i grozy niewypowiedzianej — oto co zawsze jasno przedstawiało się temu człowiekowi jako siła prawdziwa, treść i rzeczywistość w jakiejbądźkolwiek rzeczy. I o tem właśnie mówi człowiek nowożytny pod nazwą sił oraz praw przyrody, i to nie jako o istocie boskiej, nawet nie jako o istocie, lecz jako o zbiorze istności, dość nieboskim, — o czemś możliwem do sprzedania, ciekawem, zdatnem do poruszania statków parowych! W laboratoryach swoich, ze wszystkiemi swojemi naukami i encyklopedyami, łatwo zapominamy o boskości. A nie należałoby o niej zapominać! Jeśli o tem wreszcie zapomnimy, to nie wiem, co zasługiwałoby na pamięć. Większa część nauk zmieniłaby się wówczas, jak myślę, w rzecz zupełnie martwą, suchą, próżną, w pole sporów jałowych — niby oset jesienny. Najlepsza nauka jest bez tego niby martwem rusztowaniem z drzewa, lecz nigdy drzewem żywem lub lasem, który pomiędzy innemi rzeczami dostarcza ciągle coraz to nowszego drzewa na rusztowania! Człowiek nic nie może wiedzieć, nie ubóstwiając zarazem w jakibądźkolwiek sposób, — inaczej wiedza jego równa się pedantyzmowi, równa się ostom martwym.
Wiele rzeczy powiedziano już i napisano o zmysłowości religii Mahometa ponad miarę sprawiedliwości. Zbrodnicze w naszych oczach pobłażliwości, na które on zezwolił, nie od niego bynajmniej pochodziły; znalazł on je w Arabii jako już wprowadzone w życie i niepoddawane dyskusyi od niepamiętnych czasów; przeciwnie, zmniejszył je, zacieśnił, i to nie z jednej, lecz z wielu stron jednocześnie. Religia jego nie należy do łatwych: ze swemi postami surowemi, ablucyami, ścisłemi i złożonemi formułkami, pięciokrotnemi w ciągu dnia modlitwami, wyrzeczeniem się wina — „nie jako religia łatwa dosięgła ona powodzenia.“ Czyż zresztą istotnie religia — lub cokolwiek jej się tyczącego — z takich powodów zdołałaby zdobyć powodzenie? Mówić, że ludziom za pobudkę czynu bohaterskiego służy łatwość, nadzieja rozkoszy, nagroda, jednem słowem jakiegokolwiek rodzaju przysmaki w tym lub w tamtym świecie — znaczy rzucać na nich kalumnie! W najmarniejszym nawet śmiertelniku tkwi coś szlachetniejszego. Nędzny, klnący żołdak, przeznaczony na to, by się dać zabić, posiada swój „honor żołnierski,“ niemajacy nic wspólnego z musztrą i pewną ilością złotówek płacy dziennej. Najnędzniejszemu z synów Adama nie o to chodzi, aby kosztować słodyczy, lecz o to — chociaż niewyraźnie, — aby dokonać czegoś szlachetnego tudzież prawego i zdobyć sobie pod stropem bożego nieba przynależny mu tytuł przez Boga stworzonego człowieka. Wskażcie mu tylko drogę, — a najbardziej spodlony niewolnik rozpłonie bohaterstwem. Twierdzenie, iż człowieka zwabić może łatwość, — wielką stanowi dla niego obelgę. Trudność, zaparcie się siebie, męczeństwo, śmierć — oto są ponęty, działające na serce ludzkie. Rozpłomieńcie tylko życie jego wewnętrzne, a płomień ten zniszczy wszelkie nizkie względy. Nie o szczęście, lecz o coś wyższego tu chodzi: zobaczycie to nawet wśród klas lekkich, z ich „punktem honoru“ i innemi rzeczami podobnemi. Nie, wszelka religia zyskać sobie potrafi zwolenników nie przez pochlebianie naszym żądzom, lecz obudzając drzemiący w każdem sercu pierwiastek bohaterstwa.
