Ugłaskanie sekutnicy (Shakespeare, tłum. Ulrich, 1895)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Shakespeare,
Józef Ignacy Kraszewski (przedmowa)
Tytuł Ugłaskanie sekutnicy
Pochodzenie Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare (Szekspira) w dwunastu tomach. Tom IX
Data wydania 1895
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Leon Ulrich
Tytuł orygin. The Taming of the Shrew
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tom IX
Pobierz jako: Pobierz Cały tom IX jako ePub Pobierz Cały tom IX jako PDF Pobierz Cały tom IX jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii
Selous - Ugłaskanie sekutnicy.jpg

UGŁASKANIE SEKUTNICY.



Ugłaskanie Sekutnicy.

K

Komedya ta należy do najpierwszych dzieł Szekspira; jest to utwór młodości; w całem znaczeniu tego wyrazu, dobroduszna i naiwna, pełna życia, ale w poezyę nie obfita, ma na sobie jakąś barwę średniowieczną; dowcip w niej trochę rubaszny i gminny, lecz ostry i zabawny; filozofii owej późniejszej, którą Szekspir czerpał z życia, z doświadczenia, z Montaigne’a, z własnych przygód i smutnego widoku świata, nie czuć tu jeszcze wcale. Płynie to bardzo żwawo, raźno, hałaśliwie, ciągłą akcyą, nie wdając się w żadne marzenia i poglądy, prosto do celu. Dla młodego poety teatr był jeszcze cały ruchem; dramat przedewszystkiem musiał być wyrazistym, dobitnym, niemal jaskrawym, bo takim wziął go z rąk z swoich poprzedników.

Za życia Szekspira komedya ta nie była wcale drukowaną, wyszła dopiero w zbiorowem wydaniu 1623 roku. To najmocniej dowodzi, że jest niewątpliwie dziełem jego. Chciano temu zaprzeczać, opierając się na tem, iż zupełnie podobna, ale bez imienia autora, ukazała się w roku 1594, pod tytułem: Pleasaunt Conceited Historie, called the Taming of a Shrew. As it hath beene sundry Times acted by the right Honourable the Earle of Pembrooke his Servants. Drugie jej wydanie z roku 1596, trzecie z 1607, nie mają także imienia autora.
Tekst pomieszczony w wydaniu 1623, rożni się znacznie od 1594, ale nie więcej, niż dwie redakcye Romea i Julii i dwóch Hamletów. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że komedya z 1594 jest tak dobrze Szekspira, jak późniejsza poprawiona. Inaczej byłby to plagiat dziwny, gdyż osnowa, sceny, rozmowy są te same, ale w ostatecznej redakcyi nieskończenie umiejętniej i staranniej wykończone.
Spór o tę komedyę był gorący; Farmer zaprzeczał autorstwa Szekspira, Pope mu ją przyznawał. Oskarżano poetę o przerobienie tylko Green’a, Marlowe’a lub Peel’a.
Malone i Steevens opierali się na błahym tym fakcie, że trupa lorda Pembroke’a była współzawodniczką tej, do której Szekspir należał — chociaż wiadomo, że w pierwszych trzech latach pobytu w stolicy prawdopodobnie pracował razem z Marlowe’em i Green’em.
W Meres’a Palladis Tamia, sztuka nie jest wspomnianą, Delius twierdzi, iż dlatego, że ją miano za przerobienie; W czwartym akcie jest alluzya do dramatu Heywood’a „Kobieta, którą czułością gubią,“ Henslowe zaś w dzienniku pisze, że dramat ten przedstawiany był w latach 1602 — 1603. Zdaje się też, że Flechter’a „Women pleased“ była znaną Szekspirowi, a ta jest z r. 1604.
Wedle wszelkiego podobieństwa Ugłaskanie Sekutnicy, musi być mniej więcej współczesnem z Komedyą Omyłek, Dwoma Panami z Werony, Straconymi zachodami miłości. Daje się to czuć szczególniej w oryginale, językiem, stylem i formą wiersza.
Prolog, w którym pijanica przebrany jest za pana, zupełnie podobny do naszej starej komedyi „Z chłopa król“ Baryki (o czem niżej) wzięty jest z Tysiąca Nocy, to jest z odwiecznych podań Wschodu (Abu Hassan i Kalif Arun). Użył go Calderon w dramacie, „Snem życie,“ Holberg w „Jeppe paa Bierge.“ Podobną przygodę pijanicy, jako fakt historyczny opisuje Heutterus i Goulard w swym Skarbcu. Z Goulard’a Richard Edwards ogłosił ją po angielsku w r. 1571. Z tej książeczki, którą Szekspir mógł czytać, będąc jeszcze w szkółce, kładziemy całe to opowiadanie naiwne.
„Sen człowieka na jawie“ — Za czasów, gdy Filip, książę Burgundyi, (który uprzejmością swą i łagodnością nabył nazwiska Dobrego), trzymał wodze rządu w Flamskim kraju, książę ten, który był humoru wesołego i pełen dobroci rozważnej, częstokroć się zabawiał w sposób wielce osobliwy, a co się zowie pański; w czem okazywał niemniej dowcipu niż roztropności.“
„Będąc on raz w Brukselli, z całym dworem swym, gdy u stołu dużo rozprawiano o marności rzeczy ludzkich i wielkościach światowych, dał wszystkim mówić, jako się komu żywnie zdało. Potem zaś, nad wieczór, przechadzając się po mieście, a głowę mając różnego myślenia pełną, ujrzał wyrobnika śpiącego w kącie bardzo głęboko, bo mu wyziewy Bachusowe mózg przyćmiły. Na rozkazanie księcia, ludzie jego śpiącego chwycili, który jako drewno nieczułym będąc, nie ocknął się, i zanieśli go do najwspanialszej części pałacu, do komnaty po książęcemu przybranej. Tu złożywszy go na łożu bogatem, zdjęto zeń suknie jego odrapane, a nadziano mu koszulę bardzo cienką i czystą, w miejsce grubej i brudnej. Dano mu tedy spać tak do syta. A gdy trunek ów wysypiał, książę przygotował najzabawniejszą krotochwilę, jaką sobie wystawić można.
„Rankiem ocknął się pijanica ów, rozsunął zasłony wspaniałego i bogatego łoża, a ujrzawszy się w izbie strojnej jako jeden Raj, poglądał na sprzęt bogaty ze zdumieniem, które sobie wystawić łatwo. Nie wierząc oczom swym, palcami w nich dłubał, choć czuł, że otwarte były, sądząc, że jeszcze je sen zamykał, i że to wszystko czczą było marą.
„Jak tylko postrzeżono, że się przebudził, zbliżyli się dworzanie domu książęcego, już nauczeni, jak sobie postępować mieli, paziowie wspaniale przyodziani, urzędnicy i komornicy pańscy, dwór i wielki podkomorzy. Wszyscy w porządku wielkim, nie śmiejąc się, nieśli ubranie dla tego nowego gościa. Poczęli go czcić i honorować jakby książęcia panującego, służąc mu z odkrytemi głowami, a dopytując, jakiby strój wdziać chciał dnia tego.
„Ów tedy parobek, zrazu przestraszony myślą, iż to czarami i marzeniem być mogło, wreszcie pokorą tych osób ubezpieczony, nabrał serca, ośmielił się, pogodną twarzą jął przyjmować wszystko, wybrał sobie z ubrania jedno, które mu przypadło do smaku, a miało mu najlepiej przystawać. Zaczem odziany po królewsku, usłużony z obrzędami cale dlań nowymi, poglądał na wszystko, nie mówiąc nic i wielce bezpiecznie.
„Że się późno ocknął, a pora obiadowa już się zbliżała, pytano go, czyliby do stołu nie chciał iść. Zgodził się na to... Jadł tedy ze wszelkim obyczajem książęcym, smaczno pożywając i zębów nie żałując, ale pił umiarkowanie, ażeby powagi swej nie tracić. Gdy potem ze stołu zebrano, zabawiano go coraz innymi sposoby, po obiedzie czas różnemi zajmując igrzyskami, muzyką, tańcem, teatrem... Godzina wieczerzy się zbliżała, więc go wiedziono przy odgłosie trąb i obojów do wielkiej sali, w której długie stoły zastawne były potrawami najdelikatniejszemi. Pochodnie płonęły po rogach, dzień z nocy czyniąc. Nigdy ów zmyślony książę uczty takiej nie kosztował. Poczęto zapijać krajowym obyczajem. Dano mu wina bardzo mocnego, hypokrasu dobrego, które łykał całą gębą, często doń powracając, a to tak skutecznie, że opiwszy się nad miarę, wreszcie uległ bratu śmierci i usnął.
„Naówczas prawdziwy książę, który między dworem stał, aby się tą igraszką nacieszyć, rozkazał go z pięknych sukni zwlec, odziać w dawne łachmany, i odnieść na to miejsce, kędy go wprzód znaleziono. Co też natychmiast się spełniło. Spał tedy noc całą, nie czując wcale ani twardych kamieni, ani chłodu, tak miał dobrze opatrzony żołądek. Obudzony rano przez przechodnia, czyli też przez człowieka nasadzonego przez księcia — A, mój przyjacielu, — rzekł — cóżeś to uczynił! Ukradłeś mi królestwo. „Wyrwałeś mnie z najsłodszego, najszczęśliwszego snu, jaki miałem w życiu.“
Za prolog sztuki służy Szekspirowi ten pijanica, przed którym później aktorowie dworscy grają komedyę o Sekutnicy. W pierwszem wydaniu prologowi odpowiada w końcu epilog który w edycyi 1623 r. jest opuszczony.
Do Ugłaskanej Sekutnicy, jako źródło, niedawno wskazane, służyła komedya z Ariosta wzięta, pod tytułem: Suppositi. W r. 1566 tłómaczył ją na język angielski Gascoigne. Szekspir albo angielski przekład ten, albo oryginał włoski musiał mieć pod ręką, a użyć go mógł, bo język włoski dobrze rozumiał. Znać to z mnogich cytat w dramatach, poprawniejszych niż francuskie. Wszystkie postacie z „Suppositi“ z wyjątkiem pasożyta, znajdują się w Sekutnicy.
W miejsce Bianki występuje Polinesta, której ojciec Damonio (Baptysta) chce ją wydać za starego doktora Cleandra (Gremio). Polinesta kocha Erostrata (Lucencyo), a ten, nie jako nauczyciel wkrada się do domu, ale jako służący (Dulippo) Tranio itp.
Historia Petruchia i Kasi, stanowi osobny dramat. Garrick w r. 1756 przerobił go oddzielnie na rodzaj farsy. Podanie, jak widać z całego charakteru jego, wzięte z ust ludu. Gervinus przywodzi powieści i farsy o takiem ujarzmieniu złośnicy; mybyśmy przypomnieli jedną z noweli Boccacia, o radzie Salomona i Gęsim Moście, gdzie też jest coś podobnego. W Chettle’a Gryzeldzie kontrast z łagodną bohaterką stanowi taka złośnica. We wszystkich literaturach, zbiorach gadek i powieści starych, podobne powieści, mutatis mutandis się odzywają. Niemcy mieli już w r. 1672 komedyę tę przerobioną we dwóch częściach, którą o tym czasie grywano w Dreznie. W naszych jowialites, facecyach i fraszkach, powtarza się często ta zła opinia o niewiastach i przekonanie o potrzebie gwałtownych środków, o władzy i prawach mężczyzny. Stosunkowo jednak, w Polsce, choć na ucinkach nie brakło, niewiasta była w większem niż gdzieindziej poszanowaniu.
Co do komedyi samej — jako dzieło młodzieńcze, ma ona cechy właściwe wiekowi. Ostro i jaskrawo choć nader dramatycznie występuje główny bohater; w innych postaciach znać przeważnie wpływ teatru włoskiego i jego typy niezmienne, powtarzające się, uświęcone: sług, ojców rozpustnych synów i t. p.
Polska komedya Baryki, o której wyżej wspomnieliśmy, jest dziś wielką rzadkością bibliograficzną, dlatego dołączymy kilka o niej szczegółów. Tytuł brzmi:
Z chłopa Król, Komedya Dworska, którey argument podobny masz w Facecyi pierwszey Facecyj Polskich o Pijanicy, co Cesarzem był. Od Piotra Bryki napisana y na dworze J. M. Pana A. Ł, wyprawiona, w Krakowie. Z drukarni Macieja Andrzejowczyka, roku Pańskiego 1637.
Z dedykacyi okazuje się, że sztuka napisana czasu koronacyi Władysława IV, grana przez sługi p. A. Ł. na dworze jego „słuchana była z sąsiady i gośćmi chętliwemi.“
Podobieństwo z prologiem Szekspira nie ciągnie za sobą, aby angielska sztuka za wzór służyć mogła. Raczejbyśmy przypuścili przerobienie jakieś niemieckie lub holenderskie.
Osoby w naszej komedyi są następujące: Dworacy: Myśliwiec i Piwowski; Ciurowie, Żołnierze, Ospalski, Przecherski, Rotmistrz, dalej żołnierze także: Pijanowski, Kwasipiwski, Kuflowski, Dzbanowski, Czopowski, Zyburowski. W intermedyach wychodzą: Moczygębski, Brzuchowski, Hryczko, Służalec, Skoczylas, Żyd. Komedya dla języka i niektórych szczegółów obyczajowych bardzo ciekawa, jako próba dramatyczna, nader słaba.




OSOBY:
Pan.  w Prologu.
Krzysztof Slaj (Sly), pijany kotlarz
Karczmarka, Paź, Aktorowie, Strzelcy i Służba.


Baptysta, bogaty szlachcic z Padwy.
Wincencyo, stary szlachcic z Pizy.
Lucencyo, syn Wincencya, zakochany w Biance.
Petruchio, szlachcic z Werony, kochanek Katarzyny.

Gremio,  kochankowie Bianki.
Hortensyo,
Tranio,  słudzy Lucencya.
Biondello,
Grumio  słudzy Petruchia.
Kurtys,

Pedant.

Katarzyna, sekutnica,  córkl Baptysty.
Bianka, jej siostra,

Wdowa.
Krawiec, Kramarz, Słudzy Baptysty i Petruchia.


Scena częścią w Padwie, częścią w wiejskiem mieszkaniu Petruchia.


Ugłaskanie Sekutnicy.

PROLOG.
SCENA I.
Przed karczmą na polu.
(Karczmarka i Slaj).

Slaj.  Wygrzmocę cię, na uczciwość!
Karczm.  Dyby dla ciebie, włóczykiju!
Slaj.  A ty przekupko! Nie było włóczykija w rodzinie Slajów. Czytaj kroniki; przybyliśmy do Anglii z Ryszardem Zdobywcą. A więc: paucas palabris; niech świat idzie swoją drogą: Sessa!
Karczm.  Co? nie zapłacisz potłuczonych szklanek?
Slaj.  Nie, ani szeląga, na św. Hieronima! Ruszaj mi zaraz do twojego zimnego łóżka i rozgrzej się.
Karczm.  Mam ja na ciebie lekarstwo; idę zawołać dziesiętnika (wychodzi).
Slaj.  Zawołaj sobie dwudziestnika i trzydziestnika; odpowiem mu artykułem prawa. Nie ustąpię jednej piędzi; niech tylko przyjdzie, zobaczymy.

(Kładzie się na ziemi i zasypia. — Przy odgłosie rogów wraca Pan z polowania i Służba).

Pan.  Strzelcze, miej dobre o psach mych staranie;
Biedny Wesoły na grudzie ochromiał;
Zesforuj zaraz Dudę z Zapaśnikiem.
A czy widziałeś, jak się Białek sprawił

Na skręcie płotu, gdy wszystkie ucięły?
Za sto talarów nie chciałbym go stracić!
1 strzelec.  Płaczek, mój panie, jest dobry jak Białek,
On jeden trzymał i po zwierzu gonił,
Gdy wszystkie inne dwa razy zatarły;
Wierzaj mi, panie, to pierwszy pies w łai.
Pan.  Ba! gdyby Echo tak jak on był rączy,
Jabym go nie dał i za tuzin Płaczków.
Lecz teraz wszystkim dobrą daj nawarę,
Bo jutro także zamierzam polować.
1 Strzelec.  Idę i dojrzę wszystkiego, jak trzeba.
Pan  (postrzegając Slaja). Cóż to? umarły człowiek, czy pijany?
2 Strzelec.  Oddycha: gdyby nie grzała go wódka,
Zimne byłoby łoże na sen taki!
Pan.  O, brudne bydlę! jak wieprz w błocie leży.
O, śmierci, jakże obraz twój jest szpetny!
Pijak ten dobrą stręczy mi zabawę.
Kiedy w wygodne poniesiem go łóżko,
Gdy go owiniem w wonne prześcieradła,
Włożym na palce kosztowne pierścienie,
Przy łóżku ucztę wykwintną zastawim,
Gdy zbudzonego sług przyjmie czereda,
Czy swej przeszłości żebrak nie zapomni?
1 Strzelec.  Nie wątpię, że się za magnata weźmie.
2 Strzelec.  Dziwne dla niego będzie przebudzenie.
Pan.  Tak snów rozkosznych przelotna ułuda.
Weźcie go, wszystko przyrządźcie, jak trzeba;
Do najpiękniejszej komnaty go wnieście,
W koło najmilsze rozwieście obrazy,
Omyjcie kudły jego wonnościami,
Pachnącem drzewem dom okadźcie cały,
Słodką muzykę miejcie w pogotowiu,
Aby zbudzenie jego powitała,
A pamiętajcie, gdy otworzy usta,
Wszyscy z pokornym powtarzać ukłonem:
Co nam dostojność wasza rozkazuje?
Jeden ze srebrną niech stoi miednicą,
Pełną różanej wody, pełną kwiatów;

Z adamaszkowym inny znów ręcznikiem,
Inny ze dzbankiem niech pokornie mówi:
Czy wielkość wasza ręce pragnie umyć?
A inny znowu niechaj go zapyta,
Jakie dziś szaty z garderoby dobyć.
Niech inny prawi o jego psach, koniach.
O smutku pani z tej jego słabości;
I wmówcie w niego, że był lunatykiem.
Jeśli przypadkiem powie, że jest kotlarz,
Wołajcie wszyscy, że marzy na jawie,
Bo on jest panem wielkim i potężnym.
Wszystko to niech się dzieje naturalnie,
A będziem mieli wyborną zabawę,
Jeśli swe role dobrze odegracie.
1 Strzelec.  Wszelkiego, panie, dołożym starania,
Aby nakoniec głęboko uwierzył,
Ze jest w istocie, za co go bierzemy.
Pan.  A więc co prędzej nieście go do łóżka,
Bądźcie gotowi, jak tylko się zbudzi.

(Wynoszą Slaja; słychać za sceną trąbkę).

Idź i zapytaj, co trąbka ta znaczy? (Wychodzi jeden).
To może jaki pan podróżujący
Na wypoczynek chce się tu zatrzymać! (Wchodzi Sługa).
Cóż to?
Sługa.  Aktorów wędrujących trupa,
Służby ci swoje ofiaruje, panie.
Pan.  Niech się tu stawią. (Wchodzą Aktorowie).
Przybywacie w porę.
Aktor.  Za dobre słowo dziękujem pokornie.
Pan.  Czy chcecie noc tę w domu mym przepędzić?
2 Aktor.  Jeśli pan raczy służby nasze przyjąć.
Pan.  Z całego serca. Przypominam sobie,
Ze kiedyś tego widziałem aktora,
W roli dzierżawcy najstarszego syna,
Jak do szlachcianki stroił koperczaki;
Z pamięci imię twoje mi wybiegło,
Ale pamiętam dobrze, że swą rolę
Z naturalnością rzadką odegrałeś.

Aktor.  Jak sądzę, panie, to mówisz o Soto.
Pan.  Zgadłeś. W twej roli byłeś niezrównany.
W szczęśliwą dla mnie przybywacie porę,
Bo mam na myśli wyborną zabawę,
W której mi wielką będziecie pomocą.
Jest tu pan, który dziś chciałby was widzieć;
Na wstrzemięźliwość mogęż liczyć waszą?
Lękam się, żeby dziwactw jego widok
(Bo ten pan nigdy komedyi nie widział)
Waszych niewczesnych śmiechów nie wywołał,
I dostojnego nie obraził widza,
Bo was ostrzegam, że uśmiech wasz jeden
Może rozbudzić jego niecierpliwość.
1 Aktor.  Nie bój się, panie, zdołamy się wstrzymać,
Choćby to pierwszy na świecie był cudak.
Pan.  Prowadź mi zaraz gości do kredensu,
Niech każdy dobre znajdzie tam przyjęcie,
Niechaj żadnemu na niczem nie zbywa.

(Wychodzi Sługa z Aktorami).

A ty dopilnuj, by paź mój, Bartłomiej,
Natychmiast damskie wdział na siebie szaty,
Wprowadź go potem do izby pijaka,
Z wielką pokorą panią go nazywaj;
Z mojej zaś strony dobrze mu wytłómacz,
Że gdy na łaski me zasłużyć pragnie,
W postępowaniu swem niech naśladuje,
Jak widział wielkie damy przy swych mężach;
Niech siądzie skromnie przy pijaka łożu,
Niech mu powtarza słodkim, cichym głosem:
Racz mi powiedzieć, mężu mój i panie,
Czem ci potrafi twa pokorna żona
I posłuszeństwa i miłości dowieść?
Niech potem głowę na piersiach mu oprze,
Niech go słodkimi kusi całunkami,
I łzy wylewa jakgdyby z radości,
Że pan szlachetny powrócił do zdrowia.
Gdy przez lat siedem upornie powtarzał,
Że był obrzydłym, ubogim żebrakiem.

Jeśli paź sztuki kobiecej nie umie
Łez gorzkich strugi na rozkaz wylewać,
Na to cebula wybornie się przyda;
Niechaj ją dobrze w swą zawinie chustkę,
A będzie płakał jakby Magdalena.
Bez straty czasu zrób co rozkazałem,
A później dalsze odbierzesz instrukcye.

(Wychodzi Sługa).

Mój paź potrafi dobrze naśladować
Głos, wdzięk i ruchy wykwintnej szlachcianki.
Chciałbym już słyszeć jak mężem go nazwie,
Chciałbym już widzieć, jak moi dworzanie
Śmiech będą tłumić, gdy pokorne służby
Będą składali temu prostakowi.
Teraz pośpieszę, aby moją radą
I obecnością miarkować rozpustę
I w należytych zamknąć ją granicach. (Wychodzą).


