Strona:Thomas Carlyle - Bohaterowie.pdf/90

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


czemu wszystko to odpowiada, czego jest koniecznym wyrazem, — lub, w przeciwnym razie, jest to wprost bałwochwalstwo są to „udające Boga kawały czarnego drzewa,“ przedmiot śmiechu i obrzydzenia dla wszelkiej duszy myślącej. Bałwochwalstwo, jakbądźkolwiek wyzłocone, którego sługami byli Korejszyci, nie zdołało wcale zaspokoić tego człowieka. Chociaż wszyscy ludzie niem żyją, — cóż mu z tego? Wielka rzeczywistość stoi tam wobec niego, patrząc uporczywie. On musi jej odpowiedzieć, lub nędznie zginąć, — odpowiedzieć zaraz, natychmiast, lub inaczej nigdy, przez wieczność całą! Ambicya? Cóż cała Arabia potrafiłaby uczynić dla tego człowieka? Cóż mogła dla niego stanowić korona Greka Herakliusa, Persa Chozroesa i wszystkie korony świata? Nie o ziemię mu chodziło, lecz o niebo nad nim i piekło pod nim. Po kilku latach w cóż sądzono było się obrócić wszystkim koronom i panowaniom? Zostać szejkiem Mekki lub całej Arabii i dzierżyć w ręku kawałek wyzłoconego drzewa, — w temże to zbawienie człowieka? Stanowczo myślę, że nie. Zostawimy całkiem na stronie ową hipotezę oszukaństwa jako najzupełniej nie do wiary i godną odrzucenia.
Mahomet stale oddawał się w ciągu miesiąca ramadanu samotności i ciszy, jako to istotnie przyjęto w Arabii. Godny to uznania zwyczaj, który szczególnie takiemu człowiekowi musiał się zdawać naturalnym i zbawiennym. Tak naturalny to był zwyczaj to pozostawanie w łączności tylko z własnem sercem, otwartem na „słodkie, małe głosy,“ w ciszy gór, w milczeniu. W czterdziestym roku życia Mahomet, oddaliwszy się do jakiejś jaskini góry Hary, w okolicach