Sam Mahomet, pomimo wszystkiego, co o nim mówiono, nie był człowiekiem zmysłowym. Wielce zbłądzilibyśmy, patrząc na niego jako na lubieżnika pospolitego, zajętego przedewszystkiem nizkiemi lub też nawet jakiemikolwiek rozkoszami. Dom jego odznaczał się największą wstrzemięźliwością w jedzeniu; zwykłym jego pokarmem był chleb jęczmienny i woda: całemi miesiącami ogniska w domu nie rozniecano. Muzułmanie z usprawiedliwioną dumą wspominają, że łatał własnoręcznie swoje obuwie i płaszcz. Był to biedny człowiek, wielkiego trudu i wielkiego niedostatku; wcale nie dbał o to, co służy ludziom za cel tylu wysiłków. Nie był złym, gotów jestem to powiedzieć; tkwiło w nim coś lepszego od jakiejkolwiek żądzy, — inaczej bowiem ci dzicy Arabi, bijąc się u jego boku nieustannie i ocierając się o niego w ciągu lat dwudziestu trzech w najciaśniejszym i nieustannym z nim stosunku, takby go nie szanowali! Byli to ludzie dzicy, porywający się od czasu do czasu do kłótni, przejawiający nieustannie surową swą szczerość, — i bez istotnej wartości i męzkości żaden człowiek nie mógłby im rozkazywać. Powiadacie, że nazywali go prorokiem? Otóż to! Wszakże on stał wobec nich oko w oko, nieosłonięty żadną tajemniczością, łatając na oczach wszystkich swój płaszcz, naprawiając obuwie, walcząc, radząc, rozkazując: musieli więc koniecznie widzieć, co to był za człowiek, jakkolwiek go zwano! Żaden cesarz w koronie nie cieszył się takim posłuchem, jak ten człowiek w łatanym własnoręcznie płaszczu, w ciągu dwudziestu trzech lat trudnych i rzeczywistych prób. Myślę, że łatwo teraz pojąć, jako trzeba było do tego posiadać coś z prawdziwego bohatera.
Ostatnie jego urywane słowa stanowią modlitwę, w której to walczące serce rwie się do swego Stworzyciela w drżącej nadziei wzniesienia się ku Niemu. Nie możemy powiedzieć, iż religia własna uczyniła go gorszym; przeciwnie, stał się przez nią lepszym i dobrym, nie zaś złym. Opowiadają o wielu jego wzniosłych postępkach. Kiedy mu doniesiono o śmierci córki, odrzekł swoim sposobem, najzupełniej szczerze, a jednak niby chrześcianin: „Bóg dał, Bóg wziął: niech będzie błogosławione Imię Pańskie.“ Tak samo powiedział o śmierci Seida, ukochanego i uwolnionego przez siebie niewolnika, drugiego z wiernych. Seid padł podczas wojny w Tabuku, w pierwszej bitwie Mahometa z Grekami. Mahomet rzekł, że „było to dobrze, iż Seid pracował dla Pana, bo teraz poszedł do Pana, a wszystko dla niego było dobrze.“ Tymczasem, kiedy córka Seida, ujrzawszy nad trupem ojca siwowłosego starca, we łzach tonącego, zawołała: „Co widzę?“ Mahomet odrzekł: „Przyjaciela, opłakującego przyjaciela.“ Na dwa dni przed zgonem udał się on po raz ostatni do meczetu i na głos zapytał: „Czym komu wyrządził krzywdę? Jeśli tak, niech spadnie rzemień na plecy moje. Możem komu co winien?“ Głos jakiś odpowiedział: „Mnie — trzy drachmy, pożyczone w takiej to okoliczności.“ — Mahomet kazał natychmiast je wypłacić, mówiąc: „Lepiej wstydzić się teraz, niż w dzień sądu.“ A proszę sobie przypomnieć Kadidżę i owo: „O, nie, na Allaha!.. Z tego rodzaju rysów czyż nie poznajecie człowieka szczerego, brata wszystkich, prawdziwego syna wspólnej naszej matki, którego pamięć trwa przez dwanaście wieków?