SCENA II.
Sypialny pokój w domu Pana.
(Slaj w bogatym szlafroku, otoczony Dworzanami; jedni trzymają różnego rodzaju suknie, inni miednicę i inne potrzeby toalety. Wchodzi Pan w ubiorze służącego).

Slaj.  Na miłość Boga, dajcie mi kwartę podpiwku.
1 Sługa.  Czy wielkość wasza chce szklankę węgrzyna?
2 Sługa.  Czy godność wasza nie pragnie konfitur?
3 Sługa.  Jakie dziś szaty wdzieje pan dostojny?

Slaj.  Nazywam się Krzysztof Slaj — dajcie mi pokój z waszą wielkością i godnością i dostojnością. Jak żyję, nie piłem węgrzyna, a jeśli chcecie dać mi konfitur, dajcie mi konfitur wołowych. Nie pytajcie, jakie chcę wdziać szaty, bo nie mam więcej sukni jak grzbietów, więcej skarpetek jak goleni, więcej trzewików jak nóg, a zdarza mi się nawet czasem, że mam więcej nóg jak trzewików, albo takie trzewiki, że wyglądają z nich pięty.

Pan.  Niech Bóg odwróci pańskie przywidzenia!
Ach, czemuż magnat wielki i potężny,
Słynny majątkiem, rodem i powagą,
Tak nizkie myśli w swojej duszy chowa!

Slaj.  Co? Czy wy chcecie do szaleństwa mnie doprowadzić? Czy to nie ja nazywam się Krzysztof Slaj, syn starego Slaja z Burtonheath; z urodzenia kramarz, z wychowania kartownik, dla odmiany niedźwiednik, a na teraz z profesyi kotlarz? Zapytajcie się Marysi Hacket, tłustej szynkarki z Wincot, czy mnie nie zna; a jeśli wam nie powie, że stoję u niej zapisany na czternaście groszy za szumówkę, ogłoście mnie za największego łgarza w całem chrześcijaństwie. Dzięki Bogu, jeszczem nie owaryował; to jest —

Sługa.  To właśnie budzi naszej pani boleść.
2 Sługa.  Przepełnia smutkiem dworzan twoich serca.
Te przywidzenia dziwne, z twego domu
Wygnały, panie, wszystkich twoich krewnych.
Stare twe myśli przywołaj z wygnania,
A wygnaj podłe i nizkie marzenia.
Patrz, jak cię koło wiernych sług otacza,
Każdy gotowy na twoje skinienia.
Czy pragniesz pieśni? Gra ci sam Apollo,

(Muzyka).

W klatkach dwadzieścia śpiewa ci słowików, —
Czy usnąć żądasz? Pościelem ci łoże
Miększe, wonniejsze od miękiej pościeli
Usłanej niegdyś dla Semiramidy.
Pragniesz przechadzki? Rozbijem kobierce.
Chcesz się przejechać? Koni twoich szory
Będą kapały złotem i perłami.
Chcesz wyjść z sokołem? Twój Ćwik, wielki panie,
Wyżej skowronka uleci ku niebu.
Wolisz polować? Gończych twoich granie
Rozbudzi echo po lasach i skałach,
Nawet mu same chmury odpowiedzą.
Sługa.  Chceszli z chartami polować? Smycz twoja
Wyprzedzi łatwo jelenia i sarny.

2 Sługa.  Lubisz obrazy? Zaraz ci przyniesieni
Nad przezroczystą strugą Adonisa,
Albo Wenerę ukrytą śród trzciny,
Która w oddechu jej zda się kołysać,
Jak gdy po trzcinie lekki wieje zefir.
Pan.  Pokażem Jo, gdy jeszcze dziewicą
Była Jowisza wybraną kochanką;
Wszystko tak żywe, jakby rzeczywistość.
3 Sługa.  Lub Dafne, kiedy przez ciernie ucieka,
Z nóg podrapanych, zda się, że krew płynie;
Łzy i krew sztukmistrz tak wiernie przedstawił
Żeby na widok płakał sam Apollo:
Pan.  Ty jesteś panem i niczem jak panem,
A twoja pani pięknością prześciga
Wszystkie kobiety w tym wyrodnym wieku.
1 Sługa.  A nim łzy, które dla ciebie wylała,
Twarz jej uroczą bladością powlekły,
Była najpierwszym świata tego cudem,
Choć i dziś jeszcze żadnej nie ustąpi.
Slaj.  Więc jestem panem? i taką mam panią?
Lub czyli marzę, czy dotąd marzyłem?
Ale nie, nie śpię, widzę, słyszę, mówię,
Wącham zapachy, czuję rzeczy miękkość;
Trudno już wątpić, tak jest, jestem panem,
A nie Krzysztofem Slajem, nie kotlarzem.
Więc mi co żywo przyprowadźcie panią,
A jak mówiłem i kwartę podpiwku.
2 Sługa.  Czy wielkość wasza pragnie umyć ręce?

(Sługi przynoszą mu dzbanek, miednicę i ręcznik).

O co za radość, że rozum ci wrócił!
Że wiesz nakoniec, czem byłeś i jesteś!
Igraszką marzeń byłeś lat piętnaście,
Lub rozbudzony byłeś jak w marzeniu.
Slaj.  Przez lat piętnaście! a tom uciął szpaka!
I przez piętnaście lat nic nie mówiłem?
1 Sługa.  Mówiłeś, panie, lecz zawsze bez ładu.
Bo gdy w tej pięknej leżałeś komnacie,
Wołałeś, że cię wyrzucono za drzwi,

I nieuczciwą łajałeś szynkarkę,
Chciałeś do wójta prowadzić, że piwo
W niestęplowanej podała ci kwarcie.
O Magdzie Hacket marmotałeś czasem.
Slaj.  Ach, ach, to była służąca w szynkowni!
3 Sługa.  Panie, szynkowni tej nie znasz ni dziewki,
Ani tych ludzi, o których prawiłeś,
Stefan Slaj, albo Jan Trębacz z Podgórza,
Lub Piotr Murawa, lub Henryk Biedrzeniec,
Albo dwadzieścia nazwisk tym podobnych,
Których nie było, których też nikt nie zna.
Slaj.  Dziękuję Bogu, żem przecie wyzdrowiał.
Wszyscy.  Amen.
Slaj.  Dziękuję, — nie stracicie na tem.

(Wchodzi Paź w ubiorze damy, Służba).

Paź.  Jak stoi teraz z mego pana zdrowiem?
Slaj.  Stoi niezgorzej, bo na jadle nie brak.
Gdzie żona moja?
Paź.  Tu, szlachetny panie.
Co żądasz od niej?
Slaj.  Jesteś moją żoną?
Czemuż mnie, proszę, mężem nie nazywasz?
Ja pan dla moich ludzi, lecz dla ciebie,
Dla ciebie jestem mężulkiem, czy słyszysz?
Paź.  Mężem i panem, panem mym i mężem,
A ja we wszystkiem posłuszną ci żoną.
Slaj.  Wiem o tem dobrze. Jak mam ją nazywać?
Pan.  Pani.
Slaj.  Pani Elżbietka, czy pani Joasia?
Pan.  Pani, nic więcej; taki panów zwyczaj.
Slaj.  Pani i żono! słyszałem przed chwilą,
Żem spał piętnaście lat a może więcej.
Paź.  Które od łoża twego oddalonej
Zdały się długie jakby lat trzydzieści.
Slaj.  Niema co mówić, czas trochę za długi.
Wynoś się służbo, zostawcie nas samych.
Rozbierz się, pani, i idźmy do łóżka.
Paź.  Szlachetny panie, błagam cię pokornie,

Racz mi przebaczyć jedną, lub dwie noce,
A jeśli nie chcesz, to choć do zachodu,
Bo mi twój doktor wyraźnie powiedział,
Że dawna słabość wróci niezawodnie,
Jeśli od twego nie wstrzymam się łoża.
Słowa te, sądzę, wymówką mi będą.

Slaj.  Jak stoją rzeczy, trudno mi będzie czekać tak długo; nie chciałbym przecie do starych marzeń powrócić. Co robić, trzeba czekać na przekór krwi i ciału.

(Wchodzi Sługa).

Sługa.  Nadworna trupa waszej wysokości,
Gdy o szczęśliwej usłyszała zmianie,
Pragnie wesołą przedstawić komedyę,
Do czego doktor chętnie się przychyla;
Bo skoro smutek pańską krew oziębił,
A melancholia mamką jest szaleństwa,
Uznał za dobre, by wesoła sztuka
Do śmiechu pańskie myśli nastroiła;
Śmiech jest lekarstwem i życie przedłuża.

Slaj.  I owszem, niech grają. Komedya to coś niby jasełka, albo kuglarskie sztuki?
Paź.  Nie, dobry panie, to rzecz zabawniejsza.
Slaj.  Cóż to być może?
Paź.  Jest to rodzaj historyi.
Slaj.  Dobrze, zobaczymy. Pani żono, siadaj tu przy mnie; niech świat po staremu się toczy; nie będziemy nigdy młodsi. (Siadają).


AKT PIERWSZY.
SCENA I.
Publiczny plac w Padwie.
(Lucencyo i Tranio).

Lucencyo.  Nakoniec, Tranio, ja co tak pragnąłem
Zobaczyć Padwę, tę piękną sztuk mamkę,

Przybywam dzisiaj do żyznej Lombardyi,
Tego Włoch wielkich rozkosznego sadu.
Z dobrego ojca chętnem przyzwoleniem,
Przybywam w twojem miłem towarzystwie,
Ty sługo wierny, w złej i dobrej doli.
Spocznijmy tutaj, aby się poświęcić
Literaturze i umiejętnościom.
Piza, powagą dzieci swych sławiona,
Jest mą kolebką, ojciec mój Wincencyo,
Kupiec po całej ziemi giełdach znany,
Swój ród prowadzi z domu Bentivolio.
Ja syn Wincencya, chowany w Florencyi,
Nie chciałbym zawieść ojcowskich nadziei,
Lecz wielkim skarbom wielkich czynów dodać;
Dlatego, Tranio, przez ciąg moich nauk
Chcę naprzód zgłębić tę część filozofii,
Która traktuje o prawdziwem szczęściu,
Jak na opoce opartem na cnocie.
Powiedz, co myślisz, bom opuścił Pizę,
I tu przybyłem, jak człowiek co nagle
Z płytkiej kałuży w głębokie wpadł morze,
I chce ugasić palące pragnienie.
Tranio.  Mi perdonate, kochany mój panie,
Ja zdanie twoje podzielam we wszystkiem,
Z radością widzę, że trwasz w przedsięwzięciu
Ssać soki słodkie słodkiej filozofii;
Lecz, dobry panie, mimo uwielbienia
Dla pięknej cnoty i moralnych nauk,
Niech nas stoicyzm w drewno nie przemienia,
A dla miłości Arystotelesa
Nie wyklinajmy się Owidyusza:
Zgłębiaj loikę w twych przyjaciół kole,
W zwykłych rozmowach ucz się retoryki,
Szukaj natchnienia w muzyce, poezyi,
Matematyki i metafizyki
Bierz, ile zdoła strawić twój żołądek:
Niema korzyści, gdzie niema rozkoszy;
Ucz się więc tego, do czego masz pociąg.

Lucencyo.  Dzięki ci, Tranio, za twe dobre rady.
Gdyby Biondello był już wylądował,
Dziśbym rozpoczął me przygotowania,
Wziąłbym mieszkanie przyjaciół tych godne,
Na których pewno w Padwie nam nie braknie.
Lecz cicho! ktoż to w te strony się zbliża?
Tranio.  Może procesya na nasze przybycie.

(Wchodzi Baptysta, Katarzyna, Bianka, Gremio i Hortensyo. Lucencyo i Tranio odchodzą na stronę).

Baptysta.  Proszę, panowie, nie nudźcie mnie dłużej,
Wiecie niezmienne me postanowienie:
Póty nie wydam za mąż córki młodszej,
Póki dla starszej męża nie wynajdę.
Jeśli z was który kocha Katarzynę,
Gdy znam was obu i obu was kocham,
Pozwalam, niech się o rękę jej stara.
Gremio.  A raczej, niech się od ręki jej strzeże;
Trochę to dla mnie za twardy jest kąsek.
A ty, Hortensyo, czy chcesz pojąć żonę?
Katarz.  (do Baptysty). Mój panie ojcze, czy jest twoją myślą
Pójść o mnie w targi z tymi ichmosciami?
Hortens.  W targi o ciebie, moja piękna panno?
Za nim cię kupię, musisz wprzód osłodnąc.
Katarz.  Nie troszcz się o to, boś jeszcze nie przebył
Połowy drogi do mojego serca;
Gdybyś tam zaszedł, mem pierwszem staraniem
Byłoby główkę sczesać ci trójnogiem,
I tak cię ubrać, żebyś był rarogiem.
Hortens.  Od takich dyabłów zachowaj mnie, panie!
Gremio.  I ja powtarzam tę samą modlitwę.
Tranio.  O, cicho, panie, komedya to rzadka:
To sekutnica jest, albo waryatka.
Lucencyo.  Drugiej milczenie i pogodne czoło,
Dziewiczy urok rozlewają w koło.
Cicho, mój Tranio!
Tranio.  Dobrze mówisz, panie,
Cicho! a oczy pięknym paś widokiem.
Baptysta.  Żeby uczynkiem moje stwierdzić słowa,

Bianko, natychmiast wracaj mi do domu;
A, dobra Bianko, niech cię to nie martwi,
Bo ja cię zawsze z całej kocham duszy.
Katarz.  Wsadź palec w oczy biednemu kurczątku,
Żeby przynajmniej miała czego płakać.
Bianka.  Z mojego smutku raduj się więc, siostro.
Z pokorą twoje wypełnię rozkazy:
A w moich książkach, moich instrumentach
Znajdę osłodę mojej samotności.
Lucencyo  (na str.). O, słuchaj, Tranio, jak mówi Minerwa!
Hortens.  Panie Baptysto, dziwny z ciebie ojciec.
Żal mi, że nasze dobre dla niej chęci
Tylko jej smutek przyniosły.
Gremio.  Więc pragniesz
Dla tego dyabła do klatki ją zamknąć?
Ciężko ją karać za zły język siostry?
Baptysta.  Skończmy rzecz, proszę; taka moja wola.
Idź, Bianko. (Bianka wychodzi).
A że wiem dobrze, jak sobie podoba
W poezyi, śpiewie, różnych instrumentach,
Na mistrzach w moim nie braknie jej domu,
Aby jej młodą kierowali zdolność.
Jeśli, panowie, znacie zdolnych ludzi,
Będę wam wdzięczny, gdy mi ich przyślecie,
A ja z należną nagrodzę szczodrotą
Ludzi z talentem, co mi w pomoc przyjdą,
By dzieci moje uczciwie wychować.
Na teraz, żegnam. — Zostań, Katarzyno,
Bo mam co z Bianką sam na sam pogadać (wychodzi).
Katarz.  I ja też myślę, że pójść także mogę;
Moje godziny mająż mi wyznaczać,
Jakgdybym sama nie mogła osądzić,
Co mi wziąć, a co opuścić należy?
Ha! (Wychodzi).

Gremio.  Możesz iść sobie do dyablej maci. Posiadasz tak dobre przymioty, że wszyscy od ciebie uciekają. Miłość ich nie jest tak wielka, Hortensyo, abyśmy nie mogli dmuchać sobie w palce i pościć cierpliwie: nasze ciasteczka z dwóch stron jeszcze niedopieczone. Bądź zdrów! przez miłość dla mojej słodkiej Bianki, jeśli mi się zdarzy spotkać człowieka, zdolnego kształcić ją w przedmiotach, w których ma upodobanie, poślę go do jej ojca.
Hortens.  I ja zrobię to samo. Lecz nim się rozstaniemy, jeszcze jedno słowo. Choć natura naszego spółubiegania nie dozwoliła nam dotąd żadnej eksplikacyi, dzisiejsze wypadki uczą nas, że jeśli chcemy znaleźć jeszcze przystęp do naszej pięknej kochanki, jeśli pragniemy być szczęśliwymi rywalami w miłości Bianki, musimy przedewszystkiem dołożyć starania, aby jedną sprawę załatwić.
Gremio.  Jaką, proszę?
Hortens.  Czy nie domyślasz się jeszcze? Znaleźć męża dla jej siostry.
Gremio.  Znaleźć męża? Znaleźć dyabła!
Hortens.  Powtarzam, znaleźć męża.
Gremio.  Powtarzam, znaleźć dyabła. Czy przypuszczasz, Hortensyo, że mimo bogactw jej ojca, znajdzie się człowiek tak szalony, żeby chciał piekło do swego domu wprowadzić?
Hortens.  Choć to przechodzi naszą cierpliwość znosić jej głośne klekotania, wierzaj mi, są na świecie zuchy, a szukając wpaść na nich można, którzy wziąć ją gotowi z wszystkiemi jej wadami i dobrze wypchanym workiem.
Gremio.  Co do mnie, tyle mam chęci dostać jej posag pod tym warunkiem, co każdego rana odebrać chłostę na rynku.
Hortens.  Wyznaję, jak mówisz, że mały wybór w zgniłych jabłkach. Ale skoro ta prawna przeszkoda robi nas przyjaciółmi, zachowajmy przyjaźń, dopóki nie znajdziemy męża dla starszej córki Baptysty; później, gdy młodsza siostra będzie miała wolność pójść za mąż, odnowimy starą walkę. Słodka Bianko! Szczęśliwy, kto cię dostanie! Kto najdzielniej goni do pierścienia, wygrywa pierścień. Co mówisz na to, signor Gremio?
Gremio.  Zgoda. Dałbym najpiękniejszego konia z całej Padwy temu, coby chciał rozpocząć z nią umizgi, dobić targu, pojąć ją za żonę, do ślubnej poprowadzić komnaty i dom od niej uwolnić. Idźmy!

(Wychodzą. — Tranio i Lucencyo wracają na przód sceny).

Tranio.  Powiedz mi, panie, czy miłość tak nagle
Człowieka serce może opanować?
Lucencyo.  Pókim tej prawdy nie stwierdził na sobie,
Nie chciałem nigdy wierzyć drugich słowu;
Lecz gdym tu stojąc patrzył w nią bezczynnie,
W mej bezczynności miłość mnie podbiła.
A teraz z całą wyznam ci szczerotą,
Tobie, co jesteś wierny mi i drogi,
Jak niegdyś Anna kartagińskiej pani,
Tranio, goreję, o Tranio mój! zginę,
Jeśli tej skromnej nie zyskam piękności.
Radź mi, o, Tranio, bo wiem, że to możesz,
Bądź mi pomocą, wiem, że nie odmówisz.
Tranio.  Nie pora teraz łajać cię, mój panie,
Wyrzuty z serca uczuć nie wygonią:
Jeśli gorąca drasnęła cię miłość,
Jedyną teraz dać ci mogę radę:
Redime te captum, quam, queas minimo.
Lucencyo.  Dzięki! mów dalej, bo każde twe słowo
Leje pociechę do zbolałej duszy.
Tranio.  Tak długo oczy w dziewkę tę wlepiałeś,
Żeś może sprawy tej nie dojrzał rdzenia.
Lucencyo.  W słodkiej jej twarzy tyłem wdzięków widział,
Ile ich miała córka Agenora,
Przed którą Jowisz, choć świata był panem,
Kretyjskie brzegi całował kolanem.
Tranio.  Jakto? niczego więcej nie widziałeś?
Czy nie słyszałeś starszej siostry fuków,
Zaledwo znośnych dla śmiertelnych uszu?
Lucencyo.  Widziałem ruchy ust jej koralowych,
Czułem w powietrzu oddechu jej wonie.
Słodkie i święte, wszystko, com w niej widział.
Tranio.  Czas go, jak widzę, z zachwytu rozbudzić. —

Ocknij się, panie, gdy dziewkę tę kochasz,
Szukaj sposobów, jakimi ją dostać.
Rzeczy tak stoją: starsza jej siostrzyczka
Tak jest swarliwa, tak nieznośnie zrzędna,
Że póki się jej ojciec nie pozbędzie,
Musisz twą miłość zamknąć jak w klasztorze.
Dlatego ojciec w klatce trzyma młodszą,
By ją uchronić od natręctwa gachów.
Lucencyo.  O, Tranio, Tranio, okrutny to ojciec!
Lecz czy zważałeś, że jego jest myślą
Wyszukać dla niej mistrzów doskonałych?
Tranio.  Ja na tem wszystkie plany me gruntuję.
Lucencyo.  Ja także moje.
Tranio.  O zakład, mój panie,
W jedno ognisko myśli nasze biegną.
Lucencyo.  Powiedz mi twoje.
Tranio.  Będziesz bakałarzem,
Młody jej umysł kształcić się podejmiesz,
To jest twój zamiar.
Lucencyo.  Prawda. Co ty na to?
Tranio.  To być nie może. Kto na twoje miejsce
Syna Wincencya weźmie w Padwie rolę,
Będzie za ciebie nad księgami ślęczał,
Przyjmował gości, rodaków traktował?
Lucencyo.  Nie troszcz się wcale; mam na to sposoby.
Wszak nas w tem mieście nikt jeszcze nie widział,
I z twarzy nikt nas rozpoznać nie zdoła;
Ty więc na mojem miejscu będziesz panem,
Będziesz sług trzymał, będziesz dom prowadził,
Ja będę jakim biedakiem z Florencyi,
Albo też z Pizy, albo z Neapolu.
Myśl się wylęgła, trzeba ją wychować.
Natychmiast, Tranio, zamieńmy ubiory,
Weź mój kapelusz i płaszcz mój barwisty;
Biondello twoim sługą jest, gdy przyjdzie;
Ja mu zalecę, by język miarkował.
Tranio.  To zalecenie bardzo jest potrzebne. (Zmieniają ubiór).
Skoro więc, panie, taka twoja wola,

Jestem ci moje winny posłuszeństwo,
Bo przy odjeździe mówił mi twój ojciec:
„Dla mego syna bądź zawsze usłużny“,
Chociaż to w innem mówił rozumieniu;
Więc dla miłości mojego Lucencya
Chętnie Lucencya podejmę się roli.
Lucencyo.  Zrób tak, Lucencyo bowiem zakochany
Jest niewolnikiem na wszystko gotowym,
Aby dziewicę posiąść, której widok
Zabrał w niewolę ranne jego serce.

