Strona:Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare T. 9.djvu/267

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   251   —


SCENA IV.
Padwa. — Przed domem Baptysty.
(Tranio i Pedant przebrany za Wincencya).

Tranio.  To jest dom, panie; chcesz, żebym zawołał?
Pedant.  Rzecz naturalna; Jeśli się nie mylę,
Baptysta może przypomina sobie,
Jak przed dwudziestu laty pod Pegazem
W pięknej Genui mieszkaliśmy razem.
Tranio.  Właśnie. Bądź baczny, abyś w każdym kroku
Dawał świadectwo ojcowskiej powadze.

(Wchodzi Biondello).

Pedant.  Nie troszcz się o to. Sługa twój nadchodzi;
Byłoby dobrze i jemu dać lekcyę.
Tranio.  O, bądź spokojny. Mopanku Biondello,
Radzę ci pilnie twej doglądać służby,
Jakby prawdziwy stał tutaj Wincencyo.
Biondello.  To moja sprawa.
Tranio.  Czy już dopełniłeś
Danej komisyi do signor Baptysty?
Biondello.  Wie, że twój ojciec był wczora w Wenecyi;
Dziś czekasz w Padwie na jego przybycie.
Tranio.  Zuch z ciebie chłopak; weź to na poczestne.
Widzę Baptystę; przybierz minę ojca.

(Wchodzą: Baptysta i Lucencyo).

Signor Baptysta, szczęśliwe spotkanie!
(Do Pedanta). To właśnie szlachcic, o którym mówiłem.
Pokaż się teraz moim dobrym ojcem,
I daj mi Biankę za moją spuściznę.
Pedant.  Powoli, synku! Mości dobrodzieju,
Interesami do Padwy przygnany,
Aby zaległe długi tu pościągać,
Z ust mego syna Lucencya słyszałem
O sprawie wielkiej dla obu nas wagi,
O sentymentach jego dla twej córki.
Zważając, panie, dobre twoje imię,
I miłość jego dla twej córki Bianki,