Prócz tego uważam Mahometa za zupełnie wolnego od pychy. Jest to surowy syn pustyni, na siebie tylko liczący i niepragnący uchodzić za to, czem nie jest. Żadnej w nim ostentacyjnej zarozumiałości, niema też jednak i skłonności do pokory: jest on wprost tem, czem być może w swoim płaszczu i obuwiu, własną ręką łatanych. Mówi wprost wszelkiego rodzaju królom perskim, cesarzom greckim, co powinni robić, i zna dobrze, co tyczy się niego samego, „winny sobie szacunek.“ Nie mogło braknąć okrucieństw w tej walce na śmierć i życie z Beduinami, lecz widnieją też i czyny przebaczenia, szlachetnej oraz naturalnej litości i wspaniałomyślności. Mahomet nie wygłasza apologij dla pierwszych, ani też nie przechwala się drugiemi. Każdy z tych czynów podyktowało mu serce, a wymagała taka lub inna okoliczność. Człowiek ten nie posiadał mowy słodkawej! Jeśli okoliczność tego żąda, objawia się w nim jakieś niewinno-naiwne okrucieństwo: ten nie namyślał się długo. Mówi on często o wojnie w Tabuku. Ludzie jego, wielu z nich przynajmniej, wzdragali się wówczas iść naprzód, składając winę na upały, żniwa oraz inne pozory: nie może on tego zapomnieć w żaden sposób. — Wasze żniwo? Ależ ono jest rzeczą dnia jednego. Cóż się stanie ze żniwem waszem przez wieczność całą? Czas gorący? Tak, zapewne, gorąco, — ale „w piekle będzie goręcej!“ Czasami rzuca gruby sarkazm, jak naprzykład mówiąc do niewiernych: „Otrzymacie sprawiedliwość za czyny wasze, będą wam one skrupulatnie zważone: nie będziecie oszukani na wadze!“ Zawsze przykuwa on wzrok do samej rzeczy, i widzi ją, a wielkość jej dotyka czasem niemocą jego serce. „Napewno!“ — powiada. Wyraz ten widnieje czasami w Koranie, jako sam przez się tworzący zdanie: „Napewno!“
I żadnego dyletantyzmu w Mahomecie, jest to wszystko dla niego kwestyą potępienia i zbawienia, czasu i wieczności — bierze ją całą siłą życia do serca! Dyletantyzm, hipoteza, wyrozumowywanie, rodzaj amatorskiego poszukiwania prawdy, igranie z nią i kokietowanie — jest najbardziej zbrodniczym grzechem, źródłem wszelkich innych, możliwych do wymarzenia. Polega on na tem, że serce i dusza człowieka nigdy się dla prawdy nie otworzyły, „żyjąc w marnej pozorności.“ Człowiek taki nietylko wyraża i tworzy fałsze, lecz sam jest fałszem. Pierwiastek racyonalny i moralny — iskra boża — spoczywa w nim głęboko w nieruchomym paraliżu i śmierci żywej. Nawet fałsze Mahometa są prawdziwsze od prawd takiego człowieka, gdyż człowiek ten jest nieszczery: gładki, szanowany gdzie i kiedykolwiek, nieszkodliwy, niekarcący nikogo, jest on zupełnie niewinny — tak właśnie, jak kwas węglany, co będąc trucizną, śmierć przynosi.
Nie mamy zamiaru chwalić bezwzględnie przepisów moralnych Mahometa, jako bezwzględnie najlepszych; wolno mi jednak powiedzieć, że tkwi w nich zawsze dążność ku dobru, że podyktowało je prawdziwe serce, widzące przed sobą sprawiedliwość i prawdę. Nie znajdujemy tu szczytnego przebaczenia chrześcianizmu, nakazu podstawienia drugiego policzka, kiedy w jeden uderzono: winniście się zemścić, ale z umiarkowaniem, bez przesady, nie przekraczając granic sprawiedliwości. Z drugiej znów strony islam, jak wszelka wielka wiara i intuicya, co do treści człowieka najzupełniej równa wszystkich: dusza jednego wierzącego posiada więcej wagi, niż wszystkie królestwa ziemskie; wszyscy ludzie, według islamu, są równi. Mahomet kładzie nacisk nie na to, że przystoi dawać jałmużnę, lecz, że dawać ją stanowi konieczność obowiązującą; określa on ściśle prawem, ile dać należy — i niech już każdy na własny strach i ryzyko dba o to prawo, lub o nie nie dba. Dziesiąta część dochodu rocznego, jakibądźkolwiek mógłby być ten dochód, jest własnością biednych, dotkniętych cierpieniem, potrzebujących pomocy. Dobre to jest wszystko: tak przemawia głos naturalny ludzkości, litości i sprawiedliwości z głębi serca tego dzikiego syna natury.
Zapewne, raj i piekło Mahometa odznaczają się zmysłowością, w jednym i w drugiem wiele znajdziemy takiego, co urazi w nas wszelkie poczucie duchowe, — należy jednak pamiętać, jako rzecz tak się już miała u Arabów, że zmiany, jakie Mahomet wprowadził do tego wszystkiego, łagodzą i zmniejszają złe. Największe też zmysłowości są dziełem nie jego samego, lecz teologów i uczni. Sam Koran bardzo w rzeczy samej mało mówi o rozkoszach raju, każe się ich bardziej domyślać, niż nacisk na nie kładzie: nie zapomina też powiedzieć, że nawet najwyższe rozkosze muszą być tam duchowe: sama obecność Najwyższego przenosi nieskończenie wszelkie inne rozkosze. Koran mówi: „powitaniem waszem niech będzie Salam“ (pokój wam): Pokój — rzecz, której wszelka dusza rozumna pożąda, której nadaremno na tym padole szuka, jako jedynego błogosławieństwa. „Usiądziecie na siedzeniach jedni naprzeciw drugich i wszelka wrogość będzie wyrzucona z serc waszych.“ Wszelka wrogość!... Będziecie kochali się nawzajem swobodnie, i w oczach braci dość będzie nieba dla każdego z was!