(Wchodzi Biondello).

Otóż Biondello. — Gdzieś ty był, hultaju?
Biondello.  Gdzie byłem, mniejsza; gdzieś ty jest, mój panie?
Czy płaszcz twój ukradł kolega mój, Tranio,
Albo, czy jego ty ukradłeś, panie,
Lub czyście razem okradli się oba?
Co się to znaczy? co to za nowości?
Lucencyo.  Słuchaj, hultaju, nie na żart to czasy,
Postępowanie stosuj więc do czasu.
Żeby me życie uratować, Tranio
Wziął moją odzież i mnie zastępuje,
A ja, z potrzeby jego wziąłem miejsce,
Bo w nagłej kłótni, na brzeg wysiadając,
Zabiłem męża, lękam się odkrycia.
Służ mu więc wiernie, ja bowiem, bez zwłoki
Muszę ucieczką życie me ratować.
Czy mnie rozumiesz?
Biondello.  Ja? nie, ani słowa.
Lucencyo.  A przedewszystkiem wygnaj z twych ust: Tranio;
Bo Tranio dziś się na Lucencya zmienił.
Biondello.  Więc szczęść mu Boże! tem lepiej dla niego,
I ja też chciałbym na jego być miejscu.
Tranio.  Przystałbym na to, gdyby tym sposobem
Lucencyo córkę Baptysty otrzymał.
Teraz, nie dla mnie, lecz przez wzgląd na pana
Pomiędzy ludźmi prowadź się uczciwie:
Sam na sam, chętnie jestem z tobą Tranio,
Ale śród ludzi ja twój pan, Lucencyo.

Lucencyo.  Idźmy! Rzecz jedna jeszcze pozostaje,
Której się, Tranio, ty sam podjąć musisz:
Ty będziesz jednym z liczby zalotników.
Nie pytaj, proszę, jakie mam powody,
Dość, że ci powiem, iż wielkiej są wagi. (Wychodzą).
1 Sługa  (do Slaja). Drzymiesz, mój panie, komedyi nie słuchasz.
Slaj.  Na świętą Annę, najuważniej słucham.
Piękna to sprawa. Czy jeszcze nie koniec?
1 Sługa.  Ledwo początek.
Slaj.  Moja pani żono,
Wyznaję, jest to nie lada robota;
Pragnąłbym jednak, żeby się skończyła.


SCENA II.
Padwa. — Przed domem Hortensya.
(Petruchio i Grumio).

Petruchio.  Moja Werono, żegnam cię na chwilę,
Dziś w Padwie moich odwiedzam przyjaciół,
A przed wszystkimi dobrego Hortensya,
Co mi dał tyle dowodów miłości.
To jest dom jego, jeśli się nie mylę.
No, dalej, Grumio, grzmoć mi z całej siły!

Grumio.  Grzmocić, panie? kogo mam grzmocić? czy kto uchybił wielmożnemu panu?
Petruchio.  Hultaju, dobre daj mi tu grzmocenie!
Grumio.  Dać tu panu dobre grzmocenie? Jakto, panie? Cóż ja jestem, panie, abym śmiał panu dobre dać grzmocenie.

Petruchio.  Mówię, hultaju, grzmoć dobrze w tę bramę,
Albo inaczej ja ci grzbiet wygrzmocę.
Grumio.  Pan mój kłótliwy; gdybym go wygrzmocił,
Wiem dobrze, coby spotkało mnie potem,
Petruchio.  Co, nie chcesz? dobrze, to ja zacznę grzmocić,
Zobaczę, w jakim tonie sol, fa śpiewasz.

(Ciągnie go za uszy).

Grumio.  Rety, o, rety! toć pan mój szaleje.
Petruchio.  Co, ozy rozkazów będziesz teraz słuchał?

(Wchodzi Hortensyo).

Hortens.  Co to? co się tu dzieje? Stary mój przyjaciel Grumio i dobry mój przyjaciel Petruchio! Co tam słychać u was nowego w Weronie?

Petruchio.  Przybywasz w porę, by wojnę zakończyć.
Con tutto il cuore ben trovato, wołam.
Hortens.  Alla nostra casa ben cenuto,
Molto honorato, signor Petruchio.
No, wstawaj, Grumio, spór nasz zakończymy.

Grumio.  Mniejsza o to, co on tam szwargocze po łacinie. Jeśli to nie jest prawny dla mnie powód do opuszczenia jego służby! Słuchaj tylko, panie, chciał gwałtem, żebym dobre dał mu grzmocenie; no, i proszę, czy to przystoi słudze swojego pana tak traktować, człowieka, który, o ile wiem, może trzydzieści i dwa lata rachować.

Gdybym posłuszny zaraz go wychłostał,
Możeby Grumio grzmocenia nie dostał.
Petruchio.  Bez mózgu hultaj; dobry mój Hortensyo,
Gdy mu kazałem w bramę twoją grzmocić,
Nie chciał, pomimo wszystkich mych nalegań.
Grumio.  Co? w bramę grzmocić? panie, czyś nie mówił:
Hultaju, dobre daj mi tu grzmocenie?
A teraz prawisz o grzmoceniu bramy.
Petruchio.  Zmykaj, lub trzymaj język za zębami!
Hortens.  Cierpliwość, bracie, ja ręczę za Grumia,
Bo mi jest smutno, gdy cię widzę w gniewie
Przeciw staremu i wiernemu słudze.
Powiedz mi teraz, drogi przyjacielu,
Co za szczęśliwy wiatr z starej Werony
Dzisiaj do naszej przywiewa cię Padwy?
Petruchio.  Wiatr, który młodzież rozgania po świecie,
Aby szukała szczęścia poza domem,
Gdzie mało tylko doświadczenia rośnie.
Słuchaj w skróceniu, jak me stoją sprawy:
Zamknął już oczy ojciec mój Antonio,
Ja w zamęt świata rzucić się zamierzam,

Żony i szczęścia, wedle sił tam szukać;
W worku grosiwo, zasoby mam w domu;
Tak więc przybywam, by się przyjrzeć światu.
Hortens.  Mówmy otwarcie: co mówisz Petruchio,
Gdybym cię swatał z straszną sekutnicą?
Może za projekt nie będziesz mi wdzięczny,
Ręczę ci jednak, że będzie bogata,
Bardzo bogata; lecz przyjacielowi
Nie chciałbym żony podobnej nastręczać.
Petruchio  Gdzie szczera przyjaźń, krótkie eksplikacye:
Słuchaj, Hortensyo, jeśli znasz kobietę
Dosyć bogatą na żonę Petruchia,
(A. pieniądz treścią jest moich umizgów)
Niech będzie szpetna, jak Florenta[1] miłość,
Niech będzie stara, jak stara Sybilla,
A sekutnicą, jak druga Xantyppa,
Ba! choćby nawet gorszego co trochę,
Na to nie zważam, bo to w mojem sercu
Bynajmniej moich nie przytępi uczuć,
Choćby tak była burzliwa i groźna,
Adryatyckie jak groźne są fale.
Skoro bogatej szukam w Padwie żony,
Byle bogata, na ślepo ją biorę.

Grumio.  Słuchaj mojego pana; mówi otwarcie, co myśli. Daj mu dość złota, a żeń go z lalką, lub iglicą, lub starą czarownicą, która jednego nie ma zęba, a tyle chorób, co pięćdziesiąt dwa konie: to wcale nie przeszkodzi, wszystko dobre, byle były pieniądze.

Hortens.  Petruchio, gdyśmy daleko tak zaszli,
Com żartem zaczął, na seryo ci skończę.
Wierzaj mi, mogę wynaleźć ci żonę
Z wielkim posagiem, młodą i urodną,
W szlacheckim domu uczciwie chowaną;
Jedyna tylko, lecz wielka jej wada
Jest — że okrutna jest z niej sekutnica,

Zła i swarliwa, do tyle uparta,
Że gdybym w gorszym stanie był, jak jestem,
Za górę złota pojąćbym jej nie chciał.
Petruchio.  Nie znasz potęgi złota, przyjacielu.
Powiedz mi tylko ojca jej nazwisko;
Pójdę w zaloty, chociażby fukała
Głośniej od grzmotów w łonie chmur jesiennych.
Hortens.  Ojciec jej zwie się Baptysta Minola,
Szlachcic uprzejmy i pełny grzeczności,
A imię córki jego Katarzyna;
Padwa zna cała język jej swarliwy.
Petruchio.  Znam dobrze ojca, chociaż nie znam córki;
Znał on mojego ojca nieboszczyka.
Nie usnę, póki przód jej nie zobaczę;
Daruj więc, jeśli opuszczam cię zaraz,
Chyba, że sam chcesz do niej mnie prowadzić.

Grumio.  Proszę cię, panie, nie zatrzymuj go, niech idzie, póki trwa w swojem widzimisię. Daję słowo, gdyby go ona tak dobrze, jak ja, znała, wiedziałaby, że fukać na niego, to jak groch na ścianę rzucać. Może mu ona przypiąć jakie pół tuzina hajdamaków, lub coś podobnego, ale to fraszka, bo jak on raz zacznie, pokaże jej dopiero, jak się swarzą przekupki. Czy wiesz, panie, co? Jeśli się ona odważy czoło mu postawić, to on takie jej na twarzy wymaluje figury, że ją zdefigurują, a z tem, co jej zostanie oczu, nie będzie widziała lepiej od kota. Nie znasz go, panie!

Hortens.  Czekaj Petruchio, pójdę razem z tobą,
Bo mój skarb także w Baptysta jest straży;
W jego jest ręku klejnot mego życia,
Najmłodsza córka jego piękna Bianka.
On ją zazdrośnie przede mną zamyka
I przed rywali moich licznym kołem.
Pewny, że nigdy starsza Katarzyna,
(Dla wad, o których poprzednio mówiłem),
Nie znajdzie, ktoby chciał wziąć ją za żonę,
Nie chce do Bianki nikogo przypuścić,
Póki swarliwej córki nie wyswata.

Grumio.  Swarliwej córki! najgorsze przezwisko
Ze wszystkich przezwisk dla młodej dziewczyny.
Hortens.  Teraz, Petruchio, wyświadcz mi przysługę:
W skromną, poważną przybranego odzież,
Przedstaw Baptyście, jak biegłego mistrza,
Zdolnego Biankę w muzyce ukształcić;
Tym bowiem tylko potrafię sposobem
Moją głęboką oświadczyć jej miłość,
Bez podejrzenia serce jej pozyskać.

(Wchodzą; Gremio i Lucencyo przebrany, z książkami pod pachą).

Grumio.  Nie, żadnego niema w tem szalbierstwa! Patrzcie tylko, jak się spikają młodziki, żeby starowinę oszukać! Panie, panie! spójrz tylko za siebie, kto idzie?

Hortens.  Milcz, Grumio! jest to jeden z mych rywali.
Na krótką chwilę odejdźmy na stronę.
Grumio.  Niema co mówić, ładna gachów para.

(Odchodzą na stronę).

Gremio.  O, bardzo dobrze; odczytałem pismo.
Słuchaj mnie; każ je prześlicznie oprawić;
Książki miłosne; nie zważaj na koszta,
Daj baczność, żeby nie czytała innych;
Czy mnie rozumiesz? A bądź przekonany,
Że oprócz płacy signora Baptysty
I ja się także skąpym nie pokażę.
Papiery także twoje wyperfumuj,
Bo ta, do której domu je poniesiesz,
Od wszystkich perfum stokroć jest wonniejsza.
Powiedz, co najprzód czytać jej zamierzasz?
Lucencyo.  Cokolwiek będziem czytać, wierzaj, panie,
Że twojej sprawy nie zaśpię na chwilę,
Jak sprawy mego dobrego patrona;
Myślę, że choćbyś sam był na mem miejscu,
Słów wymowniejszych nie zdołałbyś znaleźć,
Jeśli nie jesteś biegłym literatem.
Gremio.  O, ta nauka! Co to za skarb wielki!
Grumio.  O, dudku, dudku, co za osieł z ciebie!
Petruchio.  Cicho!

Hortens.  Milcz, Grumio! (Zbliżają się).
Witam, signor Gremio!
Gremio.  Rad jestem, że cię spotkałem, Hortensyo.
Czy wiesz, gdzie idę? do domu Minoli.
Dałem mu słowo, że mu przyprowadzę
Dla pięknej Bianki uczonego mistrza,
I jakimś trafem szczęśliwym spotkałem
Tego młodzieńca, który mu się przyda
Przez swą naukę i swe ułożenie;
Biegły w poezyi, oczytany w książkach,
Wybornych książkach, wierzaj mi na słowo.
Hortens.  To bardzo dobrze; ja też z mojej strony
Mam przyjaciela, który mi obiecał
Doskonałego znaleźć muzykanta;
I w tej więc sprawie nie gorszy od ciebie,
Dowiodę Biance, jak kocham ją szczerze.
Gremio.  Jak ja ją kocham, uczynkiem dowiodę.
Grumio  (na str.). Tego dowiodą worki twoje raczej.
Hortens.  Nie pora mówić o naszej miłości.
Słuchaj mnie raczej, bo jak mi się zdaje,
Mam doskonałe dla obu nowiny.
Oto jest szlachcic, którego spotkałem,
Który za wspólną przyrzeka ugodą
Do sekutnicy w zaloty się udać,
Pojąć ją nawet przy dobrym posagu.
Gremio.  Targ wyśmienity, byleby go dobił.
Czy mu o wszystkich wadach jej mówiłeś?
Petruchio.  Wiem, że swarliwa jest z niej sekutnica;
Jeśli to wszystko, nic w tem niema złego.
Gremio.  Tak myślisz? brawo! Z których stron przybywasz?
Petruchio.  Jestem z Werony; ojciec mój, Antonio,
Umarł niedawno, dziś, pan mej fortuny,
Liczę na długie i szczęśliwe lata.
Gremio.  Przy takiej żonie? Dziwne to nadzieje.
Lecz, gdy masz serce, szczęść ci Panie Boże!
Proszę, na moją szczerą rachuj pomoc.
Czy chcesz naprawdę udać się w zaloty
Do tego żbika?

Petruchio.  Czy chcę żyć, zapytaj.
Grumio  (na str.). Czy chce, nie wątpię, albo ją powieszę.
Petruchio.  Czy nie w tej myśli jedynie przybyłem?
Sądzisz, że wrzawy trochę mnie ogłuszy?
W swoim ja czasie lwów słyszałem ryki,
Widziałem morze wiatrami chłostane,
Jak dzik spocony pieniące się całe,
Na placu bitwy słyszałem dział grzmoty,
I w chmurach straszną niebios artyleryę,
Słyszałem krzyki walczących rycerzy,
Rżenie rumaków i trąb głos chrapliwy,
I przed niewieścim ja drżałbym językiem,
Który nie głośniej w uchu się rozlega,
Jak pękający kasztan wśród ogniska?
Schowaj dla dzieci upiory i duchy.
Grumio  (na str.). Bo on samego dyabła się nie zlęknie.
Gremio.  Słuchaj, Hortensyo, wszystko mi się zdaje,
Że pan ten w dobrą przyjechał tu porę,
Tak dla swojego, jak naszego szczęścia.
Hortens.  Ja mu przyrzekłem, że przez czas zalotów
Bierzem na siebie koszta jego wszystkie.
Gremio.  Chętnie, jeżeli do celu dobieży.
Grumio  (na str.). Chciałbym tak pewnym dobrej być wieczerzy.

(Wchodzą: Tranio, bogato ubrany i Biondello).

Tranio.  Dzień dobry! Raczcie przebaczyć, panowie,
Jeśli zapytam o najbliższą drogę
Do domu pana Baptysty Minoli.
Biontlello.  Minoli, ojca dwóch nadobnych córek?
Tranio.  On sam, Biondello.
Gremio.  Nie przypuszczam, panie,
Byś o niej myślał —
Tranio.  I o niej i o nim,
Wszystko być może. Co panu do tego?
Petruchio.  Byle nie o tej, co lubi się swarzyć.
Tranio.  Nie lubię swarów. (Do Biondella) Idźmy, bo czas drogi
Lucencyo  (na str. do Trania). Dobry początek.
Hortens.  Jedno przódy słowo
Czy chcesz się starać o rękę tej panny,

O której mówisz? Tak lub nie, odpowiedz.
Tranio.  A gdyby? Proszę, jaka w tem obraza?
Gremio.  Niema obrazy, jeśli bez słów więcej
Co rychlej z tego wyniesiesz się miasta.
Tranio.  Alboż ulice nie są równie wolne
Dla mnie jak dla was?
Gremio.  Ale nie dziewczyna.
Tranio.  Czy wolno będzie o powody spytać?
Gremio.  Dla tych powodów, skoro chcesz je wiedzieć,
Że to signora Gremio jest kochanka.
Hortens.  Że to kochanka signora Hortensyo.
Tranio.  Powoli! Jeśli dobrzy z was szlachcice,
Raczcie mnie, proszę, wysłuchać cierpliwie:
Baptysta jest to szlachcic urodzony,
I stary ojca mojego przyjaciel,
A choćby córkę miał, jak jest, piękniejszą,
Niema powodów, aby konkurentów
Nie miała więcej, a i mnie w ich liczbie.
Do córki Ledy wzdychało tysiące,
Do Bianki jeden więcej może wzdychać:
Lucencyo będzie konkurentem nowym,
Choćby z Parysem mierzyć się gotowym.
Gremio.  Jakto? ten panicz wszystkich nas przegada?
Lucencyo.  Pozwól mu pędzić, okuleje w drodze.
Petruchio.  Hortensyo, jaki cel tej gadaniny?
Hortens.  Daruj mi, panie, jeśli cię zapytam,
Czy kiedy córkę Baptysty widziałeś?
Tranio.  Nie, lecz wiem dobrze, że on dwie ma córki,
Jedną tak sławną z ostrego języka,
Jak druga sławna ze skromnej piękności.
Petruchio.  Pierwsza jest dla mnie, zostaw ją w spokoju.
Gremio.  Pracę wielkiemu zostaw Alcydowi,
Większą od wszystkich prac jego dwunastu.
Petruchio.  A teraz, proszę, słuchaj, co ci powiem:
Najmłodszą córkę, do której chcesz wzdychać,
Ojciec dla wszystkich zamknął konkurentów,
Żadnemu nie chce ręki jej obiecać,
Póki nie wyda za mąż starszej córki;

Potem, nie wprzódy młodsza będzie wolna,
Tranio.  Gdy tak jest, panie, gdy się podejmujesz
Mnie i rywalom mym otworzyć drogę,
Połamać lody, co nas dziś krępują,
Idź, pojmij starszą, a młodszą oswobódź!
Kto z nas, szczęśliwy, za żonę ją weźmie,
Pewno ci dowód szczodrej da wdzięczności.
Hortens.  Jak twoje myśli, piękne są twe słowa.
Skoro więc w liczbę konkurentów wchodzisz,
Tak jak my, panu temu będziesz wdzięczny
Za wielką wszystkim oddaną usługę.
Tranio.  Nie sądzę, panie, abym był ostatni.
Na dowód, robię przyjacielski wniosek,
Byśmy spędzili razem popołudnie,
Za Bianki zdrowie spełniając kielichy.
Jak adwokaci, kłóćmy się przed sądem,
Lecz jedzmy, pijmy, jak dobrzy koledzy.
Grumio i  Biondello. O, szczytny projekt! idźmy, przyjaciele!
Hortens.  Projekt wyborny! Traktujmy się suto.
Petruchio, jestem twoim benvenuto. (Wychodzą).


AKT DRUGI.
SCENA I.
Padwa. — Pokój w domu Baptysty.
(Katarzyna i Bianka).

Bianka.  Nie krzywdź mnie siostro, nie krzywdź samej siebie,
Chcąc mnie na biedną zmienić niewolnicę.
To mnie oburza. Co do tych świecideł,
Rozwiąż mnie tylko, sama zrzucę wszystkie,
Odrzucę piękne szaty do spódnicy,
I wszystkie twoje wykonam rozkazy;
Takie dla starszych mam poszanowanie.
Katarz.  Powiedz mi zaraz, z wszystkich twoich gachów

Który najlepiej do myśli ci przypadł?
Mów tylko szczerze.
Bianka.  O, wierzaj mi, siostro,
Jeszczem na ziemi nie spotkała męża,
Coby mi droższy od innych się zdawał.
Katarz.  Kłamiesz, pieszczotko. Czy to nie Hortensyo?
Bianka.  Przysięgam, siostro, że jeśli go kochasz,
Ja sama pójdę, aby cię z nim swatać.
Katarz.  To pewno pieniądz w większej cenie trzymasz,
Przenosisz Gremia, ażeby cię stroił.
Bianka.  I on zazdrości twojej jest powodem?
O, więc to żarty, dobrze teraz widzę,
Że były żartem wszystkie twoje gniewy.
Więc proszę, Kasiu, o, rozwiąż mi ręce!
Katarz.  Jeśli to żart jest i tamto są żarty (uderza ją).

(Wchodzi Baptysta).

Baptysta.  A to co znowu? Skąd tyle zuchwalstwa?
Oddal się, Bianko. Biedne dziecko! płacze.
Weź się do igły, nie mieszaj się do niej.
Fe, wstydź się, wstydź się, swarliwa dyablico!
Dlaczego krzywdzisz tę, która cię nigdy
Nie pokrzywdziła? Powiedz, czy cię kiedy
Trochę za żywem obraziła słowem?
Katarz.  Krzywdzi mnie milcząc i muszę się pomścić.

(Goni za Bianką).

Baptysta.  Jakto? w mych oczach? Bianko, odejdź, proszę!

(Wychodzi Bianka).

Katarz.  O, dobrze widzę, ścierpieć mnie nie możesz.
To twój gagatek, dla niej szukasz męża,
Ja na jej ślubie muszę boso tańczyć,
Przez miłość dla niej siać mi każesz rutę.
Więc nie mów do mnie; siądę, płakać będę,
Aż mi się zemsty sposobność nadarzy (wychodzi).
Baptysta.  Czy nieszczęśliwszy był ode mnie ojciec?
Lecz ktoś się zbliża.

(Wchodzą: Gremio z Lucencyuszem w skromnym ubiorze; Petruchio z Hortensyem w ubiorze muzykanta; Tranio z Biondellem, który niesie lutnię i pakę książek).

