Strona:Thomas Carlyle - Bohaterowie.pdf/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nie zdało mi się tak przykrem. Jest to mętna i nużąca, niestrawna i potworna plątanina, coś nieznośnie głupiego jednem słowem! Chyba tylko poczucie obowiązku może zmusić Europejczyka do odczytania całego Koranu. Czytamy to, jakbyśmy czytali kupy nieczytelne starych papierów w archiwum państwowem, sądząc, że uda się nam może pochwycić jakiś promyk, padający na osobistość wybitną. Prawda, że Koran naszym oczom przedstawia się w sposób najniekorzystniejszy; Arabi więcej w nim widzą harmonii. Sektatorowie Mahometa znaleźli go w urywkach, tak jak się przedstawiał w pierwszej chwili ogłoszenia; większą część napisano na baranich łopatkach, a wszystko razem rzucono na kupę do pudła. Wydano go pierwotnie bez żadnego porządku widocznego, chronologicznego lub jakiegokolwiek, starając się tylko, jak się zdaje, — chociaż i tego nie trzymano się ściśle, — umieścić na początku najdłuższe rozdziały. W taki sposób początek istotny znalazł się przy końcu prawie, albowiem właśnie najdawniejsze rozdziały były najkrótsze. Być może, że przy czytaniu w porządku historycznym nie zdałby się ten Koran takim nędznym. Znaczna też jego część posiada rytm w oryginale, jakąś, jak mówią, dziką śpiewność: to też może być nader ważnym względem, i przekład wiele mógł pod tym względem utracić. Pomimo jednakże wszystkich tych ustępstw, musimy czuć, że trudno jest pojąć, jak mógł kiedykolwiek jakikolwiek śmiertelnik uważać go za w niebie napisaną księgę, której ziemia jest niegodna, — za napisaną dobrze książkę, książkę wszystkiego, a nie zaś za jakąś rapsodyę błędną, napisaną — możemy powiedzieć napisaną — tak źle, jak źle żadnej chyba książki