Co się tyczy tego raju zmysłowego i zmysłowości Mahometa, to jest to najprzykrzejszy dla nas przedmiot, o którym wiele dałoby się powiedzieć, ale w szczegóły którego nie wypada nam tu wchodzić. Pozwolę sobie tylko na dwie uwagi, pozostawiając następnie kwestyę na dobrą wiarę słuchaczy. Pierwszej z nich dostarczył mi Goethe: jest to wskazówka przypadkowa, zasługująca, jak mi się zdaje, na wspomnienie, a znajdująca się w jednym z opisów w „ podróżach Meistera.“ Bohater tam trafia do towarzystwa ludzi o bardzo dziwnych zwyczajach, z których oto jeden: „wymaganiem naszem — powiada mistrz — jest, aby każdy z należących do naszego stowarzyszenia zadał sobie przymus w pewnym kierunku,“ aby szedł w jakiejś kwestyi zawsze wprost wbrew swojej żądzy i zmusił siebie do spełnienia czegoś, czego nie pragnie, „chociażbyśmy mu mieli pozostawić we wszystkiem innem tem większą swobodę co do pozostałych punktów.“ Jest w tem, jak mi się zdaje, wiele racyi. Zło spoczywa nie w korzystaniu z tego, co przyjemne, lecz w doprowadzeniu siebie przez przyjemności do niewoli moralnej. Uważam więc za prawo doskonałe, by człowiek stwierdził, że panuje nad swemi przyzwyczajeniami, że mógłby wstrząsnąć i zrzuciłby ich jarzmo w razie zjawienia się powodu. Miesiąc ramadan dla muzułmanów i wiele innych rzeczy w religii Mahometa, jako też i w życiu jego, w tym się zwracają kierunku — jeśli nie rozmyślnie lecz świadomie postawionego przezeń celu doskonalenia się moralnego, to w każdym razie dzięki pewnemu zdrowemu i męzkiemu instynktowi, który też jest dobry.
Coś innego jeszcze można powiedzieć o niebie i piekle mahometanów, a mianowicie, iż, jakkolwiek są one grube i materyalne, tworzą emblemat wiecznej prawdy, o której niezawsze pamiętano gdzieindziej. Ten gruby i zmysłowy raj, to okropne piekło płonące, wielki, olbrzymi dzień sądu, na który Mahomet ciągle kładzie nacisk, — czemże jest to wszystko, jeśli nie pierwotnym, powstałym z prostaczej wyobraźni Beduina cieniem tej wielkiej prawdy duchowej, początku prawd, o której też i nam koniecznie trzeba wiedzieć, a mianowicie cechy nieskończoności obowiązku? Do tej duszy dzikiej Araba przeniknęła — aby się wyryć tam w zgłoskach ognistych — prawda, że czyny człowieka tutaj posiadają dla niego samego nieskończoną wagę i nigdy przenigdy ani nie giną, ani nie kończą się, — że człowiek o krótkiem życiu wznosi się aż do nieba i spuszcza się aż do dna piekieł, — że w granicach jakichś sześćdziesięciu lat czasu zamyka on w sposób straszliwy i cudowny wieczność. Płomieniem oraz błyskawicą wszystko to w tej duszy zostało wypisane, zawsze dlań jest obecna prawda ta straszliwa i niepojęta, i wśród wybuchów żarliwości usiłuje on ją wypowiedzieć, wcielając w to niebo i piekło, wyrażając ją nawpół zaledwie, z dziką i grubą szczerością, niezdolny do jej całkowitego wyrażenia. Jakbądźkolwiek wcielona — jest to najpierwsza z prawd. Na pytanie: jaki jest cel główny człowieka na ziemi? — Mahomet odpowiada w sposób, który mógłby zawstydzić niektórych z nas! Nie czyni on, jak jaki Bentham, jaki Paley, nie bierze tego, co prawe i nieprawe, wyliczając straty i korzyści tudzież ostateczną przyjemność jednego i drugiego, nie dochodzi przez dodawanie oraz odejmowanie do jakiegoś ścisłego wyniku, aby wreszcie zapytać: czy też w gruncie rzeczy prawy nie ma znacznej przewagi? Nie, nie jest lepiej uczynić jedno, niż drugie; prawość i nieprawość tak się mają do siebie, jak życie do śmierci, jak niebo do piekła. To winniśmy uczynić bezwarunkowo, tego w żadnym razie uczynić nie powinniśmy. Nie trzeba tych dwóch rzeczy porównywać, są one bowiem niewspółmierne: to przedstawia się człowiekowi jako życie wieczne, a to jako śmierć wieczna. Gdybyście mnie zapytali, czy Bentham, ze swą pożytecznością, ze swą opartą na korzyści i stracie cnotą, zmieniając ten świat boży w jakąś martwą maszynę parową, a nieskończoną i boską duszę ludzką w rodzaj wagi do ważenia niby siana i węgla, przyjemności i przykrości, — czy też Mahomet daje nam najbardziej nędzny i fałszywy pogląd na człowieka i jego w tym wszechświecie przeznaczenie, — odrzekłbym: nie Mahomet!