Gremio.  Dzień dobry, miły sąsiedzie Baptysto!
Baptysta.  Dzień dobry, Gremio; Bóg z wami, panowie
Petruchio.  I z tobą panie; proszę, racz powiedzieć,
Czy nie masz córki cnotliwej, urodnej,
A której chrzestne imię Katarzyna?
Baptysta.  Mam córkę, której imię Katarzyna.
Gremio.  Miarkuj się trochę; za ostro się bierzesz.
Petruchio.  Nie troszcz się, Gremio, zostaw mi tę sprawę.
Widzisz przed sobą szlachcica z Werony,
Co na wieść o jej wdziękach i dowcipie,
O jej skromności, uprzejmej dobroci,
Dziwnych przymiotach, łagodnem obejściu,
W twój dom gościną przybyć się ośmiela,
Aby własnemi zobaczył oczyma,
O czem z powieści tak często już słyszał.
Ażeby znaleźć chętniejsze przyjęcie,
Śmiem ci przedstawić mojego człowieka

(przedstawia mu Hortensya)

W matematyce, muzyce biegłego,
By ją w naukach tych wydoskonalił,
Które, wiem dobrze, już nie są jej obce.
Przyjm go, jeżeli nie chcesz mnie obrazić:
Zowie się Licyo, rodem Mantuańczyk.
Baptysta.  Dla twej miłości chętnie go przyjmuję;
Lecz co do córki mojej, Katarzyny,
Żal mi, lecz nie jest dla ciebie to żona.
Petruchio.  Pojmuję, że się nie chcesz z nią rozłączyć,
Lub raczej, że ci nie jestem po myśli.
Baptysta.  Mylisz się, panie, mówię to co myślę.
Powiedz, skąd jesteś, jakie twe nazwisko?
Petruchio.  Zwę się Petruchio, ojciec mój Antonio
Dobrze jest znany, jak Włochy szerokie.
Baptysta.  Znam go, i syna przyjmuję z radością.
Gremio.  Mości Petruchio, pozwól też nakoniec
Powiedzieć słówko innym suplikantom.
Na honor, widzę, że strasznie ci pilno.
Petruchio.  Przepraszam, ale chciałbym targu dobić.
Gremio.  Źle ten rzecz robi, kto chce prędko zrobić.

Sąsiedzie, podarunek tego pana jest miiy, nie wątpię. Aby równej uprzejmości złożyć dowody, ja co byłem od ciebie traktowany uprzejmiej, jak ktokolwiek inny, ofiaruję ci całem sercem tego młodego literata, (prezentuje Lucencya) który długo w Reims studyował, ćwiczony w greczyźnie i łacinie i innych językach, jak tamten w muzyce i matematyce. Nazywa się Kambio, proszę cię, racz przyjąć jego usługi.

Baptysta.  Tysiączne dzięki, signor Gremio. Witam cię dobry Kambio. (Do Trania) Ale ty, łaskawy panie, o ile mi się zdaje, nie jesteś tutejszy. Czy mogę zapytać, jakiej okoliczności winienem twoje odwiedziny?

Tranio.  Racz panie mojej śmiałości przebaczyć,
Ze chociaż obcy Padwie, twemu miastu,
Śmiem się ubiegać o rękę twej córki,
O rękę pięknej i cnotliwej Bianki.
Nie jest mi obce twe postanowienie,
Że pragniesz przódy starszą wydać za mąż;
O nic też więcej nie proszę cię teraz,
Jak, żebyś względny na me pochodzenie,
Raczył tę samą dobroć mi okazać,
Jaką okażesz mym wszystkim rywalom.
Co się twych córek wychowania tyczy,
Przynoszę tylko mały ten podarek,
Te kilka greckich i łacińskich książek,
Które wysoką będą miały cenę,
Jeżeli raczysz przyjąć je ode mnie.
Baptysta.  Zwiesz się Lucencyo? a z których stron jesteś?
Tranio.  Jestem Wincencya synem, rodem z Pizy.
Baptysta.  Mąż znakomity, jeśli wieść nie kłamie.
Signor Lucencyo, witam się w mym domu.
(Do Hort.) Weź twoją lutnię, (do L.) ty zabierz te książki,
Zaraz do waszych pójdziecie uczenic.
Hola! (Wchodzi Sługa).
Tych panów do córek mych prowadź,
Powiedz, że ja im mistrzów tych posyłam,
I liczę, że ich przyjmą jak należy.

(Wychodzą za Sługą: Hortensyo, Lucencyo i Biondello).

Teraz, nim obiad będzie zastawiony,
W ogrodzie małą zrobimy przechadzkę.
Raz jeszcze witam was z całego serca,
I proszę, bądźcie przyjaźni mej pewni.
Petruchio.  Signor Baptysta, czas mój obliczony,
Nie mogę co dzień przychodzić w konkury.
Znałeś mojego ojca i wiesz dobrze,
Żem jest jedynym dóbr jego dziedzicem,
Że w mojem ręku urosły dochody;
Jeśli więc zyskam córki twojej miłość,
Powiedz mi, proszę, jaki dasz mi posag?
Baptysta.  Po mojej śmierci połowę majątku,
Zaraz, dwadzieścia tysięcy talarów.
Petruchio.  Za to z mej strony, jeśli mnie przeżyje,
Robię jej zapis mych nieruchomości;
Spiszemy kontrakt, aby obie strony
Danych obietnic wiernie dotrzymały.
Baptysta.  Dopełnij przody pierwszego warunku —
Miłość jej zyskaj, bo to grunt wszystkiego.
Petruchio.  Nie troszcz się o to, bo wierzaj, mój ojcze,
Dumie twej córki równy jest mój upór,
A gdzie dwa wściekłe spotkają się ognie,
Wszystko przetrawią, co im żywioł daje.
Jeśli wiatr mały mały wzmaga ogień,
To wicher gasi największe pożary.
Jam jest tym wichrem, ona uledz musi,
Bo konkurować nie myślę jak dziecko.
Baptysta.  Niech twym zamysłom pan Bóg dopomoże!
Na ostre słowa przygotuj się tylko.
Petruchio.  Jestem jak skała, niechaj wiatry wieją,
Nigdy jej posad wstrząsnąć nie zdołają.

(Wchodzi Hortensyo z zakrwawioną głową).

Baptysta.  He, przyjacielu, czemu tak pobladłeś?
Hortens.  Przysięgam, jeślim blady, to ze strachu.
Baptysta.  Co myślisz? zrobisz z córki muzykantkę?
Hortens.  Myślę, że prędzej zrobię z niej żołnierza;
Być może, że z nią wytrzyma żelazo,
Lecz nigdy lutnia.

Baptysta.  Tak więc, przyjacielu,
Rąk jej do lutni włożyć nie potrafisz?
Hortens.  Nie, bo mi lutnię włożyła na głowę;
Kiedym zobaczył, że źle stawia palce,
I chciałem uczyć ją aplikatury,
Ona z dyabelską krzyknęła mi złością:
„Ha, ha! nazywasz to aplikaturą?
Zobacz więc, jak ja aplikować będę!“
To mówiąc, z taką trzasnęła mnie siłą,
Ze głowa lutnię przebiła jak papier;
Stałem tak chwilę, cały odurzony,
Jak pod pręgierzem z lutnią, zamiast kuny,
A ona wrzeszczy: „Precz mi stąd, rzępoło!
Jarmarczny grajku!“ I Bóg wie co więcej,
Jakby czytała w obelg dykcyonarzu.
Petruchio.  Na honor, to mi rozkoszna dziewczyna;
Kocham ją za to dziesięć razy więcej.
Do pogadanki z nią jak mi się tęskni!
Baptysta.  Chodź tylko ze mną; nie martw się tak bardzo;
Rozpocznij lekcye z młodszą moją córką;
Znajdziesz w niej zdolną, wdzięczną uczenicę.
Signor Petruchio, czyli chcesz pójść ze mną,
Czy wolisz, żebym Kasię ci tu przysłał?
Petruchio.  Przyślij ją raczej; wolę tutaj czekać.

(Wychodzą: Baptysta, Gremio, Tranio i Hortensyo).

Gdy przyjdzie, żwawo rozpocznę zaloty.
Gdy się ofuknie, rzeknę bez ogródki,
Że głos jej słodki jak pieśni słowika;
Jeśli się zmarszczy, powiem, że jej czoło
Jasne jak róża ranną myta rosą;
Jeśli milcząca, nie odpowie słowa,
Zacznę wychwalać łatwość wysłowienia,
Nieporównaną siłę jej wymowy;
Gdy każe zmykać, będę jej dziękował,
Jakby prosiła, bym z nią tydzień został;
Gdy da odkosza, poproszę, niech raczy
Dzień zapowiedzi, dzień ślubu oznaczyć.
Lecz już nadchodzi. Śmiało więc Petruchio!

(Wchodzi Katarzyna).

Dzień dobry, Kasiu, jak bowiem słyszałem,
To twoje imię.
Katarz.  Widzę, słuch masz twardy:
Kto do mnie mówi, zwie mnie Katarzyną.
Petruchio.  Na honor, kłamiesz, bo cię zowią Kasią,
Czasem milutką, a czasem złą Kasią,
I najpiękniejszą Kasią w chrześcijaństwie,
Kasią z Kasina, Kasią Katarzynką,[2]
Bo Katarzynki wszystkie, to pierniczki.
Więc słuchaj, Kasiu, moja ty pocieszko,
Gdym wszędzie słyszał cnót twoich pochwały,
Twej łagodności i twojej urody,
(Choć wszystkie stoją przymiotów twych niżej),
Tem poruszony wyruszyłem w drogę,
O twoją rękę przybywam się starać.
Katarz.  Jak wyruszyłeś tak się i odruszysz,
Bo wiem, że jesteś tylko ruchomością,
Petruchio.  Co jest ruchomość?
Katarz.  Składane krzesełko.
Petruchio.  Mówisz jak z książki; a więc siadaj na mnie.
Katarz.  Bóg stworzył osły, żeby nas nosiły,
Petruchio.  Bóg stworzył dziewki, żeby nas nosiły,
Katarz.  Nie ja tą szkapą, co ciebie poniesie.
Petruchio.  Nie będę, Kasiu, zbytecznym ciężarem,
Bo wiedząc, żeś jest i młodą i lekką —
Katarz.  Dość, by mnie taki jak ty gach nie dognał,
Chociaż mam wagę, jaka mi należy.
Petruchio.  Jaka należy? Bzz, bzz! piękna Kasiu.
Katarz.  Wybornie bzykasz, jak natrętna mucha.
Petruchio.  Jakto? i mucha ta złapie turkawkę?
Katarz.  Tylko, że przody turkawka ją połknie.
Petruchio.  Gniewasz się widzę, proszę, nie bądź osą.
Katarz.  Jeślim jest osą, strzeż się mego żądła.
Petruchio.  To przez ostrożność żądło ci to wyrwę.
Katarz.  Nie każdy błazen wie, gdzie żądła szukać.

Petruchio.  Któż nie wie, gdzie swe żądło osa chowa?
W ogonie.
Katarz.  Pleciesz, w języku.
Petruchio.  A czyim?
Katarz.  Twoim, jeżeli mówisz o ogonie.
A teraz żegnam.
Petruchio  (zatrzymując ją). Nie, nie, moja Kasiu,
Wierzaj mi, jestem szlachcic.
Katarz.  Zobaczymy (uderza go).
Petruchio.  Raz jeszcze spróbuj, a oddam ci z lichwą.
Katarz.  Gdybyś to zrobił, twójbyś herb utracił.
Gdy mnie uderzysz, nie jesteś szlachcicem,
A kto nie szlachcic, ten i herbu nie ma.
Petruchio.  Kasia heraldyk? o, wpisz mnie w twój herbarz!
Katarz.  A jaki herb twój? grzebieniasty kogut?
Petruchio.  I bez grzebienia, bądź tylko mą kurą.
Katarz.  Nie, nie, nie będę, bo piejesz jak kapłon.
Petruchio.  Dość tego, Kasiu, przestań być już kwaśną.
Katarz.  To w mej naturze, gdy widzę kwasówkę.
Petruchio.  Nie bądź więc kwaśną, niema tu kwasówki.
Katarz.  Jest na nieszczęście.
Petruchio.  A więc mi ją pokaż!
Katarz.  Nie mam zwierciadła.
Petruchio.  Myślisz o mej twarzy?
Katarz.  Jak na młodego, dobra to odpowiedź.
Petruchio.  Widzę, że jestem za młody dla ciebie.
Katarz.  A przecie zwiędły.
Petruchio.  Przez zbytnie kłopoty.
Katarz.  To z wszystkich moich kłopotów najmniejszy.

(Chce odchodzić).

Petruchio.  Tak mi się, Kasiu, nie potrafisz wymknąć.
Katarz.  Puść mnie, lub wkrótce tego pożałujesz.
Petruchio.  Nigdy! Kobiety słodszej nie widziałem;
Mówiono, żeś jest zła, dzika, ponura,
Dziś widzę, że to czarna była potwarz,
Boś jest wesoła, zabawna, uprzejma,
Powolna w mowie, wonna jak kwiat w maju,
Niezdolna zmarszczyć czoła, krzywo patrzyć,

Jak rozdąsane panny ust przygryzać.
Nie ma dla ciebie wdzięku sprzeciwianie;
Chętnie przyjmujesz wszystkich zalotników
I wszystkich bawisz uprzejmą rozmową.
Skąd wieść ta poszła, że Kasia kuleje?
Potwarczy świecie! Kasia tak wysmukła
I tak jest gibka, jak leszczyny gałąź,
Jak jej orzecha łupina tak smagła,
A stokroć słodsza od jądra orzecha.
Pozwól zobaczyć chód twój: nie kulejesz,
Katarz.  Rozkazuj, błaźnie, twoim jurgieltnikom!
Petruchio.  Czy Febe lasów piękniejszą ozdobą,
Jak tej komnaty Kasia z swym urokiem?
O, bądź Dyaną, a Kasią Dyana,
Ty czystą Kasią, a Dyana czułą!
Katarz.  Gdzie się tych pięknych nauczyłeś rzeczy?
Petruchio.  Mówiłem, co mi dowcip mój dyktował.
Katarz.  Jakże twój dowcip mało ma dowcipu!
Petruchio.  Co, czyli nie mam dowcipu i sensu?
Katarz.  Masz, tylko radzę, byś ciepło się trzymał,
Petruchio.  Myślę to zrobić w twojem łóżku, Kasiu.
Lecz dajmy pokój próżnej gadaninie;
Rzecz ci wyłożę krótko, węzłowato:
Ojciec twój dał już swoje przyzwolenie,
I na twój posag zgoda między nami,
Będziesz mą żoną czy chcesz, czyli nie chcesz.
Mąż ze mnie, Kasiu, jakiego ci trzeba,
Bo na to światło, w którem jasno widzę
Całą twą piękność, dla której cię kocham,
Mnie, nie innego pojąć musisz męża.
Jam się urodził, aby cię ugłaskać,
Dzikiego kota w słodką zmienić Kasię,
Jak wszystkie Kasie domowe łagodną.
Otóż twój ojciec; nie rób ceregielów,
Bo chcę i będę mieć Kasię za żonę.

(Wchodzą: Baptysta, Gremio i Tramo).

Baptysta.  Signor Petruchio, jakże stoi sprawa?
Petruchio.  Alboż inaczej może stać jak dobrze?

Moje zaloty nie mogły być marne.
Baptysta.  No, jak tam, córko? czy zawsze uparta?
Katarz.  Zowiesz mnie córką? Nie można zaprzeczyć,
Żeś mi dał dowód ojcowskiej czułości,
Pragnąc mnie wydać za pół-wartogłowa,
Waryata, gbura, któremu się zdaje,
Że klęciem wszystko można uskutecznić!
Petruchio.  Słuchaj mnie, ojcze: i ty i świat cały
Fałszywe o niej wydaliście zdanie;
Jeśli się sierdzi, to przez politykę,
W duszy jest bowiem skromna jak gołąbek,
I nie gorętsza od wiosny poranka;
Swą cierpliwością wyrówna Gryzeldzie,
Rzymskiej Lukrecyi duszy swej czystością.
Słowem po krótkiej zapadło rozmowie,
Że ślub nasz w przyszłą bierzemy niedzielę.
Katarz.  W przyszłą niedzielę przody będziesz dyndał.
Gremio.  Czy słyszysz? mówi, że przód będziesz dyndał.
Tranio.  I na tem koniec? a więc nic z układów.
Petruchio.  Cierpliwość! wszak ją dla siebie wybrałem;
Jeśli my w zgodzie, w co się chcecie mieszać?
W porozumieniu spólnem tak zapadło,
Że między ludźmi będzie jeszcze swarną.
Daję wam słowo, że trudno uwierzyć,
Jak ta Kasieńka serdecznie mnie kocha.
Drogie kurczątko! zwisła mi na szyi
I przysięgami i całusów krocią
Zyskała moją miłość w mgnieniu oka.
Fryce z was, widzę, wy jeszcze nie wiecie,
Jak to sam na sam gach choć najtchórzliwszy
Może ugłaskać straszną sekutnicę.
Daj rękę, Kasiu; jadę do Wenecyi,
Aby co prędzej wyprawę zakupić.
Tymczasem, ojcze, ślubne urządź święto,
Na którem Kasię w całym ujrzysz blasku.
Baptysta.  Nie wiem co mówić; lecz dajcie mi ręce:
Petruchio, niechaj Bóg ci błogosławi!
To zrękowiny.

Gremio i  Tranio.Amen, my świadkami,
Petruchio.  Żegnam was, ojcze, żono, przyjaciele,
Muszę się spieszyć, sobota za pasem.
Będziesz mieć suknie, pierścienie, klejnoty.
Kasiu, daj buzi! — A więc do soboty.

(Wychodzą Petruchio i Katarzyna w przeciwne strony).

Gremio.  Kto widział stadło prędzej skojarzone?
Baptysta.  Dziś spekulacyę zrobiłem szaloną,
Dobiłem targu, chociaż stracę pono.
Tranio.  Chowany towar w twoim psuł się domu,
Na morzu korzyść przyniesie, lub zginie.
Baptysta.  Szukam jedynej korzyści — pokoju.
Gremio.  Ktoby chciał przeczyć, że on pokój kupił?
Teraz, Baptysto, do twej młodszej córki.
Przyszedł nakoniec dzień długo czekany,
Jam twój jest sąsiad i pierwszy w zalotach.
Tranio.  Ja kocham Biankę nad wszelkie wyrazy,
Nawet nad myśli twoich przypuszczenia.
Gremio.  Młodziku, kochać jej, jak ja, nie możesz.
Tranio.  Siwa twa broda wszelką mrozi miłość.
Gremio.  Miłość twa, trzpiocie, pusta tylko piosnka;
Wiek jeden daje statek i dostatek.
Tranio.  Lecz w oczach kobiet młodość jedna kwiatek.
Baptysta.  Pozwólcie, proszę, ja spór wasz zakończę:
Czyny nie słowa rzecz rozstrzygną całą.
Kto większe wiano mej zapewni córce,
Temu zaręczam Bianki mojej miłość.
Mów signor Gremio, jaki robisz zapis?
Gremio.  Naprzód, wiesz dobrze, iż dom mój, tu w mieście,
W złote i srebrne opływa naczynia,
W drogie miednice dla pięknych jej rączek;
W kufrach z słoniowej kości jest gotówka,
W szafach z cyprysu obicia, dywany,
Rzadkie materye, z makatu firanki,
Mnoga bielizna, tureckie poduszki,
Wszystkie perłami suto haftowane,
W złotych obłogach, weneckie koronki,
Z miedzi i cyny kuchenne naczynia,

Jak uczciwemu przystało domowi;
W moim folwarku sto krów dojnych stoi,
W moich oborach wołów sto dwadzieścia,
A w miarę tego całe gospodarstwo.
Prawda, że w lata zaszedłem już trochę,
Lecz niechaj moją będzie, póki żyję,
Wszystko to dla niej, choćbym jutro umarł.
Tranio.  Z całej perory koniec tylko dobry.
Mnie teraz słuchaj; bogatego ojca
Jestem jedynym synem i dziedzicem;
Jeśli dostanę córkę twą za żonę,
W murach bogatej Pizy jej zostawię
Trzy albo cztery tak pięknych kamienic,
Jak piękny w Padwie dom starego Gremia;
A dwa tysiące dukatów intraty,
Z mych żyznych łanów na wiano jej piszę.
Co, panie Gremio? trochem cię uszczypnął.
Gremio.  W ziemi intraty rocznej dwa tysiące!
Dóbr moich wartość tyle nie wynosi;
Wszystko jej daję, a w dodatku okręt,
Co dziś w Marsylii stoi na kotwicy.
Co, czy cię jeszcze okręt mój nie zdławił?
Tranio.  Rzecz to wiadoma, Gremio, że mój ojciec
Ma trzy okręty podobne twojemu,
Dwa galiony i galer dwanaście:
Wszystkie są dla niej, i jestem gotowy
Każdy twój prezent natychmiast zdublować.
Gremio.  Nic więcej nie mam, com miał, wszystko dałem,
Dać jej nie mogę więcej, jak posiadam,
Lecz dam jej siebie i wszystkie, co moje.
Tranio.  Wedle podanych przez ciebie warunków,
Pobiłem Gremia, dziewczyna jest moją.
Baptysta.  Prawda, że lepsze twoje są ofiary;
Niech teraz ojciec twój donacyę stwierdzi,
Daję ci córkę, inaczej przepraszam;
Co będzie z wiana, gdy umrzesz przed ojcem?
Tranio.  To są wybiegi; on stary, ja młody.
Gremio.  Nie umierająż młodzi tak jak starzy?

Baptysta.  Słuchajcie teraz, jaka moja wola:
W przyszłą niedzielę jest ślub Katarzyny,
W tydzień powiedziesz Biankę do ołtarza,
Jeśli przyniesiesz ojca potwierdzenie,
inaczej, signor Gremio ma pierwszeństwo.
A teraz żegnam, i obu dziękuję (wychodzi).
Gremio.  Bądź zdrów sąsiedzie! Nie trwożę się wcale;
Stary twój ojciec byłby postrzelonym,
Gdyby dał wszystko i na stare lata
W twoim żył domu na łaskawym chlebie.
Próbuj, zobaczysz, że nie tak jest łatwo
Starego lisa włoskiego wykurzyć (wychodzi).
Tranio.  Idź na złamanie karku, stary bzdyku!
Gram w grę wysoką i na swem postawię.
Skorom się uparł memu panu służyć,
Nie wiem, dlaczego mniemany Lucencyo
Na mniemanego nie zmieni się ojca:
Gdy się to uda, cud to będzie wielki,
Bo zwykłym trybem ojciec syna płodzi,
A tutaj z syna ojciec się urodzi (wychodzi).


AKT TRZECI.
SCENA I.
Pokój w domu Baptysty.
(Lucencyo, Hortensyo i Bianka).

Lucencyo.  Skrzypaku, wara! zbyt się zapominasz,
Czyś poczęstunku tak prędko zapomniał,
Który dostałeś z ręki Katarzyny?
Hortens.  Zrzędny pedancie, pomnij, że stoimy
Przed opiekunką niebieskiej harmonii,
Że więc przed tobą służy mi pierwszeństwo;
Z końcem godziny cwiczeń muzykalnych
Przyjdzie godzina twej literatury.

Lucencyo.  Dardański osieł! Tego nawet nie wie,
Co dało życie pieśniom i muzyce!
Celem muzyki myśl ludzką odświeżyć
Znużoną pracą lub długiem ślęczeniem;
Więc po prelekcyi mej filozoficznej
Będziesz miał porę dla twojej harmonii.
Hortens.  Nie ścierpię dłużej twego grubiaństwa.
Bianka.  Panowie, proszę! oba mnie krzywdzicie,
Wiodąc spór o to, co do mnie należy;
Nie jestem dzieckiem, które w szkole chłoszczą,
I nie chcę godzin zostać niewolnicą;
Me lekcye od mej zależą fantazyi.
Żeby spór skończyć, usiądźmy we troje,
Ty weź instrument, graj jaki kawałek,
On skończy lekcyę, nim lutnię nastroisz.
Hortens.  Więc rzucisz książki, gdy nastroję lutnię? (wychodzi).
Lucencyo.  Więc nigdy! Zacznij stroić twój instrument.
Bianka.  Gdzieśmy stanęli?
Lucencyo.  Tu, pani.
Hac ibat Simois; hic est Sigeia tellus;
Hic steterat Priami regia celsa senis.
Bianka.  Tłómacz.

Lucencyo.  Hac ibat, jak ci już powiedziałem, — Simois, nazywam się Lucencyo, — hic est, jestem synem Wincencya z Pizy, — Sigeia tellus. tak przebrany, aby zyskać twoją miłość, — Hic steterat, a ów Lucencyo, który w konkury przyjechał, — Priami, jest sługa mój Tranio, — regia, który zajął moje miejsce, — celsa senis, abyśmy mogli oszukać starego Pantalona. (Wchodzi Hortensyo).
Hortens.  Pani, instrument mój już nastrojony.
Bianka.  Słuchamy. (Hortensyo gra).
Wyższa struna brzmi fałszywie.
Lucencyo.  Pluń w dziurkę, człeku, strój lutnię na nowo.

Bianka.  Zobaczmy teraz, czy będę w stanie tłómaczenie powtórzyć. Hac ibat Simois, nie znam cię; — hic est Sigeia tellus, nie ufam ci; — Hic steterat Priami, daj baczność, żeby nas nie podsłuchano; — regia zbyt sobie nie dufaj; — celsa senis, nie rozpaczaj.

Hortens.  Lutnia już strojna.
Lucencyo.  Oprócz nizkich tonów.
Hortens.  Strojne są tony wysokie i nizkie,
Gbur tylko nizki rozdźwiękiem jest tutaj.
Patrzcie, jak pedant ognisty i śmiały!
Gbur się umizga do mojej kochanki;
Mam ja na ciebie oko, bakałarzu.
Bianka.  Może uwierzę z czasem, dziś nie ufam.
Lucencyo.  O, ufaj, pani! (postrzegają zbliżającego się Hortensya).
Wierzaj! Aeacides
Jest Ajax, imię to po dziadku dostał.
Bianka.  Trudno nie uwierzyć profesora słowu,
Chociaż mam jeszcze pewne wątpliwości.
Skończmy na teraz. Licyo, twoja kolej.
Niech mi przebaczą kochani mistrzowie,
Żem sobie z nimi żartów pozwoliła.
Hortens.  (do Lucencya). Zostaw nas samych, bo w mojej muzyce
Nie mam pisanych pieśni na trzy głosy.
Lucencyo.  Mopanku, wiele robisz ceregielów.
(Na str.). Muszę tu zostać; jeśli się nie mylę,
Piękny muzykant kochać się zaczyna.
Hortens.  Pani, nim weźmiesz instrument do ręki,
Nim zaczniesz palce do strun lutni wkładać,
Od pierwszych zasad sztuki muszę zacząć.
Mam ja skrócone prawidła gamuta,
Dla mych uczennic milsze, skuteczniejsze
Od innych mistrzów zwyczajnej metody;
Wszystko spisałem w skróceniu; racz czytać.
Bianka.  Lecz ja nad gamut dawno postąpiłam,
Hortens.  Lecz nie znasz jeszcze gamuta Hortensya.
Bianka  (czyta). Gamut, ja wszelkiej harmonii podstawa,
A. re, Hortensya miłość ci przynoszę;
B. mi, O, Bianko! przyjmij go za męża!
C. fa, ut, Z serca całego cię kocha;
D. sol-re, Dwie mam nuty na klucz jeden;
E. la-mi, Umrę, gdy się nie zlitujesz.
Zowiesz to gamut? nie jest po mej myśli,
Przenoszę starą metodę, nie jestem

Dosyć wykwintną, abym chciała zmienić
Stare prawidła na wymysły nowe.

(Wchodzi Sługa).

Sługa.  Na prośbę ojca porzuć pani księgi,
Pomóż mu siostry komnatę meblować;
Wiesz, że na jutro ślub zapowiedziany.
Bianka.  Żegnam was obu; muszę się oddalić.

(Wychodzą: Bianka i Sługa).

Lucencyo.  I ja więc, pani, nie mam co tu robić! (wychodzi).
Hortens.  Lecz ja mam powód szpiegować pedanta,
Bo mi wygląda na zakochanego.
Lecz jeśli myśli twe, Bianko, tak nizkie,
Że lada pedant twój wzrok błędny ściąga,
Bierz, kogo zechcesz, nie mam chęci fukać;
Kwita z Hortensyem: pójdę innej szukać (wychodzi).


SCENA II.
Przed domem Baptysty.
(Baptysta, Gremio, Tranio, Katarzyna, Bianka, Lucencyo i Służba).

Baptysta  (do Trania). Signor Lucencyo, dziś, wedle umowy,
Miał ślub się odbyć mojej Katarzyny,
Lecz ani słychu o mym przyszłym zięciu.
Jak nam urągać świat się będzie cały,
Gdy nadaremnie kapłan będzie czekał
Z błogosławieństwem na młodego pana!
Na hańbę naszą co mówi Lucencyo?
Katarz.  Ta hańba na mnie jedną tylko spada.
Ty mnie zmusiłeś, mimo mego serca,
Rękę pustemu oddać wietrznikowi,
Który się spieszył, gdy szło o konkury,
Ale do ślubu używać chce wczasu.
Czy nie mówiłam, że to postrzeleniec,
Szczeroty płaszczem słoniący szyderstwo?
By sobie zjednać żartownisia sławę,
Tysiącom panien dzień ślubu oznaczy,
Sprosi przyjaciół, da na zapowiedzi,
Choć o małżeństwie ani mu się nie śni.

Ludzie palcami będą mnie wytykać,
Wołać: „patrz! żona waryata Petruchia,
Gdyby przyjść tylko i pojąć ją raczył“.
Tranio.  Cierpliwość, signor Baptysto i pani!
Uczciwe były Petruchia zamiary,
Choć nie znam przeszkód, które go wstrzymały.
Trochę jest szorstki, lecz pełny rozumu,
I choć wesoły, uczciwy jest razem.
Katarz.  Bogdaj go oczy moje nie widziały!

(Wychodzi, płacząc, za nią Bianka i Słudzy).

Baptysta.  Idź, biedna córko! Łez twoich nie ganię:
Czyn taki nawet świętąby oburzył,
A cóż podobną do ciebie złośnicę!

(Wchodzi Biondello).

Biondello.  Panie, panie! nowiny, stare nowiny, takie nowiny, jakich jeszcze nie słyszałeś!
Baptysta.  Nowiny, a przecie stare nowiny? jak to być może?
Biondello.  Jakto? alboż to nie nowina słyszeć o powrocie Petruchia?
Baptysta.  Czy wrócił?
Biondello.  Nie, panie.
Baptysta.  Cóż więc?
Biondello.  Wraca.
Baptysta.  Kiedy tu będzie?
Biondello.  Gdy stanie, gdzie ja stoję i zobaczy was, jak ja widzę.
Tranio.  Ale wróćmy do twoich starych nowin; co widziałeś?
Biondello.  Słuchaj tylko, panie; Petruchio przybywa w nowym kapeluszu, a starej sukmanie; w starych spodniach, trzy razy nicowanych; w parze butów, które kiedyś na skład świec służyły, jeden zapięty sprzączką, drugi sznurowany; ze starą, zardzewiałą karabelą, dobytą z miejskiego arsenału, ze złamaną rękojeścią bez skówki, o dwóch złamanych ostrzach. Koń jego osiodłany starą, robaczliwą kulbaką, której strzemiona nie z jednej familii; do tego nosaty, z grzbietem jak kolano, gruzłowaty, parchowaty, sednisty, guzowaty, poznaczony żółtaczką, zołzowaty nie do wyleczenia, napół zdechły od zawrotu, rupiami toczony, łękowaty, z wybitą łopatką, kulawy na przednie nogi; munsztuk z jednym cugiem, z baraniej skóry nagłówek, który przez nieustanne ciągnienie, aby nie utknął, sto razy się zerwał i tylko węzłami się trzyma; z popręgiem sześć razy łatanym; z aksamitnem podogoniem od jakiejś pani siodła, na którem jeszcze widać dwie litery jej nazwiska, pięknie gwoździami wybite, a tu i owdzie cerowane szpagatem.
Baptysta.  Kto z nim przybywa?
Biondello.  O, panie, jego lokaj, jak koń jego cudacznie ubrany: z nicianą pończochą na jednej nodze, z wełnianą na drugiej; jedna podwiązka czerwona a druga niebieska; stary kapelusz, a na nim „Wybór czterdziestu fantazyi“[3] zamiast piórka; potwór, prawdziwy potwór z ubioru, a nie chrześcijański pachołek albo lokaj szlachecki.

Tranio.  Tak się ustroił przez fantazyi wybryk,
Choć nieraz w lichych widziałem go szatach.

Baptysta.  Rad jestem, że przybywa, jakkolwiek przybywa.
Biondello  Lecz, panie, on nie przybywa.
Baptysta.  Czy nie powiedziałeś, że przybywa?
Biondello.  Kto? że Petruchio przybywa?
Baptysta.  Tak jest, że Petruchio przybywa.
Biondello.  Nigdy, panie; powiedziałem tylko, że koń jego przybywa, niosąc go na grzbiecie.
Baptysta.  To na jedno wychodzi.
Biondelło.  Nie, panie, na świętego Kubę; o grosz się zakładam, że koń i człowiek to więcej jak jeden, a przecie nie kilku. (Wchodzą: Petruchio i Grumio).

Petruchio.  Gdzie są panowie? kogom zastał w domu?
Baptysta.  Dobrze, żeś przybył.
Petruchio.  Jednak źle przybywam.
Baptysta.  Wszak nie kulejesz.
Tranio.  Nie tak wystrojony,
Jakbym chciał widzieć —
Petruchio.  Szło mi o to głównie,
Ażebym przybył na dzień oznaczony.

Lecz gdzie jest Kasia? droga narzeczona?
Cóż to, panowie? zda się brwi marszczycie?
Czemuż tak na mnie wytrzeszczacie oczy,
Jakgdyby nagle kościół z ziemi wyrósł,
Lub cud się jaki zjawił lub kometa?
Baptysta.  Wszak wiesz, że dzisiaj jest twoje wesele;
Twa nieobecność smuciła nas wprzódy,
Twój ubiór teraz zasmuca nas więcej.
Fe! zrzuć tę odzież, przez wzgląd na twą godność,
Nie chciej zatruwać naszego wesela.
Tranio.  Powiedz nam, jakie sprawy wielkiej wagi
Tak długo zdała żony cię trzymały,
I sprowadziły taką w tobie zmianę?
Petruchio.  Nudna to powieść, słuchaczom niemiła;
Dość, że przybywam, wierny memu. słowu,
Pomimo kilku dziwactw przymuszonych,
Które w sposobnej porze wytłomaczę,
Pewny, że wszystkich zyskam aprobacyę.
Lecz gdzie jest Kasia? Tęskno mi jest do niej.
Ranek ubiega, czas iść do kościoła.
Tranio.  Strzeż się, by w takim ujrzała cię stroju.
Idź do mej izby; przywdziej moją odzież.
Petruchio.  Uchowaj, Boże! ujrzy mnie jak jestem.
Baptysta.  Czy i do ślubu chcesz iść tak jak jesteś?
Petruchio.  Bądź tego pewny; lecz dość gadaniny.
Bierze za męża mnie nie moją odzież.
Gdybym tak łatwo mógł siebie naprawić,
Jak łatwo zmienię te biedne łachmany,
Byłoby dobrze dla niej, dla mnie lepiej.
Lecz jaki pustak ze mnie! Tu gawędzę,
Zamiast dzień dobry nieść mej narzeczonej,
Przypieczętować tytuł pocałunkiem.

(Wychodzą: Petruchio, Grumio i Biondello).

Tranio.  Musi być sekret jakiś w tem przebraniu.
Nim do kościoła pójdziem, spróbujemy,
Czy się nie zechce lepiej trochę ubrać.
Baptysta.  Idę zobaczyć, jak tam stoją rzeczy.

(Wychodzi, za nim Gremio).

Tranio.  Prócz jej miłości, ojca przyzwolenie
Równie potrzebne; aby je otrzymać,
Jak ci poprzednio wyłożyłem, panie,
Znajdę człowieka, (kto on, mniejsza o to,
Byle potrzebną oddał nam usługę)
Który Wincencya z Pizy przyjmie rolę,
I będzie w Padwie naszym ręczycielem
Na sumy większe, niż ta, którąm przyrzekł;
Tak więc twe piękne spełnią się nadzieje,
I pojmiesz Biankę za zgodą jej ojca.
Lucencyo.  Gdyby mej Bianki kroków nie szpiegował
Tak bystrem okiem kolega profesor,
Byłoby dobrze ślub zawrzeć tajemny;
Raz ożeniony — niech świat co chce gada —
Na przekór światu zatrzymam co moje.
Tranio.  We wszystkiem, panie, dobrze się rozpatrzym,
I nie zaśpimy żadnej sposobności,
Starego Gremia w pole wyprowadzim,
Poślemy za nim i ojca Minolę,
I muzykanta wykwintnego Licya,
Na korzyść pana mojego Lucencya. (Wchodzi Gremio).
Ha, signor Gremio! czy wracasz z kościoła?
Gremio.  A kontent, jakbym ze szkoły uciekał.
Tranio.  Czy z panią młodą powraca pan młody?
Gremio.  Pan lecz nie młody, to pan nie na żarty,
Ostry i szorstki, aż mi żal dziewczyny.
Tranio.  Od niej zrzędniejszy? nie, to być nie może.
Gremio.  Tak jest; to dyabeł, dyabeł, żywy dyabeł!
Tranio.  Jeśli on dyabeł, to ona dyablica.
Gremio.  Ba! ona przy nim gołąbek lub jagnię.
Słuchaj, Lucencyo; gdy ksiądz go zapytał,
Czyli za żonę bierze Katarzynę,
„Biorę, do kroćset stu tysięcy beczek“,
Głośno zawołał; kapłan zadziwiony
Upuścił brewiarz z swojej drżącej ręki,
A gdy się schylił, żeby książkę podnieść,
Takiego kuksa dał mu waryat młody,
Ze z brewiarzem i ksiądz się powalił:

„Niechże ich teraz zbiera kto chce,“ krzyknął,
Tranio.  Co dziewka, kiedy ksiądz na nogi powstał?
Gremio.  Drżała jak listek; on klął, nogą tupał,
Jak gdyby proboszcz chciał go brać na fundusz.
Po rozmaitych w końcu ceremoniach,
„Wina“, zawołał, „wiwat, wiwat!“ krzyczał,
Jak na pokładzie sternik do swych ludzi
Po strasznej burzy; gdy kielich wychylił,
Plusnął mętami na twarz zakrystyana,
Dając za powód, że biedaka broda
Zbyt rzadko rosła, chudą miała minę,
Jakby prosiła o napitku męty;
Potem swą żonę uchwycił za szyję,
Z tak głośnym cmokiem usta jej całował,
Że się po całym rozległo kościele.
Świadek wszystkiego, ze wstydu uciekłem,
A wiem, że za mną wszystko się ruszyło.
Nikt szaleńszego nie widział małżeństwa.
Lecz cicho! odgłos muzyki już słychać.

(Wchodzą: Petruchio, Katarzyna, Bianka, Baptysta, Hortensyo, Grumio i Służba).

Petruchio.  Dzięki, panowie! dzięki, przyjaciele!
Wiem, że zamiarem waszym dać mi ucztę,
Że ślubny bankiet suto zastawiony;
Lecz interesa me nie cierpią zwłoki,
Natychmiast przeto pożegnać was muszę.
Baptysta.  Jakto? chcesz jeszcze tej nocy wyjechać?
Petruchio.  Muszę wyjechać jeszcze przed wieczorem.
Nie dziw się, gdybyś znał me interesa,
Sambyś mnie naglił, bym co prędzej ruszał.
Zacni panowie, z serca wam dziękuję,
Żeście świadkami byli mego ślubu
Z słodką, cierpliwą i cnotliwą żoną.
Z mym teściem jedzcie, pijcie za me zdrowie,
Ja, muszę jechać; żegnam was raz jeszcze.
Tranio.  Odłóż twój odjazd choć do poobiedzia.
Petruchio.  Nie mogę.
Gremio.  Zrób to na moje błaganie.

Petruchio.  Nie mogę.
Katarz.  Zrób to na moje błaganie.
Petruchio.  Rad jestem bardzo —
Katarz.  Że odjazd odkładasz?
Petruchio.  Rad jestem bardzo, że prosisz, bym został;
Lecz jak chcesz błagaj, chwili nie zostanę.
Katarz.  Jeśli mnie kochasz, zostań.
Petruchio.  Grumio, konie
Grumio.  Stoją gotowe; owies zjadł już konie.
Katarz.  Gdy tak, to dobrze, rób po twojej woli,
Co do mnie, dzisiaj odjeżdżać nie myślę,
Ni dziś, ni jutro, ale kiedy zechcę.
Drzwi są otworem, tędy pańska droga;
Możesz bruk zbijać, póki służą buty,
Ja zaś pojadę, gdy mi przyjdzie chętka.
Pięknego widzę dostałam mężulka,
Gdy już w dzień ślubu taką śpiewa piosnkę.
Petruchio.  Kasiuniu droga, nie gniewaj się, proszę.
Katarz.  Będę się gniewać. Uspokój się, ojcze,
Mąż mój zostanie, dopóki ja zechcę.
Grumio.  Ha, ha! coś mięknąć jegomość zaczyna.
Katarz.  Panowie, proszę, czas do uczty zasiąść.
Łatwo na dudka wystrychnąć się żonie,
Jeśli jej braknie serca do oporu.
Petruchio.  Goście posłuszni będą twym rozkazom.
Raczcie wykonać panny młodej wolę;
Pijcie, hulajcie, popuszczajcie pasów,
Za jej panieństwo spełniajcie kielichy,
Bądźcie weseli — lub idźcie do dyabła!
Lecz moja Kasia musi ze mną jechać.
Nie tup tak nóżką, ocząt nie wytrzeszczaj:
Umiem być panem tego co jest moje,
A żona moja, to własność jest moja,
Mój dom, me meble, spichlerz mój, me pole,
Koń mój i wół mój, mój osieł, me wszystko.
Tu, przy mnie stoi; kto śmie, niech jej dotknie,
A największego padewskiego zucha,
Co chce mnie wstrzymać, rozumu nauczę.

Grumio, do szabli! śród bandy złodziei
Ratuj twą panią, jeśli masz odwagę.
Nie bój się, Kasiu, włosek ci nie spadnie,
Będę ci tarczą przeciwko milionom.

(Wychodzą: Petruchio, Katarzyna i Grumio).

Baptysta.  Niech z Bogiem jedzie ta gołębi para!
Gremio.  Pękłbym od śmiechu, gdyby dłużej został.
Tranio.  Z szalonych małżeństw to jest najszaleńsze.
Lucencyo.  A ty co myślisz, pani, o twej siostrze?
Bianka.  Szalona sama, wzięła szalonego.
Gremio.  Okatarzony widzę nasz Petruchio.
Baptysta.  Drodzy sąsiedzi, choć brak państwa młodych,
Aby na miejscu honorowem zasiąść,
Na smacznym kąsku wiecie, że nie zbywa.
Na miejscu męża niech siądzie Lucencyo,
A miejsce żony niech Bianka zastąpi,
Tranio.  Żeby się uczyć swojej przyszłej roli?
Baptysta.  Zgadłeś, Lucencyo. Panowie, prosimy. (Wychodzą).


AKT CZWARTY.
SCENA I.
Sala w wiejskim domu Petruchia.
(Wchodzi Grumio).