Streszczając powyższe, powtórzę, że religia Mahometa jest odmianą chrześcianizmu; że tkwi w niej szczery pierwiastek tego, co jest duchowo najwyższem, — przeświecający przez nią, pierwiastek, który nie powinien być dla oczu naszych zasłoniętym przez żadne niedoskonałości. Skandynawskiego boga żądzę rozszerzył Mahomet w niebo, lecz niebo symboliczne obowiązku świętego, na które trzeba zasłużyć wiarą i dobremi uczynkami, mężnym czynem oraz boską cierpliwością, w której jeszcze więcej męztwa. Jest to poganizm skandynawski z istnie niebiańskim dodatkiem. Nie nazywajcie tej religii fałszywą, patrzcie na jej prawdę, nie zaś na jej fałsz. Ona stanowiła religię i wiatyk piątej części całej rodziny-ludzkości w ciągu tych ostatnich wieków dwunastu. Oprócz tego wszystkiego, była to religia, w którą z głębi serca wierzono. Ci Arabi wierzą w swoję religię i żyć nią usiłują! Nigdy, od najpierwszych czasów, za wyjątkiem chyba może purytanów angielskich z czasów nowożytnych, chrześcianie nie okazali takiej niezłomności w swojej wierze, jaką muzułmanie okazują w swojej, wierząc w nią całkowicie, śmiało z nią stając wobec czasu i wieczności. I tej nocy stróż uliczny w Kairze na wołanie: „kto idzie?“ usłyszy z ust przechodnia wraz z odpowiedzią słowa: „niema Boga, oprócz Boga.“ Allah Akbar, Islam — wyrazy te rozbrzmiewają wśród całej pospolitości istnienia w duszach tych milionów smagłych istot. Gorliwi misyonarze szerzą tę religię na zewnątrz wśród Malajczyków, czarnych Papuasów, podobnych do zwierząt bałwochwalców, zastępując nią to, co gorsze — lecz nic z tego, co lepsze lub dobre.
Dla plemienia Arabów tworzyło to zrodzenie się z ciemności do światła i dzięki tej wierze Arabia po raz pierwszy ożyła. Nędznemu narodowi pasterskiemu, tułającemu się wśród swych pustyń, nieznanemu od początku świata — zesłany został z wysokości prorok — bohater, ze słowem, w które uwierzyć było można, — i patrzcie! — nieznany stał się znanym światu całemu, mały — jak świat urósł. W sto lat później Arabia jest z jednej strony w Grenadzie, z drugiej w Delhi. Iskrząc się męztwem, i wspaniałością i światłem geniuszu, Arabia świeci przez długie wieki ponad ogromną częścią świata. Wiara jest potężną i życiodawczą. Zaledwie naród jakiś uwierzy, a wnet staje się płodnym, podnoszącym ducha, wielkim. Cała ta historya z Arabami, z tym człowiekiem Mahometem i cały ten wiek, nie wyglądaż to wszystko jako iskra, iskra jedyna, która padła na świat tego, co zdawało się czarnym, uwagi niegodnym piaskiem: lecz oto piasek okazał się prochem wybuchowym i zapłonął wysoko, niby niebo, od Delhi do Grenady! Powiedziałem: wielki człowiek był zawsze jako błyskawica, z niebios tryskająca: reszta ludzi oczekiwała go jako materyał palny — aby też rozpłonąć!

(Piątek, 8 maja 1840).






Przypisy


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Thomas Carlyle i tłumacza: anonimowy.