Grumio.  A niech piorun trzaśnie wszystkie zmordowane szkapy, wszystkich postrzelonych panów i wszystkie złe drogi! Czy był kiedy człowiek więcej niż ja zaszargany, więcej niż ja strudzony? Ślą mnie naprzód, abym zapalał ogień, a oni później grzać się przyjeżdżają. Gdybym nie był małym garnuszkiem, co się łatwo rozgrzewa, przódby mi wargi do zębów przymarzły, język do podniebienia, a serce do brzucha, nimbym znalazł ogień do odtajania. Ale się rozgrzeję dmuchając na ogień, bo biorąc na uwagę tę niepogodę, zakatarzyłby się większy ode mnie dryblas. Hej tam! Kurtys! (Wchodzi Kurtys).
Kurtys.  Kto mnie tam tak zmarzłym woła głosem?
Grumio.  Kra lodu. Jeśli mi nie wierzysz, możesz się ślizgać po mnie od ramienia do pięty. Ognia, dobry Kurtys!
Kurtys.  Czy przyjeżdża pan z swoją żoną, Grumio?
Grumio.  Przyjeżdża, Kurtys, przyjeżdża. Więc ognia! ognia! a nie lej wody na ognisko.
Kurtys.  Czy naprawdę taka z niej sekutnica, jak powiadają!
Grumio.  Była nią, Kurtys, przed tymi mrozami; ale jak wiesz, zima łagodzi człowieka, kobietę i zwierzę, bo złagodziła mojego starego pana i moją młodą panią i mnie samego, kolego Kurtys.
Kurtys.  Idź do dyabła, trzycalowy błaźnie! nie jestem zwierzem.
Grumio.  Mam tylko trzy cale? Toć przecie twoje rogi mają przynajmniej stopę, a przynajmniej tyle co one jestem długi. Ale czy chcesz rozpalić ogień? Inaczej zaniosę na ciebie skargę do naszej pani, a wnet uczujesz zimną jej rękę za niedbalstwo w gorącej służbie.
Kurtys.  Powiedz mi, proszę, dobry Grumio, jak tam idą rzeczy na świecie?
Grumio.  Zimny to świat, mój Kurtys, we wszystkich obowiązkach prócz twojego; a więc pal ogień! Zrób twoją należność, abyś dostał co ci się należy; bo pan mój i pani napół skostniali od zimna.
Kurtys.  Ogień już gotowy; teraz więc dobry Grumio, rozpowiadaj mi nowiny.
Grumio.  „Hej tam, Janku! słuchaj, Janku!“[4] masz nowin ile zechcesz.
Kurtys.  Zawsze widzę jesteś pełny krotofili.
Grumio.  Pal ogień! bo teraz jestem tylko pełny kataru. Gdzie kucharz? Czy wieczerza gotowa? czy dom uprzątnięty, czy tatarak rozsypany, omieciona pajęczyna? czy służba w nowej liberyi, białych pończochach? czy wszystkie kuchciki w niedzielnych szatach? czy szklanki wymyte wewnątrz, a kociołki wyszurowane zewnątrz? czy obrus na stole? czy wszystko w porządku?
Kurtys.  Wszystko gotowe. Więc proszę cię, co za nowiny?
Grumio.  Naprzód więc trzeba ci wiedzieć, że koń mój zmordowany, że pan mój i moja pani spadli.
Kurtys.  Jak?
Grumio.  Z siodeł w błoto. Długa o tem powieść.
Kurtys.  Opowiedz wszystko, dobry Grumio.
Grumio.  Nadstaw ucha.
Kurtys.  Słucham.
Grumio.  Trzymaj (uderza go).
Kurtys.  To się nazywa czuć powieść, a nie słuchać powieści.
Grumio.  Dlatego też nazywa się czułą powieścią. Kułak ten był tylko ostrzeżeniem, żebyś słuchał uważnie. Więc zaczynam: imprimis, zjechaliśmy ze strasznej góry, mój pan jechał za moją panią —
Kurtys.  Na jednym koniu?
Grumio.  Co przez to rozumiesz?
Kurtys.  No, konia.
Grumio.  Więc sam opowiadaj historyę. Gdybyś mi nie był przerwał, usłyszałbyś, jak się jej koń powalił, jak ona powaliła się pod konia; usłyszałbyś, w jakiej kałuży, jak się zabłociła; jak ją pod koniem zostawił, a mnie zaczął kijami okładać za to, że się koń jej potknął; jak ona brodziła po błocku, żeby go ode mnie odciągnąć; jak on klął; jak ona prosiła, ona, co nie prosiła nigdy przody; jak ja wrzeszczałem; jak uciekły konie; jak się zerwały jej cugle; jak straciłem moje podogonie, i wiele innych rzeczy godnych pamięci, które teraz umrą w zapomnieniu, a ty wrócisz bez znajomości świata do grobu.
Kurtys.  Wedle takiego rachunku, większy z niego sekut jak z niej sekutnica.
Grumio.  Bądź tego pewny; jak zresztą sam się przekonasz, gdy przybędzie do domu, i ty i najdumniejszy z was wszystkich. Ale co o tem gadać? Zawołaj Nataniela, Józefa, Mikołaja, Filipa, Waltera, Cukrołyka i resztę. Niech włosy gładko uczeszą, swoje niebieskie kurtki wyczyszczą, jednofarbne dobiorą podwiązki; niech się kłaniają lewą nogą, a niech się strzegą dotknąć włosienia pańskiej szkapy ogona, nie pocałowawszy przód własnej ręki. Czy wszyscy gotowi?
Kurtys.  Wszyscy.
Grumio.  Przywołaj ich.
Kurtys.  Hej! czy słyszycie? Macie wyjść na spotkanie pana, aby pani przystojność okazać.
Grumio.  Co mówisz o przystojności? ma ona dosyć swojej własnej.
Kurtys.  Kto tego nie wie?
Grumio.  Ty zdajesz się nie wiedzieć, skoro wołasz na kolegów, żeby jej przystojność okazać.
Kurtys.  Wołam ich, aby jej kredyt pomnożyć.
Grumio.  Nie myśli nic od nich pożyczać! (Wchodzą Słudzy).
Nataniel.  Witamy z powrotem, Grumio.
Filip.  Jakże zdrowie Grumio?
Józef.  Co tam, Grumio?
Mikołaj.  Kolego Grumio!
Nataniel.  Jakże zdrowie, staruszku?
Grumio.  Witam cię; — a u ciebie jakie zdrowie? a u ciebie, co tam kolego? i na tem kończę pozdrowienia. Teraz moje zuchy, czy wszystko gotowe? czy wszystko wyczyszczone?
Nataniel.  Wszystko gotowe. A pan, jak daleko?
Grumio.  Tylko co go nie widać; w tej chwili może zsiada z konia. Nie bądźcie więc — do sto katów! cicho! słyszę głos mojego pana.

(Wchodzą: Petruchio i Katarzyna).

Petruchio.  Gdzie te hultaje? nikogo przed drzwiami
Trzymać strzemiono i odebrać konie!
Gdzie jest Nataniel, Grzegorz, gdzie jest Filip?
Wszyscy.  Tu panie! tu panie, tu, tu, panie!
Petruchio.  Tu, tu, tu, panie, tu panie, tu panie!
Zakute pałki, gbury, masztalerze!
Żadnej pilności, względów, ni usługi!
Gdzie łotr, którego naprzód tu wysłałem?
Grumio.  Tu jestem, panie, tak głupi jak przódy.

Petruchio.  Przeklęty chamie, pociągowy szkapo,
Czy nie kazałem, byś mnie w parku czekał,
I przyprowadził tych wszystkich hultajow?
Grumio.  Krawiec nie skończył kurtki Nataniela,
Trzewikom Ralfa brak było obcasów,
Piotr nie miał sadzy uczernić kapelusz,
A pochwy nie miał Waltera kordelas;
Grzegórz był tylko i Adam w liberyi,
Resztę znalazłem jak dziadów w łachmanach,
Lecz jak są, wyszli powitać cię, panie.
Petruchio.  Ruszajcie łotry, zastawcie wieczerzę!

(Kilku Służących wychodzi).

(Śpiewa) „Ach, gdzie dawne moje życie!“
Gdzie są — siądź Kasiu; nie bądź takim mrukiem.
Uf! jakże jestem zmęczony podróżą!

(Wchodzą Słudzy z wieczerzą).

Kasiu, powtarzam, nie bądź takim mrukiem.
Ściągnij mi buty, urwiszu, a śpiesz się!
(Śpiewa) „Ksiądz Bernardyn w pewnem mieście
Od klasztoru szedł po kweście“ —
Łotrze przeklęty, chcesz mi nogę skręcić? (uderza go).
Masz coś zarobił; ściągnij drugi lepiej!
Rozjaśnij czoło, Kasiu. — Hej tam, wody!
Gdzie mój bonończyk, Troił? Ruszaj zaraz,
Zaproś kuzyna mego, Ferdynanda.

(Wychodzi Służący).

Musisz go Kasiu poznać, pocałować.
Gdzie me pantofle? doczekam się wody?

(Przynoszą mu miednicę).

Umyj się Kasiu, i witaj w mym domu!

(Służący upuszcza dzbanek).

A ty nicponiu! to tak znasz ty służbę? (uderza go).
Katarz.  O, bądź cierpliwy! zrobił to niechcący.
Petruchio.  Przeklęty bękart i łotr długouchy!
No siadaj, Kasiu! wiem, że masz apetyt. (Siadają).
Chcesz ty, czy ja mam odmówić modlitwę?
Co na półmisku?
1 Służący.  Baranina, panie.

Petruchio.  Kto ją tu przyniósł?
1 Służący.  Ja, panie.
Petruchio.  Spalona,
Jak wszystkie wasze potrawy spalone.
A psy przeklęte! gdzie ten nicpoń kucharz?
Jak śmiecie, łotry, służyć baraniną,
Wiedząc oddawna, że jej znieść nie mogę?
Zbierzcie półmiski i szklanki i wszystko!

(Zrzuca całe nakrycie ze stołu).

Nieokrzesane i głupie gawrony!
Co, wy mruczycie? ja was tu nauczę!
Katarz.  Proszę cię, mężu, nie bądź tak gwałtowny!
Pieczeń jest dobra, byłeś chciał skosztować.
Petruchio.  Nie, Kasiu, pieczeń sucha jak podeszwa,
A suchych mięsiw doktor mi zabronił,
Bo rodzą gniewy i budzą zły humor;
Już popędliwi jesteśmy z natury,
Lepiej więc będzie dla obojga pościć,
Niźli się żywić mięsem przepieczonem.
Cierpliwość! jutro lepszy będzie obiad.
Na dzisiaj, Kasiu, pośćmy dla kompanii.
Teraz twój ślubny pokażę ci pokój.

(Wychodzą: Petruchio, Katarzyna i Kurtys).

Nataniel.  Czy podobnego widziałeś co, Piotrze?
Piotr.  On ją zabija własnym jej humorem.

(Wchodzi Kurtys).

Grumio.  Gdzie pan?
Kurtys.  W pokoju pani, gdzie jej teraz
Prawiąc kazanie o wstrzemięźliwości,
Klnie, wszeszczy, tupa, tak, że biedna dusza
Nie wie co mówić, na której stać nodze;
Siedzi jak człowiek ze snu rozbudzony.
Ale zmykajmy, bo widzę, pan wraca. (Wychodzą).

(Wchodzi Petruchio).

Petruchio.  Zacząłem moje rządy politycznie,
I myślę, że je szczęśliwie zakończę.
Sokół mój teraz pusty ma żołądek,
Głodzić go będę, póki nie unoszę,

Inaczej, nigdy nie zwiąże wabika.
Mam drugi sposób ułożyć małża,
By słuchał głosu swego sokolnika:
Jak dzikie konie, morzyć bezsennością,
Kiedy uparte srożą się i dziobią;
Nic dziś nie jadła i nic jeść nie będzie,
I spać nie będzie tej jak przeszłej nocy,
Bo jak w potrawach znalazłem przywary,
Tak je wynajdę i w posłaniu łóżka:
Tu więc materac, tam rzucę poduszkę,
W jeden kąt kołdrę, w drugi prześcieradło;
A naturalnie, harmider ten cały
Jest tylko skutkiem troskliwości o nią:
I koniec końców, nie przymruży oka.
Jeśli przypadkiem znużona zadrzymie,
Musi na moje obudzić się wrzaski.
Tak się miłością zabijają żony,
Tak ja szalony upór jej zwyciężę:
Na sekutnice lepszy sekret wiecie?
Raczcie w gazetach rozgłosić po świecie (wychodzi).


SCENA II.
Padwa. — Przed domem Baptysty.
(Tranio i Hortensyo).

Tranio.  Powiedz mi szczerze, Licyo, czyli Bianka
Może przenosić kogo nad Lucencya?
Wyznaję, tkliwem strzela na mnie okiem.
Hortens.  Abyś uwierzył lepiej memu słowu,
Jego prelekcyom z boku się przysłuchaj.

(Odchodzą na stronę. — Wchodzą: Bianka i Lucencyo).

Lucencyo.  Czyli korzystasz, pani, z twoich czytań?
Bianka.  Ty przódy powiedz, mistrzu, co sam czytasz?
Lucencyo.  Czytam kochania sztukę, której uczę.
Bianka.  Bogdajeś mistrzem w sztuce twojej został!
Lucencyo.  Póki ty jesteś duszy mej mistrzynią. (Wychodzą).
Hortens.  Podwójnym widzę maszerują krokiem.

Czy jeszcze teraz gotowyś jest przysiądz,
Że twoja Bianka nikogo na świecie
Nie kocha czulej jak swego Lucencya?
Tranio.  O przeniewierczy ty rodzie niewieści!
Wyznam ci, Licyo, bardzo mnie to dziwi.
Hortens.  Czas wyznać prawdę; ja nie jestem Licyo,
Nie jestem skrzypkiem, którego mam minę;
Gardziłbym sobą, gdybym chwilę dłużej
Wzdychał przebrany do takiej kobiety,
Co się nie waha porzucić szlachcica,
By wziąć za bożka takiego wałkonia.
Wiedz, panie, że się nazywam Hortensyo.
Tranio.  Signor Hortensyo, słyszałem ja nieraz
O twych dla Bianki czułych sentymentach;
Gdym jej na własne oczy widział lekkość,
Za twym przykładem, jeśli mi pozwolisz,
Miłości Bianki zrzekam się na zawsze.
Hortens.  Signor Lucencyo, patrz, jak się całują!
Ściśnij tę rękę! przed niebem przysięgam,
Że więcej słowa miłości nie powiem
Do tej istoty miłości niegodnej,
Którą tak długo w sercu mem chowałem.
Tranio.  I ja przysięgam, że choćby błagała,
Nigdy za moją nie wezmę jej żonę.
Patrz! patrz! bezwstydna, patrz, jak się z nią pieści!
Hortens.  Z wszystkich kochanków bogdaj on jej został!
Co do mnie, aby przysięgi nie złamać,
Przed trzema dniami do ołtarza wiodę
Bogatą wdowę, która mnie kochała
Tak długo, jak ja kochałem, szalony,
Tę zalotnicę. Bądź mi zdrów, Lucencyo.
Nie piękna buzia, ale czułe serce
Miłość mą zyska. Idę, a bądź pewny,
Że mej przysiędze wierny pozostanę.

(Wychodzi Hortensyo. — Zbliżają się Lucencyo i Bianka).

Tranio.  Piękna panienko, niech ci niebo ześle
Błogosławieństwo szczęśliwych kochanków!
Aniołku, gdym cię na uczynku złapał

Razem z Hortensyem wyrzekam się ciebie.
Bianka.  Czy to są żarty, Tranio, czy to prawda?
Tranio.  Prawda.
Lucencyo.  Więc Licya pozbyłem się przecie.
Tranio.  Na zemstę, ciepłą śpieszy pojąć wdówkę;
Dzień mu wystarczy na ślub i zaloty,
Bianka.  Więc szczęść mu Boże!
Tranio.  Wnet on ją ugłaska.
Bianka.  Jak sam powiada.
Tranio.  O wierzaj mi, pani,
Kształcił się w dobrej szkole ugłaskania,
Bianka.  Gdzież to podobna znajduje się szkoła?
Tranio.  W szkole tej, pani, mistrzem jest Petruchio;
Wykłada uczniom sposobów trzydzieści,
Jak kiełzać humor i język niewieści.

(Wbiega Biondello).

Biondello.  O, panie, panie! tak długom czatował,
Żem jak pies zbity; lecz ujrzałem w końcu,
Jak schodził z góry uczciwiec staruszek,
Jakbym na urząd sam go obstalował.
Tranio.  Co to za człowiek?
Biondello.  Kupiec albo pedant,
Jedno lub drugie; w poważnej sukmanie,
A w każdym ruchu ojciec żywiuteńki.
Lucencyo.  Co chcesz z nim zrobić?
Tranio.  Jeśli łatwowierny,
Za czystą prawdę powieść moją weźmie,
Chętnie Wincencya podejmie się roli,
I jak prawdziwy Wincencyo potwierdzi
Wszystkie zapisy Baptyście Minola.
Ty idź z kochanką, a nas zostaw samych.

(Wychodzą: Lucencyo i Bianka. — Wchodzi Pedant).

Pedant.  Bóg z tobą, panie!
Tranio.  I z tobą! witamy!
Czy idziesz dalej, czyś stanął u kresu?
Pedant.  Jestem u kresu na jakie dni dziesięć,
A potem dalej, do Rzymu, a potem,
Przy bożej łasce, idę do Trypoli.

Tranio.  A skądże rodem?
Pedant.  Jestem Mantuańczyk.
Tranio.  Co? Mantuańczyk? uchowaj cię, panie!
Czy życiem gardzisz, żeś do Padwy przyszedł?
Pedant.  Życiem? co mówisz? to nie są przelewki.
Tranio.  Gardłem ma płacić każdy Mantuańczyk,
Który się waży w Padwie stanąć nogą.
Nie wiesz powodu? Na wasze okręty
W Wenecyi książę położył ambargo,
A przez nienawiść do waszego księcia
Krwawy ten wyrok publicznie ogłosił.
Gdybyś godzinę prędzej był tu przyszedł,
Byłbyś to słyszał sam na własne uszy.
Pedant.  Tem gorsze, panie, moje położenie,
Że mam z Florencyi ważne z sobą weksle,
Które koniecznie tu mam prezentować.
Tranio.  Ja ci przez grzeczność oddam tę usługę,
W dodatku dobrą pomogę ci radą.
Powiedz mi, proszę, czyś był kiedy w Pizie?
Pedant.  Jakie sto razy zwiedzałem to miasto
Obywateli swych słynne powagą.
Tranio.  Czyli nie znałeś tam czasem Wincencya?
Pedant.  Nie, sam go nie znam, lecz znam jego imię,
Jak największego w mieście tem bogacza.
Tranio.  Jest to mój ojciec, żeby wyznać prawdę,
Jest między wami pewne podobieństwo.
Biondello  (na stronie). Jak między jabłkiem a między ostrygą.
Tranio.  Żeby kosztowne twe ratować życie,
Chcę ci dopomódz, dla jego miłości;
Uważaj tylko, co za traf szczęśliwy,
Że masz podobne rysy do Wincencya!
Przybierz więc jego imię i powagę,
A w moim domu chętną przyjm gościnność;
Pamiętaj tylko dobrze grać twą rolę.
Wszak mnie rozumiesz? Będziesz u mnie mieszkał,
Póki spraw twoich w Padwie nie załatwisz.
Przyjmij ofiarę, jeśli ci po myśli.
Pedant.  Przyjmuję z serca; odtąd dla mnie będziesz

Zbawcą wolności mojej, mego życia.
Tranio.  Nie traćmy czasu. Powiem ci nawiasem,
Ze mego ojca czekamy co chwila,
Ażeby ślubny mój podpisał kontrakt
Z córką pewnego Baptysty Minola.
Później obszerniej o tem pogadamy,
Tymczasem idźmy, żebyś ubiór zmienił. (Wychodzą).


SCENA III.
Pokój w domu Petruchia.
(Katarzyna i Grumio).

Grumio.  Nie, pani, nie śmiem; on mnie zabić gotów.
Katarz.  Co raz jawniejsza złość jego, ma krzywda.
Na toż mnie pojął, aby mnie zagłodzić?
U drzwi mojego ojca każdy żebrak
Na pierwsze słowo dostaje jałmużnę,
Odepchniętego każdy sąsiad przyjmie;
A ja, com nigdy nie umiała prosić,
Com nigdy prosić nie potrzebowała,
Z głodu umieram, a od bezsenności
Kołowacieję; klęciami mnie budzi,
Karmi krzykami, a co mnie oburza,
Wszystko pod czułej miłości pozorem,
Jakby snu chwila, chleba okruszyna
Zaraz mnie miały razić apopleksyą.
Idź, proszę, przynieś mi trochę pokarmu,
Przynieś, co znajdziesz, wszystko będzie dobre,
Grumio.  Co mówisz, pani o wołowych nogach?
Katarz.  Wielki rarytas! przynieś je co prędzej.
Grumio.  To choleryczna zda mi się potrawa.
Ale naprzykład flaki przysmażane?
Katarz.  Wielki przysmaczek! przynieś mi je, proszę.
Grumio.  Ale i flaki mogą żółć poburzyć.
A gdyby pieczeń wołowa z musztardą?
Katarz.  To ulubiona moja jest potrawa.
Grumio.   Tylko musztarda, rzecz rozpalająca.

Katarz.  To bez musztardy przynieś wołowinę.
Grumio.  Ni myśleć o tem; przyniosę musztardę,
Lub bez musztardy niema wołowiny.
Katarz.  To przynieś jedno lub drugie, cokolwiek.
Grumio.  A więc musztardę, lecz bez wołowiny.
Katarz.  Idźże do dyabla, zwodny kusicielu! (bije go).
Co chcesz mnie karmić potraw nazwiskami.
Przepadnij, zdrajco, i wszyscy, co z tobą
Śmiecie się moim cierpieniom urągać!
Precz z moich oczu! precz stąd, niewolniku!

(Wchodzą: Petruchio z mięsem na talerzu, i Hortensyo).

Petruchio.  No, co tam, Kasiu, czemu tak posępna?
Hortens.  Jak się masz pani?
Katarz.  Niepodobna gorzej.
Petruchio.  Nabierz więc ducha, spójrz na mnie wesoło!
Patrz tylko, duszko, jak jestem troskliwy,
Patrz, własną ręką przysmak ten warzyłem.

(Stawia półmisek na stole).

Na wdzięczność, Kasiu, sądzę, żem zarobił.
Co? ani słowa? Rzecz ci nie do smaku,
I praca moja na nic się nie zdała.
(Do sługi). Zabierz półmisek.
Katarz.  Nie, zostaw go, proszę.
Petruchio.  Lada usługa dziękami się płaci:
Nim mięsa dotkniesz, podziękuj mi przody.
Katarz.  Dziękuję, panie.
Hortens.  Fe, wstydź się, Petruchio!
Siadajmy, pani, ucztę twą podzielę.
Petruchio  (na str.). Jeśli mnie kochasz, Hortensyo, zjedz wszystko.
(Głośno). Bogdaj ten obiad na dobre ci wyszedł!
Zajadaj smaczno, a potem, serduszko,
Pojedziem huczno do twojego ojca,
I będziem hulać jak za dobrych czasów,
W jedwabnych sukniach i złotych pierścionkach,
Kryzach, falbanach, rękawkach, koronkach;
Wspaniały wachlarz i szarfy jak tęcze,
I bursztynowe na rękach obręcze,
Naszyjnik z pereł, szale i manele,

I Bóg wie jeszcze jakie ceregiele.
Skończyłaś? Krawiec czeka już gotowy
W jedwab’ cię owić od stopy do głowy.

(Wchodzi Krawiec).

No, krawcze, pokaż twoje kosztowności.

(Wchodzi Kramarz).

Pokaż nam suknie. — Co nam waść przynosisz?
Kramarz.  Obstalowany przez pana kapelusz.
Petruchio.  To widzę, formę brałeś na miseczce;
Na honor, czysty talerz z aksamitu.
Fe! to rzecz brudna, szpetna, nieprzystojna,
Coś nakształt muszli, łupiny orzecha;
Dla dziecka cacko, albo kapelusik.
Precz z czupiradłem! przynieś co większego.
Katarz.  Nie chcę większego; taka teraz moda,
Taki kapelusz wszystkie noszą panie.
Petruchio.  Żebyś go wdziała, musisz przody zostać
Łagodną, słodką, jak przystało pani.
Hortens.  (na str.). To na kapelusz długo będzie czekać.
Katarz.  Sądzę, że wolno mi jest jeszcze mówić;
Słuchaj, co mówię; nie jestem już dzieckiem;
Lepszym od ciebie powiedziałam prawdę,
Gdy jej nie możesz słuchać — zatkaj uszy.
Język wypowie gniew mojego serca,
Albo mi serce od gniewu przepęknie,
Wolę więc przody w słowach bez ogródki
Ostatnich granic wolności dobieżeć.
Petruchio.  Masz racyę, Kasiu, to nie jest kapelusz,
To pasztetowa nakrywka z jedwabiu.
Lubię cię za to, że go ty nie lubisz.
Katarz.  Lub mnie, lub nie lub, ja lubię kapelusz,
I mieć go będę, łub nie chcę żadnego. (Kramarz wychodzi).
Petruchio.  Mówisz o sukni? Krawcze, pokaż suknię.
Wszechmocny Boże! cóż to za straszydło?
Cóż to jest? rękaw? to raczej armata.
Z góry i z dołu w pasztet wykrojony,
A dziurek, kółek, rozporków w nim więcej,
Jak na fajerce w sklepie golibrody.

Do kroć tysięcy! krawcze, jak to zowiesz?
Hortens.  (na str.). Widzę, że suknia pójdzie z kapeluszem.
Krawiec.  Kazałeś, panie, piękną uszyć suknię,
Wedle najlepszej i najnowszej mody.
Petruchio.  Prawda, kazałem; lecz czy zapomniałeś,
Że nie kazałem sukni modnie popsuć?
Zmykaj do domu, skakaj przez rynsztoki,
Bo będziesz skakał bez mej klienteli;
Nie chcę twej sukni, rób z nią co sam zechcesz.
Katarz.  Modniejszej sukni nie widziałam jeszcze,
Lepszego tonu, albo z lepszym gustem.
Chciałbyś, jak widzę, lalkę ze mnie zrobić.
Petruchio.  To prawda, chciałby zrobić lalkę.

Krawiec.  Jejmość powiada, że to ty, panie, chciałbyś zrobić z niej lalkę.

Petruchio.  Łżesz, mości nitko, łżesz mości naparstku,
Łokciu, półłokciu, ćwierćłokciu i calu,
Ty pchło, ty gnido, ty zimowy świerszczu!
W mym domu motek nici mi junaczy!
Precz stąd, łachmanie, dokładku, okrawku,
Lub cię tak własnym twoim zmierzę łokciem,
Że póki życia będziesz mnie pamiętał!
Ja ci powiadam, żeś jej suknię popsuł.
Krawiec.  Mylisz się, panie, suknia jest uszyta
Wedle rozkazów wydanych majstrowi,
Które mu Grumio w twem przyniósł imieniu.
Grumio.  Jam mu materyę poniósł nie rozkazy.
Krawiec.  Ale jak chciałeś, by suknię uszyto?
Grumio.  Rrzecz naturalna, igłą i niciami.
Krawiec.  A czy nie w takim pragnąłeś ją kroju?

Grumio.  Słuchaj, wszak już niejedną sztukę materyi przemierzyłeś?
Krawiec.  Prawda.
Grumio.  Mnie tylko nie mierz oczyma; niejednemu junaczyłeś, mnie tylko nie junacz! Powtarzam ci, że twojemu majstrowi nakazałem, żeby suknię skroił, nie żeby ją krajał na kawałki; czego kłamiesz?
Krawiec.  Patrz tylko, przynoszę na świadectwo notę nakazanego kroju.
Petruchio.  Czytaj!
Grumio.  Nota bezczelnie kłamie, jeśli powiada, że ja to powiedziałem.
Krawiec  (czyta). „Imprimis, suknia z przestronnym stanikiem“ —
Grumio.  Panie, jeśli powiedziałem z przestronnym stanikiem, zaszyj mnie w jej spódnicę i bij mnie na śmierć kłębkiem szarych nici. Powiedziałem suknię.
Petruchio.  Czytaj dalej!
Krawiec  (czyta). „Z wązkim, okrągłym kołnierzykiem“ —
Grumio.  Przyznaję się do kołnierzyka.
Krawiec  (czyta). „Z buchastym rękawem“ —
Grumio.  Przyznaję się do dwóch rękawów.
Krawiec  (czyta). „Rękawy ciekawie skrojone“ —
Petruchio.  A tu właśnie jest łotrostwo.
Grumio.  Omyłka druku, panie, panie, omyłka druku. Nakazałem, żeby rękawy były naprzód skrojone, a zaraz potem zszyte; a tego ci dowiodę, nie zważając na to, że mały twój palec zbrojny jest w naparstek.
Krawiec.  Co mówię, szczera jest prawda, a gdybym cię miał tam, gdzie wiem, musiałbyś się przyznać do wszystkiego.
Grumio.  Jestem na twoje rozkazy; weź twój rachunek, daj mi twój łokieć, a nie oszczędzaj mnie wcale.
Hortens.  Przez Boga żywego, Grumio, to trochę za nierówne warunki!
Petruchio.  Krótko mówiąc, ta suknia nie dla mnie.
Grumio.  Masz pan racyę, to suknia dla pani.
Petruchio.  Weź ją, niech twój majster robi z nią, co mu się podoba.
Grumio.  Nie rób tego, hultaju, jeśli dbasz o życie; niech twój majster robi z suknią pani, co mu się podoba.

Petruchio.  Cóż to, mopanku, co ci się roi po głowie?
Grumio.  O, panie! głębsza, niż sądzisz, mysi moja;
Niech majster z suknią pani co chce robi!
Uchowaj, Boże!
Petruchio  (na str.).Dopilnuj, Hortensyo,

By krawiec dostał za suknię należność!
(Głośno). Weź ją i zmykaj; ani słowa więcej.
Hortens.  Krawcze, za suknię jutro ci zapłacę.
Niech cię gorącość jego nie obraża;
Wracaj, a twemu poleć mnie majstrowi.

(Wychodzi Krawiec).

Petruchio.  Kasiu, jedziemy do twojego ojca,
Tak jak jesteśmy w sukniach niepozornych;
W skromnem odzieniu kieszeń będzie dumna,
Bo myśl bogata bogactwem jest ciała.
Jak słońce chmury najgęstsze przenika,
Tak honor świeci i pod łachmanami;
Kto nad skowronka chciałby przenieść kraskę,
Że nosi pióra piękniej malowane?
Ktoby węgorza oddać chciał za węża,
Bo oko bawi skóry swej cętkami?
Nie, dobra Kasiu, i tyś nie jest gorsza,
Choć falbanami suknia ci nie furka.
Jeśli to hańbą w twych się wyda oczach,
Zwal wszystko na mnie. Dalej więc! wesoło
Do domu ojca twego jedźmy hulać.
Gdzie moi ludzie? każ im poprowadzić
Na koniec długiej alei rumaki,
Bo tam dopiero siodeł dosiądziemy.
Która godzina? Jeszcze siódmej niema —
Przyjedziem właśnie w godzinę obiadu.
Katarz.  Mylisz się, panie, już wybiła druga:
Może nie zdążym nawet na wieczerzę.
Petruchio.  Musi być siódma, nim konia dosiądę.
Niech co chcę mówię, robię, albo myślę.
Musisz się zawsze sprzeciwiać. — Odejdźcie;
Nie jadę dzisiaj, lub, jeśli pojadę,
To być godzina musi, którą mówię.
Hortens.  Ten zuch chce nawet słońcu rozkazywać!

(Wychodzą).

SCENA IV.
Padwa. — Przed domem Baptysty.
(Tranio i Pedant przebrany za Wincencya).

Tranio.  To jest dom, panie; chcesz, żebym zawołał?
Pedant.  Rzecz naturalna; Jeśli się nie mylę,
Baptysta może przypomina sobie,
Jak przed dwudziestu laty pod Pegazem
W pięknej Genui mieszkaliśmy razem.
Tranio.  Właśnie. Bądź baczny, abyś w każdym kroku
Dawał świadectwo ojcowskiej powadze.

(Wchodzi Biondello).

Pedant.  Nie troszcz się o to. Sługa twój nadchodzi;
Byłoby dobrze i jemu dać lekcyę.
Tranio.  O, bądź spokojny. Mopanku Biondello,
Radzę ci pilnie twej doglądać służby,
Jakby prawdziwy stał tutaj Wincencyo.
Biondello.  To moja sprawa.
Tranio.  Czy już dopełniłeś
Danej komisyi do signor Baptysty?
Biondello.  Wie, że twój ojciec był wczora w Wenecyi;
Dziś czekasz w Padwie na jego przybycie.
Tranio.  Zuch z ciebie chłopak; weź to na poczestne.
Widzę Baptystę; przybierz minę ojca.

(Wchodzą: Baptysta i Lucencyo).

Signor Baptysta, szczęśliwe spotkanie!
(Do Pedanta). To właśnie szlachcic, o którym mówiłem.
Pokaż się teraz moim dobrym ojcem,
I daj mi Biankę za moją spuściznę.
Pedant.  Powoli, synku! Mości dobrodzieju,
Interesami do Padwy przygnany,
Aby zaległe długi tu pościągać,
Z ust mego syna Lucencya słyszałem
O sprawie wielkiej dla obu nas wagi,
O sentymentach jego dla twej córki.
Zważając, panie, dobre twoje imię,
I miłość jego dla twej córki Bianki,

I jej wzajemność, aby krótko skończyć,
Jak dobry ojciec nie robię trudności,
I na małżeństwo daję przyzwolenie.
Jeśli z twej strony nie będzie oporu,
Myślę, że kontrakt trudności nie dozna,
Bo bez wahania przyjmuję warunki,
Które ten związek szczęśliwy skojarzą.
Z takimi ludźmi, jak ty, mości panie,
Drobne skrupuły nie byłyby w porę:
Signor Baptysta zbyt dobrze jest znany.
Baptysta.  Dozwól mi, panie, kilka słów powiedzieć:
Lubię otwartość twoją i twą krótkość.
Wielka w tem prawda, że twój syn Lucencyo
Córkę mą kocha, a jego ma córka,
Albo wybornie kryją swe uczucia.
Jeśli więc, panie, publicznie oświadczasz,
Ze po ojcowsku z twym postąpisz synem,
Wiano uczciwe córce mej zapiszesz,
Rzecz jest skończona, małżeństwo zawarte;
Twemu synowi chętnie daję córkę.
Tranio.  Dzięki ci panie! Gdzie teraz najlepiej
Przywieść do skutku nasze zrękowiny,
I formalności kontraktu dopełnić?
Baptysta.  Byle nie w moim domu; wiesz, Lucencyo,
Ze ściany mają uszy, a w mym domu
Sług jest czereda; przy tem stary Gremio
Wciąż na podsłuchach; mógłby nam przeszkodzić.
Tranio.  Więc, jeśli łaska, to w mojem mieszkaniu.
U mnie też ojciec mój gościną stanął;
Wszystko tej nocy zrobimy cichaczem.
Ty, panie, poślij sługę po twą córkę,
Ja zaś mojego ślę po notaryusza.
Martwi mnie tylko, że przez zbytni pośpiech
Lichą wam dzisiaj wieczerzę zastawię.
Baptysta.  Przyjmuję projekt. Kambio, śpiesz do domu,
I powiedz Biance, niech się przygotuje.
Jeśli chcesz, możesz wszystko jej wyjawić,
Że dziś Lucencya ojciec w Padwie stanął,

Że pewno będzie małżonką Lucencya.
Lucencyo.  Ja bogów proszę, ażeby nią była!
Tranio.  Daj pokój bogom; idź, a nie trwoń czasu.
Signor Baptysta, pokażę wam drogę.
Na jednej musisz przestać dziś potrawie,
Lecz naprawimy wszystko w Pizie.
Baptysta.  Idźmy!

(Wychodzą — Tranio, Pedant i Baptysta).

Biondello.  Kambio!
Lucencyo.  Co chcesz powiedzieć, Biondello?
Biondello.  Czy widziałeś, jak pan mój mrugał na ciebie i uśmiechał się?
Lucencyo.  Cóż stąd, Biondello?
Biondello.  Nic wcale. Lecz zostawił mnie za sobą, aby wytłómaczyć znaczenie i morał jego mrugań i znaków.
Lucencyo.  Słucham, moralizuj.
Biondello.  Tak więc stoją rzeczy: Baptysty jesteśmy pewni, póki rozmawia z fałszywym ojcem o fałszywym synie.
Lucencyo.  A potem?
Biondello.  Masz przyprowadzić jego córkę na wieczerzę.
Lucencyo.  A co dalej?
Biondello.  Stary proboszcz od świętego Łukasza czeka na ciebie w kościele gotowy o każdej godzinie.
Lucencyo.  Jaki wyciągasz z tego sens moralny?
Biondello.  Nie mogę powiedzieć. Zważaj, że gdy oni zajęci układem fałszywego kontraktu, ty możesz zapewnić się córki cum privilegio ad imprimendum solum. Więc do kościoła; weź księdza, zakrystyana i potrzebnych uczciwych świadków:

Jeśli nie czekasz na to, zrób inaczej:
Lecz wiem, kto Bianki nigdy nie zobaczy.

(Chce wychodzić).

Lucencyo.  Biondello, słuchaj!
Biondello.  Nie mogę zostać dłużej. Znałem dziewczynę zaślubioną jednego popołudnia, gdy poszła do ogrodu szukać pietruszki na faszerowanie królika; możesz to samo zrobić i ty, panie; więc żegnam! Mój pan kazał mi śpieszyć do świętego Łukasza i uprzedzić proboszcza, aby był gotowy na twoje przyjęcie, gdy przyjdziesz tam z twoim dodatkiem (wychodzi).

Lucencyo.  Zrobię tak, jeśli zgodne to z jej wolą.
Gdy ona chętna, jak mogę się wahać?
Co bądź wypadnie, śpieszę — a źle będzie,
Jeżeli Kambio bez niej tu powróci (wychodzi).


SCENA V.
Publiczna droga.
(Petruchio, Katarzyna i Hortensyo).

Petruchio.  Przez Boga, śpieszmy ku domowi ojca.
Jak miłem światłem księżyc wszystko oblał!
Katarz.  Księżyc? to słońce nie księżyc nam świeci.
Petruchio.  Ja utrzymuję, że to blask księżyca.
Katarz.  A ja wiem dobrze, że to jest blask słońca.
Petruchio.  Na syna matki mojej, mnie samego,
To będzie księżyc, gwiazda, lub co zechcę,
Nim ruszę krokiem do twojego ojca.
Wciąż sprzeciwianie! nic jak sprzeciwianie!
Hortens.  Przystań na wszystko lub się stąd nie ruszym.
Katarz.  Proszę cię, jedźmy, gdy już tu jesteśmy,
A niech to będzie co chcesz: księżyc, słońce,
Nawet łojowa świeczka jeśli żądasz.
Odtąd, przysięgam, zgodzę się na wszystko.
Petruchio.  To księżyc, mówię.
Katarz.  Wiem, że to jest księżyc.
Petruchio.  Kłamiesz, to słońce jest błogosławione.
Katarz.  A więc niech będzie Bóg błogosławiony,
Błogosławione że świeci nam słońce.
Lecz to nie słońce, gdy powiesz, że nie jest;
Księżyc się zmienia tak jak twoje myśli,
Tak zwać się będzie, jakie dasz mu imię,
Dla Katarzyny będzie tem, czem zechcesz.
Hortens.  Petruchio! naprzód! bo wygrana bitwa.
Petruchio.  Naprzód! tak kula toczyć się powinna,
Lada zawadzie nie dając się skręcić.

Lecz cicho! kogoż to widzę przed sobą.

(Wchodzi Wincencyo w podróżnym ubiorze).

(Do Winc.) Dzień dobry, piękna pani! dokąd droga?
Kasiu, cukierku, powiedz, czyliś kiedy
Równie urodną widziała szlachciankę?
Mleko z różami na licach jej walczy,
A gwiazd jaśniejszych nie znajdziesz na niebie
Jak te źrenice dwie na boskiej twarzy.
O piękna dziewko, raz jeszcze cię witam!
Dla jej urody pocałuj ją Kasiu.

Hortens.  Gotów do szaleństwa przyprowadzić tego człowieka chcąc zrobić z niego kobietę.

Katarz.  Ty pączku młody, piękny, świeży, wonny,
Dokąd tak śpieszysz? gdzie twoje mieszkanie?
Szczęśni rodzice tak pięknego dziecka!
A mąż szczęśliwszy, któremu cię niebo
Za towarzyszkę słodką przeznaczyło!
Petruchio.  Kasiu, czy ci się w głowie przewróciło?
To starzec zwiędły, wyschły, pomarszczony,
A nie dziewczyna, za którą go bierzesz.
Katarz.  Przebacz, staruszku, ócz moich pomyłce.
Olśnionej zbytnim blaskiem tego słońca,
Wszystko co widzę, zielone się zdaje.
O, teraz widzę postać twą poważną;
Przebacz mi, proszę, błąd mój mimowolny.
Petruchio.  Przebacz, dziaduniu, a racz nam powiedzieć,
Dokąd tak śpieszysz; jeśli w jedną stronę,
Chętnie przyjmiemy twoje towarzystwo.
Wincenc.  Panie mój, i ty, krotofilna pani,
Zdziwiony waszem pierwszem powitaniem,
Powiem wam, że się nazywam Wincencyo,
Że mieszkam w Pizie, a do Padwy jadę,
Aby tam syna mojego odwiedzić,
Którego długie nie widziałem czasy.
Petruchio.  Jego nazwisko?
Wincenc.  Zowie się Lucencyo.
Petruchio.  Dla twego syna szczęśliwe spotkanie.
Przez wzgląd na wiek twój i na mocy prawa

Mogę cię teraz ojcem moim nazwać,
Bo siostra damy tej, a mojej żony,
W tej chwili żoną jest twojego syna.
Niech cię to ojcze, ni smuci, ni dziwi,
Bo masz synowę piękną i cnotliwą,
Z zacnego rodu i z dobrym posagiem,
A wychowanie zrobiło ją godną
Małżeństwa choćby pierwszego magnata.
Więc pozwól, niech cię uściskam, Wincencyo!
Śpieszmy się! twoje do Padwy przybycie
Niemałą będzie dla syna uciechą.
Wincenc.  Czy prawdę mówisz? czy też dla zabawy,
Zwyczajem wielu wesołych podróżnych,
Stroisz żarciki z ludzi, których spotkasz?
Hortens.  Wierzaj mi ojcze, wszystko to jest prawda.
Petruchio.  Niedługo sam się o prawdzie przekonasz,
Bo widzę, że cię pierwsze powitanie
Trochę nieufnym względem nas zrobiło.

(Wychodzą: Petruchio, Katarzyna i Wincencyo).

Hortens.  Dzięki, Petruchio! dodałeś mi serca.
A więc do wdówki! gdy się zechce srożyć,
Tyś mnie nauczył, jak jarzmo jej włożyć (wychodzi).


AKT PIĄTY.
SCENA I.
Padwa. — Przed domem Lucencya.
(Z jednej strony wchodzą: Biondello, Lucencyo i Bianka, z drugiej przechodzi się Gremio).

Biondello.  Cicho a prędko, panie, bo ksiądz już gotowy.
Lucencyo.  Lecę, Biondello; lecz możesz być w domu potrzebny, idź zatem.

Biondello.  Nie, na uczciwość, dopóki was nie zobaczę w kościele; wrócę potem do pana, jak będę mógł najśpieszniej.
(Wychodzą: Lucencyo, Bianka i Biondello).

Gremio.  Dziwna, że Kambio jeszcze nie przychodzi.

(Wchodzą: retruchio, Katarzyna, Wincencyo i Służba).

Petruchio.  Oto drzwi, panie, to jest dom Lucencya; Dom mego ojca leży trochę dalej, Śpieszno mi przybyć, więc cię tu zostawiam.
Wincenc.  Przód musisz ze mną spełnić puhar wina; Z góry ci dobre zapewniam przyjęcie, Nie braknie pewno i na dobrym kąsku (stuka).
Gremio.  Zbyt są w tym domu zatrudnieni; radzę ci stukać głośniej. (Pokazuje się Pedant w oknie).
Pedant.  Kto stuka, jakby wysadzić chciał wrota?
Wincenc.  Czy signor Lucencyo jest w domu?
Pedant.  Jest w domu, ale mówić z nim teraz nie można.
Wincenc.  A gdyby mu kto przyniósł jakie sto lub dwieście funtów na hulankę?
Pedant.  Zatrzymaj twoje sto funtów w kieszeni; nie potrzebuje on ich wcale, dopóki ja żyję.
Petruchio.  Czy ci nie mówiłem, że syn twój podbił wszystkie serca w Padwie? Słuchaj mnie, panie; aby niepotrzebnie czasu nie trwonić, powiedz, proszę, signorowi Lucencyo, że ojciec jego przybywa z Pizy, i czeka przed drzwiami, chcąc się z nim rozmówić.
Pedant.  Kłamiesz; ojciec jego już przybył do Padwy i z tego okna na was patrzy.
Wincenc.  To ty jesteś jego ojcem?
Pedant.  Ja, panie; tak przynajmniej matka jego utrzymuje, jeśli mogę jej wierzyć.
Petruchio  (do Winc.). Jakto, mości panie? to wyraźne hultajstwo brać drugiego imię.
Pedant.  Aresztuję tego hajdamaka; chce widocznie kogoś w tem mieście otumanić pod mojem nazwiskiem.

(Wchodzi Biondello).

Biondello.  Widziałem ich razem w kościele. Szczęść im Boże w żegludze! — Ale kogoż to widzę? Stary pan mój Wincencyo. Zginęliśmy! przepadliśmy!
Wincenc.  (spostrzegając Biondella). Pójdź tu sam, wisielcze!
Biondello.  Spodziewam się, panie, że wolny jest wybór.
Wincenc.  Pójdź tu sam, hultaju! czy mnie zapomniałeś?
Biondello.  Czy cię zapomniałem, panie? Uchowaj Boże! nie mogłem cię zapomnieć, bo cię, jak żyję, nie widziałem.
Wincenc.  Jakto, wierutny łotrze? nigdy nie widziałeś Wincencya, ojca twojego pana?
Biondello.  Mojego starego, uczciwego starego pana? widziałem, panie; patrz, jak się nam z okna przygląda.
Wincenc.  Czy tak? mopanku (bije Biondella).
Biondello.  Rety! rety! rety! jakiś waryat chce mnie zamęczyć.

(Wybiega).

Pedant.  Na pomoc, synu! na pomoc, signor Baptysta!

(Znika z okna).

Petruchio.  Proszę cię, Kasiu, odejdźmy na stronę; czekajmy końca tego sporu. (Odchodzą na stronę).

(Wychodzą na ulicę Pedant, Baptysta, Tranio i słudzy).

Tranio.  Kto jesteś, panie, że śmiesz bić mojego sługę?
Wincenc.  Kto jestem, panie? powiedz mi raczej, kto ty jesteś, panie? O nieśmiertelne bogi! Co za łotr wymuskany! jedwabny spencer! aksamitne spodnie! płaszcz szkarłatowy! spiczasty kapelusz! O, jestem zrujnowany, jestem zrujnowany! Kiedy ja w domu, jak dobry gospodarz oszczędzam, syn mój i mój sługa trwonią całą moją fortunę na uniwersytecie.
Tranio.  Co chcesz powiedzieć? co się to znaczy?
Baptysta.  Czy to czasem nie jaki lunatyk?
Tranio.  Wyglądasz z miny i ubioru na uczciwego starego szlachcica, a słowa twoje dowodzą, że jesteś waryatem. Co ci do tego, że się ubieram w perły i złoto? Dzięki mojemu dobremu ojcu, mam na to fundusze.
Wincenc.  Twojemu ojcu, hultaju? Ojciec twój robi żagle w Bergamo.
Baptysta.  Mylisz się, panie, mylisz się, panie. Powiedz mi, proszę, jak sądzisz, że się nazywa?
Wincenc.  Jak się nazywa? Jakbym nie wiedział jego nazwiska; wychowałem go od trzechletniego dziecka; nazywa się Tranio.
Pedant.  Precz stąd, precz stąd, szalony ośle! on nazywa się Lucencyo, to syn mój jedynak, dziedzic włości należących do mnie, signora Wincencyo.
Winsenc.  Lucencyo! toć on zamordował swojego pana! aresztujcie go! rozkazuję wam w imieniu księcia. — O mój synu, mój synu! Powiedz mi, łotrze, gdzie syn mój Lucencyo?
Tranio.  Zawołajcie komisarza! (Wchodzi Sługa z Komisarzem). Poprowadź tego szalonego łotra do turmy. Ojcze Baptysto, dopilnuj, żeby się nam nie wymknął.
Wincenc.  Mnie poprowadzić do turmy?
Gremio.  Zatrzymaj się, komisarzu, człowiek ten nie pójdzie do turmy.
Baptysta.  Próżna gadanina, signor Gremio; powtarzam: prowadź go do turmy!
Gremio.  Daj baczność, signor Baptysta, żebyś się w tej sprawie na dudka nie wystrychnął. Ja przysiądz gotów, że to jest prawdziwy Wincencyo.
Pedant.  Przysiąż, jeśli śmiesz.
Gremio.  Nie, nie śmiem przysiądz.
Tranio.  Więc powiedz także, że ja nie jestem Lucencyo.
Gremio.  Co do ciebie, wiem z pewnością, że jesteś signor Lucencyo.
Baptysta.  Precz z tym gadułą! do turmy!
Wincenc.  I tu cudzoziemców turbować tak można! O łotrze potworny! (Wchodzą: Biondello, Lucencyo i Bianka).
Biondello.  Zginęliśmy! patrz, czy go tam widzisz? Wyprzej się go, wyprzysiąż się go! albośmy wszyscy przepadli!

Lucencyo  (klęka). Przebacz mi, ojcze!
Wincenc.  Słodki syn mój żyje!

(Biondello, Tranio i Pedant uciekają).

Bianka  (klęka). Przebacz mi, ojcze!
Baptysta.  W czemżeś przewiniła?
Gdzie jest Lucencyo?
Lucencyo.  Lucencyo tu stoi,
Syn prawdziwego Wincencya prawdziwy,
Który w kościele córkę twą poślubił,
Gdy tu fałszywy łudził cię Lucencyo.

Gremio.  Toć jest świadkami stwierdzony spisek, aby wszystkich nas oszukać.

Wincenc.  A gdzie się podział łotr przeklęty, Tranio,
Który mi stawić tak krnąbrnie się ważył?
Baptysta.  Jakto? mów jasno, czy to nie mój Kambio?
Bianka.  Kambio się teraz na Lucencya zmienił.
Lucencyo.  Wszystkie te cuda dziełem są miłości.
Miłość dla Bianki w Trania mnie zmieniła,
A Tranio w mieście rolę mą odgrywał,
Aż mi nakoniec udało się przybić
Do lubej szczęścia mojego przystani.
Co Tranio robił, robił na mój rozkaz,
I przez wzgląd na mnie, ojcze, wszystko przebacz.

Wincenc.  Rozetnę nos temu łotrowi, który do turmy chciał mnie posłać.
Baptysta  (do Lucencya). Ale jakto, panie, zaślubiłeś moją córkę, nie pytając o moje pozwolenie?

Wincenc.  Nie trwóż się panie, rzecz całą załatwię,
Niech się przód tylko na łotrze tym pomszczę.

(Wychodzi).

Baptysta.  A ja przód zgłębię hultajstw tych tajniki (wychodzi).
Lucencyo.  Nie blednij, droga, ojciec twój przebaczy.

(Wychodzą: Lucencyo i Bianka).

Gremio.  Wyszedłem z kwitkiem; za drugimi śpieszę —
Straciłem wszystko — ucztą się pocieszę (wychodzi).

(Petruchio i Katarzyna występują na przód sceny).

Katarz.  Idźmy zobaczyć, jak się wszystko skończy.
Petruchio.  Chętnie, lecz przody pocałuj mnie Kasiu.
Katarz.  Co? na ulicy?
Petruchio.  Alboż się mnie wstydzisz?
Katarz.  Nie ciebie, ale całować się wstydzę.
Petruchio.  Chcesz więc do domu, jak z wszystkiego wnoszę.
Katarz.  Już dam ci całus, tylko zostań, proszę.
Petruchio.  Słodka Kasiuniu, lubię cię i chwalę;
Boć lepiej późno, aniżeli wcale. (Wychodzą).


SCENA II.
Pokój w domu Lucencya.
(Zastawiona uczta. — Wchodzą: Baptysta, Wincencyo, Gremio, Pedant, Lucencyo, Bianka, Petruchio, Katarzyna, Hortensyo i Wdowa. Tranio, Biondello, Grumio i inni służą).

Lucencyo.  Choć nie bez trudów, przyszło do harmonii;
Więc czas, gdy krwawa skończyła się wojna,
Śmiać się z minionych trosk i niebezpieczeństw.
Kochana Bianko, pozdrów mego ojca,
Ja równie chętnie twojego powitam.
Bracie Petruchio, siostro Katarzyno,
I ty Hortensyo z kochaną twą wdową,
Spłaćcie me dobre chęci apetytem.
Deser dopełni, co uczcie mej brakło.
Siadajcie, proszę, przy dobrem jedzeniu
Nie zapomnijmy też o pogadance. (Siadają do stołu).
Petruchio.  A więc siadajmy i jedzmy a jedzmy.
Baptysta.  Synu Petruchio, tak w Padwie traktują.
Petruchio.  Wszystko jest dobre co wychodzi z Padwy.
Hortens.  Niech się to sprawdzi dla obu nas dobra!
Petruchio.  Hortensyo, widzę, swej boi się wdowy.
Wdowa.  Jakto, czy takie ze mnie jest straszydło?
Petruchio.  Mimo dowcipu złe mnie zrozumiałaś,
Chciałem powiedzieć, że on drży przed tobą.
Wdowa.  Kto zawrót czuje, mówi; świat się kręci.
Petruchio.  Niezgorszy wykręt.
Katarz.  Jaka myśl twa, pani?
Wdowa.  Gdy z nim poczęłam —
Petruchio.  Co? poczęłaś ze mną?
Słyszysz, Hortensyo?
Hortens.  Moja wdowa mówi,
Że z ciebie wnosząc, myśleć tak poczęła.
Petruchio.  Wyznaję, pięknie błąd jej naprawiłeś:
O dobra wdówko, pocałuj go za to.
Katarz.  Kto zawrót czuje, mówi: świat się kręci;
Czy mogę prosić o wytłómaczenie?

Wdowa.  Mąż twój dostawszy za żonę dragona,
Myśli, że taką i Hortensya żona.
Wiesz teraz, pani, jakie miałam myśli.
Katarz.  Chude i płaskie —
Wdowa.  Bo były o tobie.
Katarz.  To się od ciebie, widzę, zaraziłam.
Petruchio.  Nuż na nią, Kasiu!
Hortens.  Nuże na nią, wdówko!
Petruchio.  Sto grzywien, że ją ma Kasia powali.
Hortens.  To rzecz jest moja.
Petruchio.  Mówisz, jakby sędzia.
A więc, kolego, piję w twoje zdrowie (pije).
Baptysta.  Co mówi Gremio na tę bystrą młodzież?
Gremio.  Mówi, że wcale nie źle się trykają.
Bianka.  Żartowniś lepszy mógłby odpowiedzieć,
Że twą na wszystkich barkach widzisz głowę,
Głowę z rogami.
Wincenc.  Ha, ha! pani młoda,
Jak widzę, te cię słowa rozbudziły.
Bianka.  Lecz nie strwożyły; usnę też na nowo.
Petruchio.  Nie dam ci usnąć; gdy zaczęłaś sama,
Strzelę do ciebie kilku konceptami.
Bianka.  Ptakiem mnie robisz? w inny krzak polecę,
A jeśli zechcesz, goń za mną z twym łukiem.
Żegnam, panowie!

(Wychodzą: Bianka, Katarzyna, Wdowa).

Petruchio.  Ubiegła mnie, widzę.
Do tego ptaka celowałeś Tranio,
Ale chybiłeś; ja więc piję zdrowie
Strzelca, co trafił i Strzelca, co chybił.
Tranio.  Signor Lucencyo puścił mnie jak charta,
Co dobrze goni, lecz chwyta dla pana.
Petruchio,  Lotna odpowiedź, tylko psiarnią pachnie.
Tranio.  Prawda, tyś panie dla siebie polował,
Tylko, jak mówią, jeleń ci roguje.
Baptysta.  Ha, ha, Petruchio! dobrze Tranio strzelił.
Lucencyo.  Dzięki ci, Tranio, za dobry przygryzek.
Hortens.  No, wyznaj prawdę, że ci dobrze dopiekł.

Petruchio.  Trochę zadrasnął; nie mogę zaprzeczyć;
Ale że ostry ześliznął się pocisk,
O zakład, że was obu okoślawił.
Baptysta.  Teraz bez żartu, synu mój, Petruchio,
Żona jest twoja pierwszą sekutnicą.
Petruchio.  Wręcz temu przeczę, a na dowód, wnoszę,
Aby z nas każdy posłał po swą żonę;
A kto z nas pierwszy znajdzie posłuszeństwo,
Wygra przez wszystkich położoną stawkę.
Hortens.  Zgoda! o ile?
Lucencyo.  Dwadzieścia talarów.
Petruchio.  Dwadzieścia tylko? Drobnostkę tę stawiam
Na psa mojego lub mego sokoła;
Dwadzieścia razy tyle na mą żonę.
Lucencyo.  Więc sto talarów —
Hortens.  Zgoda!
Petruchio.  Targ doblty.
Hortens.  Który z nas zacznie?
Lucencyo.  Ja. Sluchaj, Biondello,
Idź, powiedz pani, żeby do mnie przyszła.
Biondello.  Śpieszę (wychodzi).
Baptysta.  Gdy zechcesz, idę do połowy,
Że twoja Bianka na rozkaz się stawi.
Lucencyo.  Nie, w mym zakładzie żadnej nie chcę spółki.

(Wraca Biondello).

Co mi przynosisz?
Biondello.  Pani jest zajęta
I przyjść nie może.
Petruchio.  Co? Pani zajęta,
I przyjść nie może? i to jej odpowiedź?
Gremio.  Odpowiedź grzeczna; radzę ci, proś Boga,
Ażeby twoja gorszej ci nie dała.
Petruchio.  Nie, ja po mojej lepiej się spodziewam.
Hortens.  Teraz, Biondello, idź do mojej żony
I proś, ażeby natychmiast tu przyszła.

(Wychodzi Biondello).

Petruchio.  Proś! naturalnie, że przyjdzie na prośbę.
Hortens.  Boję się bardzo, że choć co chcesz zrobisz,

Prośby ni groźby twojej nie sprowadzą.

(Wraca biondello).

Gdzie moja żona?
Biondello.  Pani odpowiada,
Że się tu pewno jakie stroją żarty,
Że przyjść nie myśli, a czeka na pana.
Petruchio.  Że przyjść nie myśli! gorzej, coraz gorzej!
To zgroza, to rzecz nie do wytrzymania!
Grumio, czy słyszysz? idź do twojej pani
I powiedz, że jej przyjść tu rozkazuję.

(Wychodzi Grumio).

Hortens.  Wiem jej odpowiedź.
Petruchio.  Jaka?
Hortens.  Że przyjść nie chce.
Petruchio.  Tem gorzej dla mnie, i na tem się skończy.

(Wchodzi Katarzyna).

Baptysta.  Na wszystkich świętych! wchodzi Katarzyna!
Katarz.  Po co mnie wołasz? jaka twoja wola?
Petruchio.  Gdzie twoja siostra i Hortensya żona?
Katarz.  Siedzą przy ogniu, prowadząc rozmowy.
Petruchio.  Tu je przyprowadź, a jeśli się uprą,
To je korbaczem do mężów tu przygoń.
Słyszysz? natychmiast przyprowadź tu obie.

(Wychodzi Katarzyna).

Lucencyo.  Kto cudów żąda, niech przyjdzie; to cuda.
Hortens.  To cud; ciekawym, co on zapowiada.
Petruchio.  Co zapowiada? miłość, pokój w domu,
Powagę męża, żony posłuszeństwo,
A słowem wszystko, co błogie i słodkie.
Baptysta.  Niech ci, Petruchio, pan Bóg błogosławi!
Wygrałeś zakład, a ja do ich straty
Dodam dwadzieścia tysięcy talarów,
Jak drugi posag innej dany córce,
Bo to nie córka, którą dotąd znałem.
Petruchio.  Nie na tem koniec; lepiej wygram zakład,
Ona wam złoży dowód dobitniejszy
Nowo nabytej cnoty posłuszeństwa.

(Wraca Katarzyna z Bianką i Wdową).

Widzicie? wraca, a z nią buntownice
Idą, niewieściej wymowy jej więźnie.
Kasiu, kapelusz ten ci nie do twarzy,
Zrzuć to straszydło i zdepcz je nogami.

(Katarzyna rzuca kapelusz na ziemię).

Wdowa.  Nie daj mi, Panie, żadnych smutku przyczyn,
Póki nie zacznę szaleństw takich słuchać!
Bianka.  Jak nazwać takie głupie posłuszeństwo?
Lucencyo.  Chciałbym, by twoje równie było głupie,
Bo, Bianko, mądrość twego posłuszeństwa
Już mnie talarów sto dziś kosztowała.
Bianka.  Czemuż się o nie głupio zakładałeś?
Petruchio.  Kasiu, upartym tym żonom wytłómacz,
Co się należy mężom swym i panom.
Wdowa.  Skończ, skończ te żarty, lekcyi nam nie trzeba.
Petruchio.  Dalej, powtarzam, a zacznij od wdowy.
Wdowa.  Ust nie otworzy.
Petruchio.  Da się to zobaczyć.
Mów, Katarzyno, a zacznij od wdowy.
Katarz.  Rozjaśń swe czoło groźne, zachmurzone,
Nie ciskaj spojrzeń, które mogą ranić
Twojego męża, twego króla, pana;
To piękność twoją, jak mróz warzy łąki,
Jak burza pączkom, sławie twojej szkodzi,
Nigdy kobiecej nie przystoi twarzy.
Kobieta w gniewie, jak zmącona woda,
Jest błotna, gęsta, szpetna i niesmaczna,
Póki do dawnej czystości nie wróci,
Nawet spragniony zaczerpnąć jej nie chce.
Mąż twój, jest pan twój, opiekun, twe życie,
Głowa i zwierzchnik; troszczy się o ciebie,
Pracuje ciężko na lądzie i morzu,
By ci uczciwe znaleźć opatrzenie,
Dzień spędza w zimnie, noc bezsenną w burzach,
Gdy ty, bezpiecznie, w ciepłym drzymiesz domu,
A za to wszystko domaga się tylko
Miłości, spojrzeń słodkich, posłuszeństwa,
Za usług tyle uboga zapłata.

Monarsze swemu, co winien poddany,
To winna żona swojemu mężowi,
A gdy jest swarną, kwaśną, opryskliwą,
I nieposłuszną uczciwym rozkazom,
Czyliż występnym nie jest buntownikiem,
Niewdzięcznym zdrajcą dobrego monarchy?
Wstyd mi, gdy widzę szalone kobiety,
Toczące wojnę tam, gdzie na kolanach
Tylko o pokój błagaćby powinny,
Gdy chcą panować i słów groźnych użyć,
Tam, gdzie powinny kochać, słuchać, służyć.
Ciała są nasze i miękkie i słabe,
I burzy świata niezdolne wytrzymać,
By czucia nasze, z ciałem naszem zgodne,
Były uprzejme, miękkie i łagodne.
Biedne robaczki, słabe a uparte!
Myśli me były tak śmiałe jak wasze,
Serce tak dumne, rozum może lepszy,
Słowem odeprzeć słowo, groźbą groźbę,
Dziś, widzę, lance nasze są ze słomy,
Siła tem mniejsza, im większe pozory:
Niech was mój przykład nauczy pokory,
Ugnijcie czoła, bezsilne niebogi,
Podłóżcie ręce pod mężowskie nogi.
Aby uczynkiem stwierdzić moje słowa,
Jeśli chcesz, mężu, dłoń moja gotowa.
Petruchio.  A to mi żona! niech cię pocałuję.
Lucencyo.  Przegrałem, płacę, i z serca winszuję.
Wincenc.  Posłuszne dziecko pociechą rodzica.
Lucencyo.  Jak smutkiem męża kobieta złośnica.
Petruchio.  Trzech nas trzy żony w jednej wzięło chwili,
Lecz dwóch, już widzę, grzbiet pod jarzmo chyli.
(Do Luc.) Choć tyś w cel trafił, moja jest wygrana.
Ale dobra noc! czas nam iść, kochana.

(Wychodzi Petruchio z Katarzyną).

Hortens.  Idź, boś ugłaskał sławną sekutnicę.
Lucencyo.  I przeszedł prawie mej wiary granice. (Wychodzą).





Tu kończy się komedya Szekspira. W pierwotnej sztuce, którą on obrobił, następujący znajduje się

EPILOG:
(Słudzy Pana wnoszą Slaja w dawnym jego ubiorze i zostawiają go, gdzie go znaleźli. Po ich odejściu wbiega Karczmarczyk).

Karczm.  Teraz, gdy cienie nocy uleciały,
Gdy brzask już srebrzy kryształowe niebo,
Czas iść do pracy. — Ale cóż to widzę?
To Slaj! O dziwy! czy tu noc przepędził?
Zbudzę go; byłby biedak umarł z głodu,
Gdyby żołądka nie był dobrze nalał.
Fe, wstydź się Slaju! wstawaj, bo już świta.

Slaj.  Szymku, daj mi jeszcze szklankę wina. Jakto, czy już aktorowie odeszli? Alboż nie jestem magnatem?
Karczm.  Fałszywy magnat; jeszcześ nie wytrzeźwiał?
Slaj.  Kto to? Karczmarczyk! o Panie, co za rozkoszny sen miałem; jak żyjesz, nic podobnego nie słyszałeś.

Karczm.  Jabym ci radził powracać do domu,
Żona ci natrze uszu za marzenia.
Slaj.  Myślisz? Lekarstwo mam na sekutnice:
Właśnie ja o tem całą noc marzyłem;
Tyś mnie rozbudził ze snu najmilszego.
Wracam do domu, a ugłaskam żonę,
Jeśli grać ze mną sekutnicę zechce.
Karczm.  Poczekaj, Slaju, pójdę z tobą razem,
A w drodze sen mi opowiesz twój cały. (Wychodzą).



Upominek - ozdobnik str. 64g.png



Przypisy

  1. Gower w poemacie De confessione amanlis opisuje szpetną czarownicę, którą przyrzeka wziąć za żonę młody rycerz Florent, byle go nauczyła rozwiązać zagadkę, od której rozwiązania życie jego zależało.
  2. Pewien gatunek pierników toruńskich nazywa się »Katarzynka«.
  3. Tytuł wyboru ballad i piosneczek.
  4. Początek jakiejś starej piosneczki.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Józef Ignacy Kraszewski, William Shakespeare i tłumacza: Leon Ulrich.